Artykuły

Bzik tropikalny, czyli mechanizm perwersji

Rację stuprocentową miał Zygmunt Greń, kiedy trzydzieści jeden lat temu, oglądając "festiwal pomysłów", jakimi raczyli reżyserzy odgrzebanego z niebytu Witkacego, zawyrokował:

"Rzeczywistą szansą Witkacego na scenie jest jego widzenie erotyki".

By erotykę Witkiewicza-juniora zrozumieć, nie należy wstydzić się słowa "perwersja". Bez perwersji nie ma erotyki, bez erotyki nie ma życia, a więc i sztuki, która to życie poprzez perwersję widzi. Perwersyjne motywacje, przenikające postępowanie Witkacowskich bohaterów, a zwłaszcza bohaterek, są przecież jawne i ostentacyjne. Wystarczy posłuchać:

- "Patrz, Sydney, jaki on cudowny! To młodość i ten piekielny tropikalny upadek. On palił opium. Patrz na jego oczy. To jest wizja z piekieł najdzikszej rozkoszy. Ja też chcę rozkoszy i upadku - raz w życiu naprawdę. Sydney! Jestem twoja...".

Ten wybuch niedostępnej Ellinor Fierce Golders do Sydneya Price'a w sztuce "Mister Price" - to zwierzenie do przyrodniego brata.

- "Podobasz mi się. Już od lat wielu nie podobałaś mi się tak jak dzisiaj. Lubię niebezpieczne zwierzęta".

To znów wyznanie męża - Ryszarda Goldersa, który kilka chwil później zastaje swoją żonę nad trupem Price'a.

A wszystko przeniknięte "bzikiem tropikalnym", który - zdaniem samego Witkacego - to "urojona choroba wymyślona przez ludzi z zewnątrz, albo rzeczywisty rodzaj obłędu spowodowany przez nieustającą duchotę, alkohol, pieniądze i ciągły widok nagich kobiecych ciał".

Bzik wyzwoli dostateczną ilość perwersyjnych zachowań, by postępowanie bohaterów stało się erotycznie skomplikowane. Ellinor elektryzuje jednocześnie trzech. Dwaj z nich to wspomniani interlokutorzy tej pogromczyni mężczyzn. Price, początkująca gwiazda światowego marketingu, spalająca się w pożądaniu przyrodniej siostry, "zużywa się" również w pisanych jak w natchnieniu szalonych... business planach. Golders to boss jednej z tych zamorskich kampanii, które na antypodach handlują kauczukiem i kawą. Jest wreszcie trzeci, najmłodszy, najlepszy obiekt do deprawacji, Jack Brzechajło, który tu, w tropiku, przeżyje dzięki Ellinor inicjację seksualną, by potem pogrążyć się w ekscesach narkotycznych. Mężczyzną czwartym, gotowym do adoracji seksualnej Ellinor, bywa ojciec Jacka - głowa rodziny dorabiających tu na "tropikalnych saksach" słowiańskich businessmenów. Wojciech Brzechajło jest "kochankiem" tylko "potencjalnym", jako że całą jego uwagę angażuje w swoje "przeżycia" trzęsąca się nad Jackiem jego żona Berta. Ale jeszcze bardziej od "zagrożenia seksualnego" syna przejmuje ją los ukochanego Dionizettiego, którego opery słucha non stop, podśpiewując (znaczy: podfałszowując) słynne arie. Duchowe wzloty i miłosne upadki ulubionego kompozytora - to przedmiot podstawowy jej zatroskania, bóli głowy i metafizycznego spleenu.

Intryga miłosna, a raczej szereg intryg, przebiega zatem w nietypowym systemie... sześciokąta. Każdą zresztą z tych 6 postaci "dopada" co jakiś czas ten tropikalny bzik, odczuwany jako dynamiczny rytm "bez początku i końca", zdolny zawładnąć każdym nagle i najbardziej niespodziewanie. Intryga - co ciekawsze - ma na scenie całkiem realistyczny entourage. Tropikalna kawiarenka z plecioną z wikliny ścianą, gdzie gości obsługuje kelner-efeb o fantastycznie brązowym kolorze skóry, stanie się tłem pierwszych spotkań: Sydneya z Ellinor Price'a z Goldersem i Goldersa z Brzechajłami. Salon willi Goldersów, którego podstawowym meblem jest olbrzymia kanapa, zamyka w swoich obiciach wszystkie tajemnice businessu i niepokoje seksualne. I wreszcie kanciapa z żelaznym łóżkiem, gdzie żona zdradzi męża z bratem, a mąż nadaremnie będzie usiłował zabić kochanka.

Tak wygląda charakter i przebieg spektaklu, który na scenie warszawskiego Teatru Rozmaitości przygotował Grzegorz Horst, świeżo upieczony absolwent wydziału reżyserii krakowskiej PWST. I chociaż przedstawienie nosi tytuł "Bzik tropikalny", to opisana fabuła jest transpozycją akcji z "Mister Price" Stanisława Ignacego Witkiewicza - jednego z tych dramatów, który powstał pod wpływem udziału artysty w wyprawie prof. Malinowskiego do Australii i Nowej Gwinei.

Jest jednak w spektaklu warstwa druga. Oto "bzik tropikalny", raz po raz zakłócający "mechanizm perwersji", a potęgowany "narkotycznymi ekscesami", prowadzi do halucynacji, wizji i omamów. Wyzwala obsesje, umacnia perwersję. Ta warstwa, dochodząca do głosu w "muzyce puszczy i pustyni", rozgrywa się na planie drugim. We wnęce, którą tworzy przecinająca scenę jasnoceglana ściana, rozgrywać się będą senne i narkotyczne koszmary, nawiedzające każdego z szóstki bohaterów. Reżyser, który jest jednocześnie autorem teatralnego scenariusza, użyje w tych scenach tekstów z "Nowego Wyzwolenia", a zwłaszcza zapis psychiczno-słownych tortur, jakimi raczą się nawzajem Mim, Król, Zabawnisia czy Florestan Wężymorda. To znakomity pastisz dla "ogromu przeżyć" zagubionych w swych obsesjach bohaterów.

Dzięki zresztą takiemu zderzeniu "Mister Price'a" i "Nowego Wyzwolenia" Grzegorz Horst D'Albertis (bo tak brzmi pełne nazwisko reżysera, który dał się już poznać udanymi "wprawkami" w Szkole) uniknął i sentymentalnego banału, i pornografii. Powstał spektakl smakowity w każdym calu. Przewrotny, zabawny, mądry, bo dryfujący pewnie pomiędzy powagą klasyki, do której Witkacy bywa coraz częściej zaliczany, i parodią awangardy, która dzisiaj zjada własny ogon. Mechanizm perwersji prowadził Horsta i jego aktorów, świetnie czujących formę, ale dlatego grających "najzwyczajniej w świecie" ("po Bożemu" - jak mawiał Kot Puzyna), do celu, o którym marzył kiedyś Greń. Może ten znakomity krytyk, kolega Puzyny z seminarium profesora Wyki, powróciłby do teatru, z którego uciekł, gdyby zobaczył, jak wyglądać może Witkacy na scenie. Może... bo "Bzik tropikalny" jest wydarzeniem. We wszystkich znaczeniach tego słowa.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x