Artykuły

>>Zamek<< i >>Happy End<<

1.

Już dobrych parę dziesiątków lat temu Witkacy przepowiadał zbliżani się epoki, która uśmierci sztukę; epoki, w której potrzeba piękna będzie się systematycznie zmniejszać. "Przepracowany człowiek nie może mieć ani cza-su, ani energii nerwowej na powolne zagłębianie się w dzieła, których rozumienie wymaga dłuższej kontemplacji i wewnętrznej pracy proporcjonalnej do powolności ich powstawania". Piętnem czasu dotknięty zdaje się szczególnie teatr. Ledwie napisałem słowo "szczególnie", a już je chcę przekreślić. Rodzą się bowiem wątpliwości, czy literatura, malarstwo, rzeźba nie podlegają tym samym rytmom? Śledzę jednak uważniej życie teatralne; ograniczam więc tych kilka uwag do jego obszarów. Mam już przykład. W oparciu, o konkret rozmawia się łatwiej; zmniejsza się zakres dowolności, który rozszerza się przy rozważaniach ogólniejszych. Oglądnąłem ostatnio dwa spektakle, w dwa następujące po sobie wieczory: "Zamek" Kafki w Ludowym i "Happy End" Dorothy Lane w Kameralnym. Na pierwszym - dwie trzecie widowni świeciło pustymi krzesłami, na drugim - nie zauważyłem miejsca nie zajętego. Reakcje publiczności po przedstawieniu jednym i drugim niewspółmierne do ich rzeczywistej wartości. Po "Zamku" kurtyna opadała niemal w milczeniu, po "Happy End" - w burzy oklasków. A "Zamek" - upieram się przy tym sformułowaniu - niależy do najdojrzalszych przedstawień ostatniego sezonu sceny nowohuckiej, do jednego z dwóch najwyżej trzech najlepszych inscenizacji teatrów krakowskich. Któryś z recenzentów napisał, że Szajna niczego nowego nie powiedział. Być może. Rzeczy nowych nie ma znów tak wiele. A ci, którzy je wymyślają, budzą raczej podejrzenie. Większość twórców odgrzewa dania stare. Jeśli potrafi je przyrządzić z domieszką nowych, to już ogromnie dużo. Do zadań teatru należy także przypominanie: przypominanie o sprawach podstawowych, takich jak: dobro nienawiść. Zjawiska samotności, rozpaczy i nadziei, zwątpienia i ufności wykraczają chyba poza wytarte klisze literatury egzystencjalistycznej, po prostu są ele mentami składowymi życia ludzkiego, niezależnymi od mód, szkół, prądów artystycznych. Szajna pokazał zresztą te "prawdy" w nowym oświetleniu, w powiązaniu z doświadczeniami naszych czasów. Rozbudował system aluzji, bardziej lub mniej zawoalowanych ale czytelnych, będących czymś w rodzaju refrenów tematycznych: stale wkraczające w akcję ostre światło reflektora, kojarzące się w naszej pamięci z określonymi sytuacjami życiowymi (przęsłu chanie, więzienie, obóz), ekspozycj butów z cholewami. Można się nie zgał dzać z rozmieszczeniem akcentóv z tym lub owym ujęciem, ale zacieś nianie interpretacji reżyserskiej "Zamku" wyłącznie do kwestii działani aparatu biurokratycznego tchnie pew nym uproszczeniem, nie chcę powie dzieć: świadomą deformacją. Szajna rezygnuje z satyry społecznej czy politycznej, nie czyni jej jednak wartością nadrzędną, osią konstrukcyjną przedstawienia, wprzęga ją w nurt problematyki egzystencjalnej. Pyta o sens i wartość buntu. Buntu przeciwko porządkowi świata, porządkowi rozpatrywanemu równocześnie na wielu piętrach, w tym, co się odnosi do historii, i w tym, co do metafizyki, filozofii bytu. Zamek jest "ziemią obiecaną", można do niej tęsknić, widzieć ją w snach, ale nie można jej dotknąć, postawić na niej stopy. Metafora pozostaje metaforą. Reżyser nie niszczy jej wieloznaczności, choć natura teatru nie znosi wieloznaczności, gdyż jest on używając określenie Erwina Axera - "najbardziej zmysłową ze sztuk". Każda metafora domaga się konkretyzacji, przyobleczenia jej w ciało.

Inscenizator "Zamku" patrzy na Kafkę poprzez Witkacego. Z Witkacego jest makieta hotelu "Pański dwór", hotelu surrealistycznego, którego naczelną zasadą architektoniczną jest prawo fantastyki, z Witkacego są pomocnicy K: Artur (Tadeusz Kwinta), Jeremiasz (Jan Güntner), którzy budują swoje role w oparciu o przekazany przez autora "Szewców" kanon estetyczny: fantastyka psychologii i fantastyka działania. Naturze Szajny obce są pojęcia dekoratorstwa sceny. Obowiązki scenografa pojmuje on przede wszystkim jako nakaz inscenizacji; jest chyba jedynym "dekoratorem" w Polsce, któremu mógłby przysługiwać tytuł reżysera plastycznego: poprzez struktury plastyczne tworzy już teatr - autonomiczny, samoistny zamknięty.

O aktorstwie zespołu nowohuckiego mówiło się i pisało w ostatnich miesiącach sporo gorzkich uwag, będących nie tyle przejawem wrodzonej złośliwości recenzentów, ile wyrazem trosk; o dobry poziom teatru. Po odejścii Skuszanki i Krasowskiego zespół uleg rozbiciu, wielu utalentowanych aktorów odeszło: wybrali inne sceny lub inne miasta. Te odejścia nadszarpnę!; siły teatru. Skutki odczuwa się jeszczi dziś. W jakimś sensie zespół zaczą znów pracę od punktu zerowego. Nie potrafię odpowiedzieć, w jakim punkcie znajduje się obecnie. Myślę jednak że cierpliwość nie jest złym doradcą Na jakieś ostateczne oceny chyba jeszcze za wcześnie. Realizacja sceniczna "Zamku" budzi ufność i wiarę w możliwości, w pełni jeszcze nie ujawnione, zespołu nowohuckiego. Irem Jun (Frieda), Bolesław Smela (Wójt) Józef Wieczorek (K.), Tadeusz Kwint? (Artur), Jan Güntner (Jeremiasz) - że wymienię ważniejsze kreacje - prezentują aktorstwo dojrzałe. Szansa wzrostu staje się szansą realną.

2.

Większość ludzi przychodzi do teatru po rozrywkę; jeśli jej nie znajduje, jest zawiedziona. Nudzą ją dramaty, tragedie, wielka poważniejsza problematyka. Utwory, które wymagają pewnej pracy myśli ze strony widza, przyjmowane są z oporem, niechętnie. Jest w tym jakaś próba ucieczki od monotonnej rzeczywistości, próba uwolnienia się od kieratu codziennych szarych zajęć, od nudy dnia powszedniego. Nie powinno więc chyba dziwić zjawisko zawrotnej we współczesności kariery tzw. "musicalów". Zjawisko rejestrowane nie tylko u nas. Fabrykowanie zabawy, śmiechu nie było zresztą nigdy obce teatrowi; fabrykowania tego nie traktowano jednak nigdy w kategoriach wyłączności. Dziś dyrektorzy teatru nie mogą się nie liczyć z ta presją publiczności głodnej rozrywki, nie mogą jej nie zauważać. Sedno problemu w tym, jaką rozrywkę się oferuje.

Komedia muzyczna "Happy End" Dorothy Lane, a właściwie Elizabeth Hauptmann, związanej przez jakiś czas współpracą z Brechtem, którą wprowadził na scenę Starego Teatru Zygmunt Hübner, z pewnością należy do dań smacznie przyrządzonych. Posiada wdzięk, lekkość i bogate złoża komizmu. Jest wyreżyserowana biegle, z podkreśleniem nurtu zabawy, odarta całkowicie z satyry przez reżysera. Zabieg to celny, gdyż satyra zawsze podlega szybszemu rozkładowi czasu. Styl widowiska: coś pośredniego między "Operą za trzy grosze" Brechta w Berliner Ensemble a montażem piosenek Osieckiej "Kiedy zakwitną jabłonie" w warszawskim "Ateneum". Z "Opery za trzy grosze" jest pomysł umieszczenia na "scenie orkiestry przygrywającej bezpośrednio do akcji, z "Opery..." parodystyczne rytmy muzyki Kurta Weilla (najzabawniejsze z całego spektaklu), z "Kiedy zakwitną jabłonie" - klimat, częściowo psychologia postaci, przeźrocza, które ogląda się jak humorystyczne ilustracje wycięte ze starych' gazet. Analogie nieprzypadkowe: Agnieszka Osiecka i Andrzej Jarecki są autorami przekładów tekstu songów brechtowskich z "Happy End". To musiało jakoś "zaciążyć" na spektaklu".

Bardzo trafna obsada aktorska. Role (dopasowane do zewnętrznych i wewnętrznych walorów. Rozegrane do końca w tonacji humorystycznej z akcentami na groteskę. Popis dobrej roboty: Marta Stebnicka (Ćma), Romana Próchnicka i Anna Seniuk jako Lilian - pierwsza mocniejsza w śpiewie, druga w aktorstwie, Marian Jastrzębski (Major), Franciszek Pieczka (Sam). Ryszard Filipski (Bill) lepszy był w geście, ruchu, mimice, niż interpretacji piosenek. To, co śpiewał, docierało do widowni jakieś kalekie. Ze śpiewem nie było zresztą najlepiej. Stwierdzenie to nie ma charakteru zarzutu. Aktorzy w teatrze dramatycznym nie są zawodowymi śpiewakami, nie mają więc obowiązku w tej dziedzinie błyszczeć. Bardziej muzykalne wydały mi się panie. Dekoracje i kostiumy Wojciecha Krakowskiego świetnie współgrają z humorystyczno - groteskowym nastrojem widowiska - współtworzą go.

Dla widza wieczór przyjemny. Pozostaje po nim miłe wspomnienie. Nic więcej. Po wyjściu z teatru jest się takim samym jak przed przyjściem: równie nie napełnionym.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji