Artykuły

Zbyszek Cybulski - aktor XX wieku (Ludzie teatru "50 na 50")

Żaden James Dean. Cybulski był Cybulskim - nie żadnym substytutem kogokolwiek. Że grał w ciemnych okularach? No to co? Miał słaby wzrok. Czy był wielkim aktorem? Nie. Czy miał talent? Na pewno. Czy był genialny? Kto wie

Według autora tych słów, Jana Kreczmara Cybulski był przede wszystkim "niedokończony" i "przedziwny". Nie tylko z racji swej fascynującej, charyzmatycznej osobowości, także z powodu rzekomej bezradności w zakresie techniki aktorskiej, poświadczonej przez jego partnerów ze sceny i planu filmowego. Aktorstwo odtwórcy roli Maćka Chełmickiego. oparte na bezwzględnej prawdzie i autentycznym przeżywaniu, było dosłownie jednorazowe. Nie lubił się przebierać ani charakteryzować, nigdy nie opanował do końca tekstu, wiecznie improwizował, tworząc na oczach widzów spektakle, w których grał - zawsze spontanicznie i żarliwie - były za każdym razem inne, bo Cyb nie potrafił zatrzymać i utrwalić (w żargonie aktorskim: zafiksować) wymyślonej sytuacji czy zdobytego w przypływie emocji, na ułamek sekundy, wyrazu twarzy, gestu, ruchu.

Czy istnieje większy grzech przeciw rzemiosłu? Z tego powodu wiele osób z tak zwanego środowiska uważało Cybulskiego za amatora. Niewykluczone zatem, że jego wybór na bohatera pierwszego portretu aktorskiego, w ramach cyklu uświetniającego jubileusz teatru Wybrzeże, może wydać się prowokacją. A niech tam.

W drodze do Bim-Bomu

Cybulski, rocznik 1927 nie od razu planował karierę aktorską. 20-letni maturzysta dzierżoniowskiego gimnazjum zrazu podejmuje studia na Wydziale Konsularnym krakowskiej Akademii Handlowej oraz na Wydziale Dziennikarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dopiero dwa lata później, rozsmakowawszy się w graniu jako statysta w Teatrze im. Juliusza Słowackiego, rozpoczyna naukę w Państwowej Wyższej Szkole Aktorskiej. Na egzaminie dyplomowym gra Smakosza w "Przyjaciołach" Fredry.

Na Wybrzeże przybywa w 1953 roku z grupą szkolnych kolegów, którą sprowadziła tu mianowana na kierownika artystycznego Lidia Zamkow. Jego pierwszą rolą w gdańskim teatrze jest Ferdynand w Schillerowskiej "Intrydze i miłości" w reżyserii Hugona Morycińskiego, grany w peruce i z przyprawionym nosem (!). Odetchnąwszy nieco jako "mąciwoda i sabotażysta" Mechti Aga Rustambejli w socrealistycznym gniocie radzieckiego pisarza Aleksandra Krona .Poszukiwacze", wkłada znów znienawidzony kostium z epoki" w "Mazepie" Słowackiego w reżyserii Zdzisława Karczewskiego. Jerzy Goliński wspomina, że gdy zobaczył go w roli Zbigniewa, omal nie umarł ze śmiechu. Największym sukcesem Cybulskiego w jednosezonowym teatrze Zamkow, był jednak bardzo malowniczy Herszt Anarchistów w "Tragedii optymistycznej" Wiszniewskiego, zagrany już po debiucie filmowym (epizod w ..Pokoleniu" Wajdy).

Po wyjeździe Zamkow- zdecydował się - mimo konfliktowej sytuacji w zespole - pozostać na Wybrzeżu. Młodemu, niepokornemu aktorowi, który miał wiele do powiedzenia na temat nowoczesnej sztuki, nie wiodło się jednak najlepiej. Oficjalnie oddelegowany wraz z Bogumiłem Kobielą do pracy społecznej, zajął się teatrem amatorskim - ..żeby coś robić". Andrzej Cybulski (zbieżność nazwisk zupełnie przypadkowa), który sprawował wówczas funkcję kierownika wydziału kultury Zrzeszenia Studentów Polskich przy Politechnice Gdańskiej, powierzył Zbyszkowi - dawnemu koledze z drużyny harcerskiej - prowadzenie estrady poezji (zespół dramatyczny działał już pod wodzą Lubicz-Lisowskiego).

Przewodnik stada

Teatrzyk, działający do 1960 roku jako organ ZSP, miał charakter komuny, którą rządziła rada studencka. Mimo zespołowego autorstwa programów ster dzierżył jednak duet Cybulski i Kobiela, wspierany przez talent malarski Wowa Bielickiego i literacki Jerzego Afanasjewa. Ta osobliwa wspólnota twórcza zbudowana została na ostrym kontraście temperamentów, zmysłów humoru, a nawet poglądów na sztukę. W powszechnym odczuciu członków zespołu za lidera uważany był jednak Cyb - ze względu na solidniejszy wygląd i charyzmę. Ten mózg od rzeczy "dużych i ciężkich", "misjonarz daleki myślami", dbał głównie o przesłanie spektakli. Powierzając Kobieli stronę aktorską, sam zajmował się tworzeniem poetyckiego nastroju. Z zasady unikał wychodzenia na scenę, poza jednym może wyjątkiem - ze względów ideowych grał w wymyślonym przez siebie skeczu o lotnikach zrzucających bombę na Hiroszimę ("Radość poważna'"). Swoją solennością i powagą, które ciągnęły go w kierunku teatru monumentalnego i patetycznego, uzupełniał frywolność i elficzną lekkość Kobieli. Cybulski "wieczny harcerz" o zacięciu społecznikowskim, obdarzony instynktem wodzowskim, starał się łączyć zadania artystyczne z wychowawczymi. Teatr traktowany jako wspólnota, podporządkował nadrzędnemu celowi - pasji tworzenia ciągle czegoś nowego i dzielenia się tym z ludźmi, "aby wzbudzić w nich uczucie miłości dla świata, dla siebie, dla tego wszystkiego, co pachnie i kwitnie, i wydaje owoce".

Wąchanie czasu.

Bim Bom potrafi bez słów powiedzieć o minionych latach więcej niż całe strony publicystyki czy prozy beletrystycznej"- pisał entuzjastycznie w' 1956 roku, po premierze "Radości poważnej", Roman Szydłowski. "Zabawa Bim-Bomu w nowoczesność nie jest bezinteresowna. Jest przesycona polityką. Nadrealistyczna metafora i przyśpieszony skok wyobraźni służy moralnemu oburzeniu i rewolucji moralnej" - wtórował mu Jan Kott. Cybulski miał świetną intuicje dramaturgiczną, która pozwalała mu bronić teatru przed wizją cmentarzyska sztuki. Powołując się na maksymę artystyczną Xawerego Dunikowskiego, twierdził, że jakakolwiek twórczość wymaga wyczulenia na zapach czasu. "Wąchasz czas?" - pytał ciągle aktorów, zalecając im przechodzenie na drugą stronę rampy, wsłuchiwanie się w głosy z sali, wyczuwanie reakcji widowni. Umiejętność zaciekawienia publiczności, wciągnięcia jej do rozmowy i przekazania komunikatu o wspólnym czasie, były dla aktora XX wieku największym sprawdzianem osobowości. Nie interesowało go odtwarzanie, wcielanie się w postać, lecz aktorstwo autorskie, oparte na indywidualnych środkach wypracowanych poprzez sztukę improwizacji. Szef Bim -Bomu uważał, że aktor jest predestynowany tylko do pewnego gatunku ról. Sam najlepiej czuł się w roli narkomana Johnny'ego Pope'a w broadwayowskim i gdyńskim hicie "Kapelusz pełen deszczu" Michaela Gazzo (prapremiera polska 1 maja 1959 roku), rozegranym w duchu amerykańskiego neonaturalizmu. Debiutujący w teatrze Andrzej Wajda stworzył przedstawienie "filmowe", całkowicie imitacyjne, pomyślane na przestrzeń zatłoczoną brzydkimi dekoracjami i przedmiotami, z włączonym odkurzaczem i turkocącą maszyną do szycia na czele. Chcąc spotęgować jeszcze realizm sytuacji, kazał aktorom (Fetting, Dubrawska) jeść, pić, szyć, sprzątać, zmywać i tłuc filiżanki, a nawet zanurzać głowy w strumieniu zimnej wody spływającej z prawdziwego kranu. Dla Cybulskiego to był prawdziwy raj, bo mógł być po prostu sobą, kimś całkiem prywatnym.

Aktor nie znosił sztuk kostiumowych. Jedna z anegdot głosi, że podczas prób do "Grzechu" Żeromskiego (1955) w reżyserii Lubicz-Lisowskiego czytywał namiętnie gazety, bardziej zainteresowany bieżącymi wydarzeniami na świecie niż epokami, przy pomocy których "teatr zawsze broni swego staropanieństwa". Jako reżyser także zalecał aktorom śledzić życie na gorąco, ponieważ widz bywa zwykle podekscytowany tym, co przeczytał wczoraj w gazecie.

Bim-Bom miał być teatrem ideowym, walczącym o szarego człowieka. "Unikamy jak ognia sztucznego deklaratywu. Chcemy, aby Bim-Bom był teatrem metafory i poezji, mówiącej o sprawach ludzkich" - deklarował w imieniu zespołu. Bim-Bomowcy, przebrani w "balowe skóry", wygrywający na swoich teatralnych instrumentach "melodię uczuciowości", przypominali średniowiecznych trubadurów czy wagantów, którzy tworzyli niegdyś koniunkturę, wnosząc w strukturę świata element anarchizmu czy - jak powiedzielibyśmy dzisiaj - kontestacji. Wierząc w swoje posłannictwo "uwesołozabawienia" na przekór szarości peerelowskiego życia pragnęli rozniecić w młodzieżowym środowisku karnawałowy żywioł, zastawić stoły - jak w wybranym na manifest poemacie Pablo Nerudy -miłością. W ich teatrzyku zrodził się zwyczaj tworzenia kręgu i zapalania świeczki: za gwiazdy, za samotnych, za zakochanych, za ławki w parku...

Nowoczesny teatr buffo

Po niepowodzeniu trzeciego programu "Toastu", Cybulski i Kobiela, szukają nowej przestrzeni dla swoich reżyserskich i aktorskich eksperymentów. W czerwcu 1957 roku w salce Klubu Artystów Wybrzeża w Sopocie (dzisiejszy Spatif) premierą "Za zamkniętymi drzwiami" Sartre'a inauguruje działalność Teatr Rozmów. Cyb i Kobiela ściągają ze swojego zespołu Tadeusza Wojtychę oraz pozyskują współpracę aktorek teatru Wybrzeże, Wandy Stanisławskiej-Lothe i Alicji Migulanki. Powściągliwa reżyseria, eksponująca tekst, nie ma w sobie nic z "obrazkowych rebusów", sentymentalizmu i wygłupów Bim-Bomu. Po roku, już w Żaku, powstaje następny - niestety, także ostami - program, złożony z jednoaktówek Ionesco, Cocteau i Durrenmatta. Recenzent "Teatru", bardzo wysoko oceniając role Cybulskiego i Kobieli, zwracał uwagę na odmienność ich osobowości aktorskich: "podczas gdy Cybulskiego cechuje wysoce osobisty, zaskakujący i sugestywny styl gry (ma on na scenie - jako Autor z Jesiennego wieczoru -tę samą, co bohater Popiołu i diamentu przyczajoną, objawiającą się nagłymi zmianami pozycji całego ciała drapieżność, ten sam tajony i czujny niepokój), Kobiela wykazuje znów znamienną elastyczność we wcielaniu się w krańcowo różniące się, nie tylko charakterem, lecz także genrem dramatycznym postaci". Zygmunt Hubner, który w sezonie 1958/59 obejmuje dyrekcję artystyczną teatru Wybrzeże, ściąga z. powrotem obu aktorów do zespołu. Jako reżyserzy .Jonasza i błazna" Broszkiewicza oraz. "Króla" Caillaveta i Flersa, wprowadzają styl błazenady i zmysł improwizacji spod znaku komedii dell'arte (celowali w nim zwłaszcza Zdzisław Maklakiewicz i Tadeusz Wojtych), epatując widownię natłokiem pomysłów i kabaretowych efektów, "że tchu brak ze śmiechu". Oprócz, roli narkomana Johnny'ego w "Kapeluszu pełnym deszczu", Cyb gra także Jana w .Pierwszym dniu wolności" Kruczkowskiego (1960). I to gra z taką sugestywnością, że zachwyca samego autora.

Budzik na cmentarzu

Cybulski wielokrotnie podkreślał, że w Gdańsku, w Bim-Bomie przeżył swoje najlepsze lata. "Bim-Bom był wszystkim. I matką, i bratem, i naszym nauczycielem. Był naszym chlebem" - mówił Afanasjewowi. "Gdybym umierał, co brzmi pompatycznie, ale wierz mi, że wszystkie moje filmy, sztuki. "Kapelusz pełen deszczu", to wszystko nic - myślałbym tylko o naszym teatrze. Przez Bim-Bom zbliżyłem się do człowieka. Do swego zawodu". W maju 1967 roku, w rocznicę pierwszego programu, planował wielkie spotkanie członków zespołu. Odbyło się ono jeszcze wcześniej - 12 stycznia w Katowicach przy jego trumnie. Zginął pod kołami pociągu.

Jedna ze scen "Radości poważnej" przedstawiała pogrzeb. Do świeżego grobu podchodzili żałobnicy, dostojnie i godnie składali wieńce. W bezpiecznej odległości porzucali żałobne miny, znikając wśród chichotów i rozmów. Na opustoszałym cmentarzu wytrwał tylko jeden człowiek, biednie ubrany, skulony z zimna Po wyjściu z ukrycia długo stał nad pokrytym kwiatami grobem. A potem stawiał na nim ... budzik.

Jedenaście lat po premierze najważniejszego programu Bim Bomu na grobie jego lidera stanął ten sam, zabrany z rekwizytorni teatru, budzik. Jego tykanie przypomina o upływającym czasie. Czy kiedyś jeszcze zadzwoni?

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x