Artykuły

Teatr młodych, czyli lektury i bluzgi

- Widziałem "Made in China" ze trzy razy - mówi Tomek S. z jednego z łódzkich liceów. - To zajebiste przedstawienie. Janka z tego samego liceum przyznaje się, że do teatru nie chodziła często, ale od kiedy zobaczyła Maćkowiaka w "Polaroidach" - oniemiała. - Kamil gra tam geja, który kocha się w Mariuszu Witkowskim - opowiada z entuzjazmem Janka.

Jak sprowadzić do teatru młodych widzów? Jak sprawić, by pozostali teatrowi wierni? Pozornie jest to proste: grać odpowiedni repertuar. Co to jednak znaczy "odpowiedni repertuar"? Czy łatwiej przyciągnąć do teatru rynsztokowym bluzganiem, czy grzeczną lekturową komedyjką? Na czterech scenach dramatycznych Łodzi realizowane są cztery rozmaite koncepcje na zdobycie młodego widza. Każdy dyrektor lansuje swój pogląd na to, co może się podobać, a przy tym ułatwia wybór. Ale jest też jeden wspólny mianownik. Nazywa się aktor.

W nazwisku siła

Magnesem przyciągającym widzów do Teatru Powszechnego jest Jacek Łuczak. Popularny aktor występuje m.in. w najchętniej oglądanej w Łodzi farsie "Szalone nożyczki", gdzie gra główną rolę - zniewieściałego fryzjera Tonia. Jego nazwisko przyciąga także wielu widzów na "Opowieści o zwyczajnym szaleństwie", gdzie z kolei gra pechowego onanistę.

- Jak pojawia się nowa premiera, zawsze dzwonię do teatru i pytam, czy gra w niej Jacek Łuczak - mówi Anna Kamińska, uczennica gimnazjum. - Jak gra, to idę, jak nie, to szkoda czasu. Ania w repertuarze "Powszechnego" najwyżej ceni "Szalone nożyczki". Spektakl oglądała już dwanaście razy.

Do Teatru im. Jaracza od wielu sezonów przyciąga aktorstwo Bronisława Wrocławskiego. Monodramy Bogosiana w jego wykonaniu cieszą się zainteresowaniem widzów dorosłych, młodzieży licealnej i gimnazjalnej.

Jednak w zespole "Jaracza" pojawiła się młoda generacja aktorów, których nazwiska w liceach i na uczelniach odmieniane są przez wszystkie przypadki. Tymi "magnesowymi tuzami" są: Kamil Maćkowiak, Sambor Czarnota i Mariusz Witkowski. Na spektakle z ich udziałem bilety sprzedają się same.

- To z pewnością zasługa świetnych artystów, ale przypuszczam, że nie bez znaczenia jest także popularność, jaką wszyscy zdobyli, występując w telewizyjnych serialach - mówi Joanna Olczakówna z działu promocji w "Jaraczu". Na scenie przy ul. Jaracza ogromną sympatią widzów cieszy się również Małgorzata Buczkowska, aktorka wspaniała, laureatka dwóch "Złotych Masek" i mająca podobny dorobek Gabriela Muskała.

Teatr Nowy, na którym wiele blizn pozostawiły decyzje prezydenta Łodzi Jerzego Kropiwnickiego (chodzi o powierzenie dyrekcji Grzegorzowi Królikiewiczowi), wciąż ma kłopot z odnalezieniem tożsamości. Z trudem łapiąca oddech scena, pod dyrekcją (od roku) Jerzego Zelnika nie zdążyła jeszcze wykreować własnych gwiazd. Z pewnością aktorem, który przyciągnąłby publiczność, byłby sam Zelnik, ale dyrektor powstrzymuje się od gwiazdorowania, słusznie oddając miejsce innym.

Rozpoznawalnym i przyciągającym uwagę publiczności, a co najważniejsze - dobrym aktorem - jest Dariusz Kowalski, od paru lat pojawiający się w serialu "Plebania" jako odrażający Tracz. Zobaczyć Tracza na żywo, to dla wielu pokusa, której nie mogą się oprzeć. I tu zaskoczenie: bo odrażający Tracz w "Nowym" gra niemal wyłącznie role miłych i sympatycznych bohaterów. "Nowy" stara się jak może i zaprasza: a to Michała Staszczaka z "Jaracza", a to Anitę Sokołowską (doktor Lenę z "Na dobre i na złe"), a to Emila Karewicza do głównej roli w "Chłopcach", a teraz Teresę Budzisz-Krzyżanowską, która ma wzmocnić obsadę "Termopili polskich" (premiera za tydzień).

Magii nazwisk nie może wypracować Teatr Studyjny, bo jako że jest to scena szkoły filmowej, aktorzy grają tu zwykle nie dłużej niż jeden sezon.

Młodzi o młodych

Pomysłem na wypełnienie sali teatralnej jest wprowadzenie do repertuaru szkolnych lektur. Przoduje w tym Teatr Powszechny, grając "Szatana z siódmej klasy", "Tomka Sawyera", "Ferdydurke", "Śluby panieńskie". Do tego dodać trzeba kilka fars, z ostatnią - "Dziełami wszystkimi Szekspira" - na czele, w ciągu minionych siedmiu dni zagraną dziesięć razy (w tym pięć razy na porankach i dwa na popołudniówkach). Poziom przedstawienia jest niski, ale nazwisko Szekspira w tytule zwodzi do kupienia biletu.

Na afiszu Teatru Nowego, poza potwornie prymitywnie zrealizowaną farsą "Mayday", kusi lekturowy "Mistrz i Małgorzata", a dzieciom oferowane jest ciekawie zrealizowane "Krzesiwo". Teraz magnesem (w "Termopilach") ma być basen i ogień; w ustach reżysera Andrzeja Marii Marczewskiego taka deklaracja brzmi porażająco. No, ale skoro teatr nie ma lepszego pomysłu, to niech leje wodę i zieje ogniem.

Niewątpliwie dobrym posunięciem Zelnika było zaangażowanie kilkunastu ubiegłorocznych absolwentów wydziału aktorskiego łódzkiej szkoły filmowej. Powstałe wyłącznie z ich udziałem "Choroba młodości" i "Bliżej" reprezentują bardzo ważny w teatrze nurt "4 M", czyli młodzi (reżyserzy) z młodymi (aktorami) o młodych (bohaterach) dla młodych (widzów).

W nurcie tym tkwią korzenie wystawianej przez Teatr Jaracza sztuki Marka Rowe'a "Made in China", w której grają trzej "królowie": Maćkowiak, Czarnota i Witkowski. "Made in China" to zarazem najbardziej rynsztokowym językiem napisana sztuka, znajdująca się z repertuarze łódzkich teatrów. Blisko dwugodzinne "rzucanie mięsem" nie zawiera żadnych istotnych treści, ale młodzież jest sztuką zachwycona.

- Widziałem "Made in China" ze trzy razy - mówi Tomek S. z jednego z łódzkich liceów. - To zajebiste przedstawienie. Pierwszy raz byłem z dziewczyną, później dwa razy przyszliśmy z kumplami, ale i tak zawsze dziewczyn było więcej, bo one przychodzą popatrzeć na aktorów. Znam takie, co się w nich podkochują.

Janka z tego samego liceum przyznaje się, że do teatru nie chodziła często, ale od kiedy zobaczyła Maćkowiaka w "Polaroidach" - oniemiała. - Kamil gra tam geja, który kocha się w Mariuszu Witkowskim - opowiada z entuzjazmem Janka. - No i chłopaki rozbierają się, szkoda, że nie zupełnie, ale i tak jest na co popatrzeć.

Argumenty za przyjściem do teatru mogą być, jak się okazuje, bardzo rozmaite. Repertuar "Jaracza" jest na tyle urozmaicony, że i starsi, i młodzi widzowie mogą być zeń zadowoleni. Teraz młodzież "odlicza się" na "Niżyńskim" - monodramie Maćkowiaka; często pyta o zaliczające się do neonaturalizmu, czy wręcz brutalizmu "Sprawców" i "Blask życia". Te tytuły wrócą na afisz dopiero po wakacjach, bo występująca w obu spektaklach Małgorzata Buczkowska spodziewa się dziecka.

Czarno-białe pawie

Dyrektorzy łódzkich teatrów nie sprowadzili, jak dotąd, na swoje sceny twórców poruszających się w estetyce "pokolenia porno" (wyjąwszy autorów: "Powszechny" gra "Testosteron" Saramonowicza, a "Jaracz" - "Toksyny" Bizia). Okazji do zrealizowania swojej wizji teatru nie mieli w Łodzi tacy reżyserzy, jak Maja Kleczewska czy Jan Klata. Może to dobrze, myślę sobie, po zapoznaniu się z "Woyzeckiem" w reżyserii Kleczewskiej i "...córką Fizdejki" w reżyserii Klaty?

Młodzi reżyserzy bardzo jednostronnie postrzegający rzeczywistość, próbują wszelkimi metodami wmówić nam, że świat składa się wyłącznie z brudu i ohydy, a my swoim życiem pogrążamy się na dnie człowieczeństwa. Nazbyt ostro? Ależ skąd. Świat tych reżyserów zaludniają stwory i potwory, transwestyci i prostytutki płci obojga, pławiący się w zepsuciu ostatecznym. Zdumiewające, że młodzież w Polsce na ich spektakle reaguje bezkrytycznym zachwytem. Klaszcze na stojąco, wykupuje bilety i, co chyba jeszcze bardziej dziwne - świetnie się bawi.

W estetyce i poetyce "pokolenia porno" napisała "Pawia królowej" Dorota Masłowska, a Łukasz Kos wyreżyserował jego adaptację. Tyle że powieść Masłowskiej i inscenizacja Kosa, choć nadto czarno-biała, to przecież zawiera szczere refleksje podane z właściwym dystansem i w stosownych proporcjach, gdzie zwycięża zdrowy rozsądek, a nie gwałt na publiczności.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x