Artykuły

Wokół Witkacego

Piszący to wielokrotnie już oglądał w różnych teatrach realizacje sceniczne sztuk Witkacego. Spektakle te wywoływały zwykle mnóstwo komentarzy, z reguły sprzecznych ze sobą; jedno tylko nie ulegało wątpliwości - teatr zawodowy, "normalny", nie radzi sobie z Witkacym w sposób zadowalający.

Jest to pisarz obcy konwencjonalnemu doświadczeniu aktorskiemu, w kunsztownym, starannym "graniu" niszczeje jego dowcip i językowa brawura; filozoficzne i ideowe polemiki, podawane w sosie psychologii, pauz i rozmaitych drobniutkich gierek, stają się puste i nudne. Co gorsza - dziwaczne, mimo że absurd nie znosi dziwaczności, przeładowania i formalizowania, wymaga natomiast dyscypliny logicznej, precyzyjnej konstrukcji, celowości środków.

Przekonywaliśmy się o tym wielokrotnie, ostatnio również w Szczecinie - ani "Kurka wodna" w Teatrze Narodowym, ani "Szewcy" w Teatrze "13 Muz" nie spełniały tych warunków. Witkacy w ich wykonaniu stawał się archaiczny i anachroniczny. Stawał się zabytkiem literackim, zwietrzałym już i pozbawionym owej stężonej pasji polemicznej - wobec tradycji, wobec zdawkowości życia, wobec sytuacji politycznej w kraju, wobec konwencjonalnego obyczaju i konwencjonalnego teatru. Jak gdyby teatr ten brał odwet na pisarzu za drwinę pod swoim adresem.

Że jednak Witkacy jest zjawiskiem żywym i ciągle jeszcze fascynującym - dowodzą amatorzy. Oczywiście, nie ci typowi amatorzy, kształceni na XIX-wiecznych wzorach literackich, lecz awangardowe scenki młodzieży artystycznej (choć i nie tylko młodzieży, bo krakowski "Cricot II" opiera się w dużej mierze na przedstawicielach awangardy jeszcze z lat trzydziestych). W ubiegłą niedzielę oglądaliśmy w Szczecinie wręcz znakomitą kreację "Szewców" najlepszej, lecz i najtrudniejszej, najbardziej kontrowersyjnej sztuki Stanisława Ignacego Witkiewicza, w wykonaniu teatru studentów wrocławskich "Kalambur", który wystąpił w "Kontrastach" na zaproszenie Rady Okręgowej ZSP.

"Szewcy" są chronologicznie ostatnią z zachowanych sztuk Witkacego i mocno odbiegają swoim kształtem i swoją problematyką od reszty jego twórczości dramatycznej. Powstali w r. 1934, w chwili narastania groźby faszyzmu i zaostrzania się konfliktów społecznych, stanowią wyraz katastroficznych obsesji autora, przekonania o nieuchronności rewolucji i konieczności przekształcania się samej rewolucji. Przenikliwość Witkacego jest zdumiewająca - historia udzieliła wielu twierdzących odpowiedzi na dręczące Witkacego pytania i lęki, potwierdziła też w zasadzie jego diagnozy. Przy tym nie tylko historia w ogóle; również historia literatury poszła w obranym przez Witkacego kierunku - sławna paryska awangarda teatralna lat 50-tych próbowała tych samych doświadczeń pisarskich, co ów samotny polski wieszcz á rebours, z jego antykonwencjonalnym nadkabaretem, czerpiącym środki od niemieckich ekspresjonistów i francuskich nadrealistów, a w "Szewcach" jawnie zamieniającym scenę w trybunę ideologiczną.

Spektakl studentów wrocławskich jest bezbłędny stylowo - punkt wyjścia stanowi dlań naturalistyczny kostium i rekwizyt, które bez reszty określają funkcję i rodowód postaci; aktorzy nie poszukują szczegółu logicznego, nie starają się charakteryzować jakoś swoich bohaterów. Prowadzą gwałtowny, namiętny spór, w nieprawdopodobnym tempie. Ginie w nim trochę w smakowitych drobiazgów stylistycznych, ale takie też było chyba zamierzenie autora - ogłuszyć słuchacza, zaszokować nadmiarem i wyuzdaniem formy językowej. Tekst wypowiadany jest z precyzją logiczną i z pasją jednocześnie, z poczuciem absurdalnego humoru, postacie osiągają wymiar prawdy - nie obyczajowej czy psychologicznej, lecz ideologicznej, trafiają w witkacowską formę. Dlatego dopiero teraz, chyba po raz pierwszy w dziejach recepcji "Szewców", przekonaliśmy się, że jest to arcydzieło nie tylko literatury, ale i teatru.

W zasadzie cały zespół stał na wysokości zadania; wyróżniał się Janusz Hejnowicz w roli Sajetana Tempe, Stanisław Pater i Jerzy Ambroziewicz (czeladnicy), Ryszard Wojtyłło (prokurator Scurvy), Wiktor Szenkier (strażnik i hiperrobociarz). Jedynie księżna poprowadzona była w innym stylu - mechanicznej marionety, bezosobowo i bezstylowo, co, oczywiście, w sposób istotny osłabiło funkcję postaci. Reżyserował Włodzimierz Herman, chyba to on właśnie jest autorem błędu, ale i głównym twórcą tego świetnego przedstawienia.

Jest to już spektakl szeroko znany, wyróżniany na krajowych i międzynarodowych festiwalach teatrów studenckich, ale dla Szczecina był doświadczeniem nowym i ciekawym, a zapewne i wielce pouczającym dla działających tutaj marginesowych scenek o awangardowych ambicjach.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji