Artykuły

Gorzów Wielkopolski: przerwane w pół słowa

Andrzej Rozhin prowadził w Gorzowie teatr aktywny. Dlatego po jego odejściu zostanie tam wiele spraw niedokończonych. "Podsumowywanie" odchodzącego dyrektora nic nikomu właściwie nie daje. Ani jemu - bo odchodzi do innych warunków, innych ludzi, ani przybywającemu, który, choćby nawet chciał kontynuować linię poprzednika - zrobi w końcu zupełnie inny teatr.

Na ostatniej sesji Klubu Krytyki Teatralnej w Gorzowie zobaczyliśmy kolejno: Akt przerywany Różewicza w reżyserii Bohdana Cybulskiego, Łaźnię Majakowskiego w reżyserii Rozhina, Natalię Briusowa w wykonaniu i realizacji Janiny Bocheńskiej, Protokół pewnego zebrania partyjnego Gelmana w reżyserii Rozhina, Jana Macieja Karola Wścieklicę Witkiewicza w reżyserii Bohdana Cybulskiego, Przebudzenie wiosny Wedekinda (reż. A. Rozhin) i Wesele u drobnomieszczan Brechta w realizacji Piotra Sowińskiego pod niefortunnym, bo zbyt znaczącym tytułem: Wesele.

Widać z tego przeglądu, że mniej więcej połowę przedstawień reżyserował w tym teatrze dyrektor, ale widać także, że pozostałą część opracowywali twórcy młodzi, że wiele tu debiutów reżyserskich, scenograficznych, kompozytorskich. I wreszcie, że zespół aktorski został niejako tu na miejscu stworzony, bo niedawni adepci tu zdobywali aktorskie szlify, tu zostali przygotowani do egzaminu eksternistycznego, zyskali uprawnienia, wtopili się w zespół tak, że dziś już nie rozpoznasz kto, skąd i jaką drogą trafił do teatru.

Zespół ma swoje "gwiazdy" i nie pozostaje to bez wpływu na styl jego pracy. Konsekwencje tego faktu są takie, że np. Wojciech Krzyszczak "ciągnie" jednego wieczoru dwie pierwszoplanowe role i musi czasem, choćby nie chciał, prześlizgnąć się po powierzchni. Mimo że stać go, żeby tego nie robić. Janina Bocheńska też jest wciąż na scenie.

Bocheńska i Krzyszczak to dwie bardzo różne aktorskie indywidualności. Różnią się w podejściu do literackiego tworzywa i w sposobie wyrażania. Bocheńska ma w sobie coś z damy i coś z ptaka. Nerwowość, wewnętrzne roztrzepotanie, niepokój stworzenia, które raz po raz zmienia skórę, a ta operacja nigdy nie odbywa się bezboleśnie. Sprawia wrażenie aktorki, która może zagrać każdą rolę. I każdą zagra inaczej. Nie dlatego, że się z postaciami bez reszty identyfikuje, ale dlatego, że gra swoje wyobrażenie o nich.

Jej Natalia nie byłaby nigdy rolą tak elegancką i tak pełną taktu, gdyby aktorka zechciała po prostu być Natalią. Natomiast sądzę, że zechciała ją dokładnie zrozumieć. Gra zawsze, wychodząc od siebie do postaci.

Krzyszczak odwrotnie. Zagarnia do siebie, podporządkowuje sobie wszystko to, co w granej postaci jest mu bliskie. Odrzuca to, co mu obce. Jest zawsze tym samym, nieskomplikowanym raczej, uczci wym człowiekiem z leciutkim nalotem cwaniactwa, prawie niewidocznym, nie znaczącym, ale dostatecznym, żeby widz miał pewność, że ten facet, mimo swojej bezkompromisowej szlachetność nie zginie, nie da się zjeść. Taki jest Welocypedkin w Łaźni, taki brygadzista Potapow w Protokole.

Jako Wścieklica też nie odszedł Krzyszczak od swojej metody i tego powodu chyba koncepcja przedstawienia musiała zboczyć w stronę dramatu społecznego a nie indywidualnego. Bo Wścieklica okazał się człowiekiem wyniesionym przez układy, nie przez własną wielkość. Ofiarą machinacji obcych, ofiarą, która broni się, przegrywa, utrzymuje na powierzchni i nie chce wiedzieć, że jest dygnitarzem z łaski sprytniejszych od siebie.

Interesującym aktorem jest również Mikołaj Muller, obdarzony charakterystyczną powierzchownością, umiejący na scenie milczeć, istnieć na pierwszym planie, na drugim i dziesiątym z równą intensywnością. Jednakowo przekonywający jako Moryc w Przebudzeniu wiosny i jako dyrektor naczelny w Protokole, a więc w rolach zupełnie innego typu.

Spośród młodzieży warto również zapamiętać Elżbietę Wallner, Krystynę Wójcik, Mariusza Szaforza. Pokolenie średnie znaczą nazwiska takich fachowców, jak Janina Mrazek, Wacław Welski - filary tego zespołu.

Repertuar, choć trudno by go nazwać jednostajnym, podlega pewnym ograniczeniom. Jest wyraźnie skierowany w stronę współczesności. Prowadzi to czasem do niezbyt fortunnych poczynań, jak w przypadku Łaźni lub Przebudzenia wiosny, ale w sumie ta konsekwencja jest rzeczą cenną, bo repertuar to twarz teatru i ta twarz musi być wyrazista.

Przebudzenie wiosny uważam za najciekawszą pozycję teatru i przeglądu. Mimo niezbyt przemyślanego przekładu, w którym znajdują się słowa i wyrażenia bardzo młode, zżyte z naszym językiem współczesnym, ale śmieszące w spektaklu zachowującym styl i smak epoki. I mimo zakończenia, które sprowadza całą filozofię Wedekinda do przeczucia faszyzmu i do wizji, z ówczesnego punktu widzenia, bezsensownych. Bo nawet nie w tym rzecz, że Wedekind nie mógł tak myśleć, że nie mógł nadejścia faszyzmu przewidywać, a my dziś wiemy, że faszyzm, hodowany na fałszu i zakłamaniu, wisiał już w powietrzu, kiedy nikomu się o nim jeszcze nie śniło. Chodzi raczej o to, że w dzisiejszym teatrze tajemniczy panowie w kapelusikach, skórzanych płaszczach, bryczesach i długich butach, skojarzeni z maszerującą w karnym ordynku grupą, stali się najbardziej wyeksploatowanym upostaciowaniem przemocy. I jako tacy budzili grozę, a teraz powoli przemieniają się w obrazek budzący znudzenie, bo schematyczny, sztampowy. Może darowałabym sobie to zrzędzenie, gdyby nie fakt, że Rozhin w zakończeniu zepsuł to, co kapitalnie zrobił wcześniej. Prowadził przecież ten spektakl w pięknym stylu, zachował cały smak dusznego, niemieckiego ekspresjonizmu, świetnie rozegrał sceny cmentarne, szkolne. Dopomogła mu w tym zdecydowanie scenografia Gustowskiej i Mullera. Sztuka rozszerzyła z czasem swoje znaczenie. Została ongiś napisana przeciw fałszywej moralności, zakładającej w sprawach płci tabu. Dziś z płcią mniej więcej doszliśmy do ładu, natomiast zyskaliśmy inne tabu i inne aspekty fałszywej moralności. I wpajanie ich nadal nazywa się wychowaniem. I tu właśnie znalazło się miejsce na współczesną wartość Wedekinda.

W tej sytuacji wtargnięcie pana - wypisz wymaluj jak z tajnej policji Rzeszy - kuszącego bohatera jakimś mętnym mirażem nadczłowieka, rozbija całość na dwie nie łączące się ze sobą części. Pewnym usprawiedliwieniem jest to, że pęknięcie było już w samej sztuce i Rozhin go nie stworzył. Ale faktem jest, że pogłębił. Tajemniczy "Zamaskowany Pan" w tekście Wedekinda ma rodowód mętny i zawikłany. Rozumiem, że reżyser chciał go sprowadzić na ziemię. Rozumiem, ale nie akceptuję.

"Magazyn aktualności", jaki zaserwował nam Rozhin w Łaźni, także nie wyszedł sztuce na dobre. Podobnie jak przyczepione do niej w sposób dość mechaniczny polskie realia, mające prawdopodobnie znaczyć, że sprawa dotyczy nas dzisiaj w równym stopniu, jak tyczyła tamtych ludzi w tamtych czasach. Nie wydaje mi się to potrzebne. Siła Łaźni polega na tym, że dopóki istnieją Optymistienkowie i Naczdyrdupsy, dopóty będzie ona aktualna. Jej problemy są uniwersalne, dzisiejsze, ciągle niezałatwione, ale jej fabuła i realia są radzieckie i dotyczą czasów Majakowskiego, a nie jakichkolwiek innych.

Natomiast bardzo mi się podobało wmontowanie na początku spektaklu fragmentu z Pluskwy, podkreślającego rodowód Naczdyrdupsa. Nade wszystko zaś wydaje mi się cenny sposób rozwiązania sprawy Fosforycznej Kobiety, która w różnych znanych mi inscenizacjach występowała jako mniej lub bardziej nieziemskie zjawisko, zawsze niezbyt przekonywające. Tu ukazała się na scenie krzepka, realna kobieta w średnim wieku, ubrana w skórzaną czapkę, płaszcz, długie buty, znana z wczesnych filmów radzieckich komisarka. Jest to rozwiązanie logiczne. Człowiek z XXI wieku, przybywający maszyną czasu do ludzi przeszłości, stara się do nich jak najbardziej upodobnić. Nie odbijać od tłumu. Taka jest właśnie Janina Mrazek w tej roli. Skupiona, sceptyczna, świadoma tego, co się stanie za chwilę i za lata. Ma mądrą twarz i myślące spojrzenie. Świetna rola, kapitalnie przeprowadzona.

W ogóle nie brak tu dobrej aktorskiej roboty: Naczdyrdups Welskiego, wynalazca Stachurskiego, Welocypedkin Krzyszczaka. Spektakl zwarty, żywy, oszczędny w stosowaniu cudów, do których kusi fantastyczna część z rakietą, maszyną czasu itd. Po tej linii zgodnie poszedł także scenograf Wojciech Muller. Na plan pierwszy wybił biuro Naczdyrdupsa a nie rakietę. I sądzę, że słusznie. Pałace biurokracji ciążą nad naszym życiem dotkliwiej niż kosmos.

Styl Rozhina odznacza się ostrością spojrzenia i wyczuleniem na sprawy aktualne, lecz również nosi znamię pracy pospiesznej, obfituje nie zawsze w pomysły przemyślane, często niedopracowane w realizacji. Nie jest to zarzut, ale próba określenia tego stylu. Widać go wyraźnie na przykładzie Protokołu. Reżyser znów nie oparł się pokusie "spolszczenia" nazwisk i tworzenia fałszywych iluzji, że rzecz dzieje się w Polsce, ale tu sprawa jest nieważna. Sztuki radzieckie mają swoją specyfikę całkiem różną od naszej i na podkreśleniu tego niczego się nie traci ani nie zyskuje i jeśli widz ma dojść do zdumiewającego wniosku, że u niego w zakładzie pracy bywa jota w jotę tak samo, jak u Potapowa, dojdzie do niego bez prowadzenia za rękę.

Protokół zrealizowany został tak, żeby stworzyć pełne złudzenie uczestniczenia w zebraniu, co początkowo budzi niechęć, potem wciąga. Napięcie nie słabnie, konflikty nabrzmiewają. Na zakończenie mamy ogólne głosowanie, ale udział w nim biorą tylko ci, którzy chcą się razem bawić, tzn. ludzie jakoś związani z teatrem, nie obawiający się "wygłupu". Widownia, dla której spektakl ten przygotowano, pozostaje martwa. Klaszcze, jak przystało na kulturalnych widzów. Nie identyfikuje się z uczestnikami zebrania. Nie podnosi ręki "za" albo "przeciw". Ale nie wyciągałabym z tego pospiesznych wniosków, że sprawa widzów nie obchodzi.

O Wścieklicy już wspomniałam, więc chciałabym tylko dodać, że spektakl ten został bardzo taktownie "oddziwaczniony". Nie stracił niczego z Witkacowskiej przewrotności filozoficznej, a zyskał jasność i przejrzystość. Stał się realistyczną sztuką o pewnej karierze, co może nie byłoby tak zupełnie zgodne z tym, co się przypisuje Witkiewiczowi, ale zgodne z duchem czasu, który każe szukać u autora tego, co nam dziś najbardziej odpowiada, co nas najbardziej interesuje.

Na zakończenie sztuka, której nigdy nie widziałam wystawionej tak, żeby mnie serdecznie usatysfakcjonowała - Akt przerywany. Jest w nim coś fałszywego, sztucznego. Robi wrażenie palcówek, z których pełen pomysłów artysta usiłuje zrobić koncert na dwa fortepiany z orkiestrą. Cybulskiemu ten koncert także nie wyszedł. Tak jak wielu reżyserom przed nim. Można by tu wyliczyć sporo dobrych pomysłów, pokazać momenty udane, ale wiadomo, że spektakl teatralny nie może być zbiorem pomysłów. Musi być zamkniętą całością. A jak zamknąć rozpierzchnięte myśli autora, który jeszcze się z nimi nie uporał?

Jest to, niestety, podsumowanie. Zamyka pewien rozdział w życiu teatru. Wolę sprawy otwarte. O które warto się spierać. Które są w trakcie stawania się. Gorzów jest etapem zamkniętym. Taki jest nastrój za kulisami. Czy taka jest prawda? Tego nie wiem. Publiczność w całej Polsce jest taka sama. To dla niej robi się teatr. Nawiązuje się z nią dialog. I przerywa w pół słowa...

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x