Artykuły

Depresja, schizofrenia i inne schorzenia

"Nieprzytomnie" w reż. Piotra Waligórskiego w Teatrze Lubuskim w Zielonej Górze. Pisze Łukasz Drewniak w Dzienniku - Kulturze.

Piotr Waligórski bezceremonialnie zburzył wczesny dramat Pawła Demirskiego. Potem próbował "Nieprzytomnie" na nowo złożyć w całość. Ze średnim skutkiem

Może dlatego, że w dzieciństwie spadł mi na głowę wazon, wielu rzeczy nie rozumiem. Wazon poszedł w drobny mak, głowa ocalała i biedna usiłuje poskładać w całość odłamki i skorupy, które zostały z wczesnego dramatu Pawła Demirskiego, zdemolowanego reżyserską pięścią Waligórskiego. "Nieprzytomnie" to sztuka bez polityki, długich monologów, lewicowej żarliwości. Jakaś niewyraźna, asekurancka, podejrzanie ścichapęk. Waligórski miał rację, że ją skondensował, dał inny początek. Problem w tym, że niewiele poprawił. Zastąpił jedne niedoskonałości drugimi. To miało być przedstawienie o spotkaniu depresji ze schizofrenią, w wyniku którego doszło do poczęcia eutanazji. U Demirskiego jest to opowieść o kobiecie, która chce popełnić samobójstwo. Wchodzi na czat, gdzie znajduje sympatycznego księdza. Zaprzyjaźniają się, on obiecuje, że do niej przyjedzie. I rzeczywiście - przyjeżdża, ale z narzeczonym, bo na dodatek doktor - przepraszam - ks. Śmierć, jest gejem. Pomoże Teresie umrzeć, ale najpierw ją upokorzy.

Waligórski zaczyna inaczej. Najpierw jesteśmy świadkami kilku oderwanych obrazów. Jakiś chłopak na plaży, głucha kobieta z dzieckiem, kloszard z workiem, mistrz jogi w szacie rytualnej z kocyka. Na dwóch ekranach szumiące morze, potem muzyka techno. Mężczyzna z bródką jedzie samochodem, biega nagi po piwnicy. Inny młodzieniec w okularach wkłada buty i koszulę. Wreszcie widzimy twarz dziewczyny, która jest przynajmniej nominalnie bohaterką "Nieprzytomnie". Waligórski usunął połowę tekstu sztuki, dopisał chory prolog namnożył epizodycznych tajemniczych postaci. W pierwszej części nic się ze sobą nie łączy, sceny i wątki sklejone zostały ze sobą jakby przypadkiem, arbitralną decyzją niewidomego przechodnia albo głuchego dziecka. Ktoś posługuje się językiem migowym, słychać dziwnie spowolnione mówienie, jakby naśladujące węgierski, część dialogów zagłusza muzyka. Dopiero potem dramat wchodzi w realność.

Napisałem, że nie rozumiem tego spektaklu, co nie znaczy, że nie domyślam się, po co reżyser umieszcza w nim wszystkie iracjonalne sekwencje, tak je akcentuje, rozdyma. Ale co znaczy ta czy inna scena, ten albo inny gest w takiej kolejności - darujcie, nie powiem. Nie wiem, na przykład, dlaczego Waligórski zacytował coś, czego zielonogórska publiczność znać nie może -jeden ze swoich poprzednich spektakli "Lisa Filozofa" z krakowskiej Łaźni. Co to wnosi do historii bohaterki? Pytajcie reżysera, mnie spadł na głowę wazon. Skarbem jest dla Waligórskiego Paulina Napora. Blada, senna, neurotyczna, nie-odróżniająca snu od jawy w skotłowanej pościeli. Nie wiadomo, czy przebywa w szpitalu, czy w domu. Jej Teresa staje się agresywna podczas każdej próby kontaktu, jakby sprawdzała, czy osoba, z którą rozmawia, istnieje naprawdę. Staje się uwodzicielska, ekspansywna, naładowana seksualnością w chwili wizyty anioła śmierci, czyli księdza z kolegą. Impreza, wino, spazmy radości i oto mamy atmosferę rozbieranej prywatki przerwanej nieoczekiwanym wejściem sąsiadki. Za późno. Teresa już połknęła fiolkę pigułek. Tylko że śmierć jest inna, niż sobie zaplanowała. Na koniec zamiast ekstazy jest wstyd. Spektakl kończy się realistycznym akordem, ostatnie 20 minut to niemal psychodrama. Wszystko staje się czytelne, przejrzyste. Może o to chodziło? O ten błysk jasności, którą ofiarowuje tylko bliskość śmierci? Jeśli tak, to reżyser prowadził nas do tego rozpoznania zbyt karkołomną drogą. Za wiele nakręcił, żeby teraz tak łatwo dało się z tego wyplątać. Trzeba pochwalić zielonogórski teatr za odważną próbę eksperymentalnej narracji, ale zganić za przygotowanie spektaklu, który nie będzie zbyt często grany. Me ma szans na dużą widownię, bo tak naprawdę powiela większość stereotypów na temat nowego dramatu. Że trudne, bełkotliwe i niezrozumiałe. Za głośne i w gruncie rzeczy od... Maryni. Waligórski zapomniał, że trzeba czasem dostroić własne poszukiwania do lokalnego kontekstu, dialogować z widownią, a nie tylko z grupą najwierniejszych fanów, do których przecież i ja, i moja biedna głowa należymy. Wazon - jak pamiętamy - nie doczekał.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji