Artykuły

Kurier Warszawski

Rossini, Latoszewski, Szajna - nasi drodzy Jubilaci! "Dante 1992", to trochę mniej Dantego, a więcej Szajny niż niegdyś. Marta Argerich w studiu Polskiego Radia - cztery wielkie wieczory! Antoni Wit przywiózł dzieło niekonwencjonalne. W Iluzjonie: "Żyd Süss i inni..."

JUBILEUSZE, jubileusze, jubileusze... Obrodził nam ten rok w rocznice mniej lub bardziej okrągłe, lecz zawsze sympatycznie i interesująco świętowane. 200-lecie Gioacchina Rossiniego już tutaj odnotowywałem, dodam więc dzisiaj tylko, iż niezawodna, jeśli idzie o trzymanie ręki na pulsie jubilatów, Warszawska Opera Kameralna wystawiła już trzecią w tym roku operę tego zacnego i płodnego (40 oper!) twórcy. Po wznowieniu "Cyrulika sewilskiego" i "Signora Bruschina" przygotowała nie graną w Warszawie od niepamiętnych czasów "Jedwabną drabinkę" - prawdziwe cacko repertuarowe oparte na zabawnej miłosnej intrydze (do złudzenia przypominającej konflikt "Potajemnego małżeństwa" Cimarosy), ozdobionej przez dwudziestoletniego Rossiniego nad wyraz uroczą, pełną wdzięku muzyką. Opracował ją w WOK-u Tadeusz Wicherek, a Jitka Stokalska zgrabnie wyreżyserowała zespół, w którym świetną formą - zarówno wokalną jak i aktorską - błysnął przede wszystkim Adam Kruszewski w roli zaufanego służącego, będącego niejako animatorem całej akcji. Partie potajemnych małżonków śpiewali Marzanna Rudnicka i Jacek Laszczkowski, wyprowadzonym w pole opiekunem cud-dziewczęcia był Zdzisław Nikodem, zaś wybornej obsady dopełniali Mirosława Tukalska i Sławomir Jurczak.

Święto Rossiniego, owszem, miłe, czymże jednak jest dla nas wobec 90-lecia Zygmunta Latoszewskiego, urodzin obchodzonych przez dostojnego Jubilata w niezmiennie aktywnym działaniu na kapelmistrzowskim podium. To dopiero fakt, który imponuje! Napiszę o nim szerzej w następnym Kurierze, dziś poświęcając nieco miejsca połowie tej liczby, a mianowicie 45-leciu pracy artystycznej Józefa Szajny. Dokładnie w tydzień po identycznym jubileuszu Gustawa Holoubka (pisałem o nim już w osobnym tekście Centrum Sztuki Studio oddało wieczór do dyspozycji swego założyciela i pierwszego dyrektora, który po osiemnastu latach powrócił z jubileuszowej okazji do stworzonego przez siebie (scenariusz, reżyseria, scenografia) głośnego, pamiętnego spektaklu wg "Boskiej komedii" Dantego. Ta nowa premiera otrzymała tytuł "Dante 1992" i choć w zasadzie opiera się na poprzedniej inscenizacji (zwłaszcza w tak ważnym tutaj planie wizualnym), to jednak jest to spektakl całkiem inny. Tekstami wypowiadanymi ze sceny nawiązujący do czasu współczesnego i naszej współczesnej rzeczywistości. W znacznie większej mierze niż dawniej pieśni Dantego zastąpione zostały tekstem własnym Szajny, ostatecznie formowanym już w czasie prób, na scenie, niemniej pozostała, oczywiście, naczelna idea spektaklu: poznawanie siebie poprzez poznawanie świata; przekształcanie siebie poprzez doświadczenia, jakie niesie owa wędrówka przez symboliczne Piekło, Czyściec, Raj...

Inna rzecz, czy to wypełnienie metafor "Boskiej komedii" treściami bardziej polskimi niż uniwersalnymi i bardziej konkretnymi niż symbolicznymi wychodzi przedstawieniu na dobre. Myślę, że niekoniecznie, ale... pamiętajmy, że Szajna jest przede wszystkim malarzem: jego teatr - tak odmienny, oryginalny, rozsadzający wszelkie konwencje - wypowiada się w zasadzie poprzez wizję plastyczną, malarską, a ta jest w "Dantem 1992" prawdziwie wspaniała, wywierająca ogromne wrażenie. Co więcej - choć to już średni komplement! - fakt, iż tekst wypowiadany przez aktorów w znacznej mierze ginie gdzieś po drodze, nim dotrze do uszu słuchaczy, pozwala publiczności dopełnić sobie oglądane sytuacje własną treścią; bogatą wyobraźnię Szajny uzupełnić własną, skromniutką wyobraźnią.

Dantego, pamiętnego z interpretacji Leszka Herdegena, w tej nowej wersji zagrał Krzysztof Chamiec, nową Beatrycze jest Jadwiga Jankowska-Cieślak, nowym Cerberem - Aleksander Wysocki, tylko Charonem, tak jak przed osiemnastu laty, pozostaje Antoni Pszoniak... Szajna jest artystą prawdziwie renesansowym, toteż jego jubileusz rozłożono na szereg uroczystych wydarzeń; poza premierą "Dantego" odbyła się wystawa jego malarstwa, zorganizowano też całe sympozjum poświęcone twórczości Szajny, połączone z projekcją filmów ukazujących jego działania zarówno w kraju, jak i za granicą, gdzie Szajna ceniony jest nie mniej wysoko niż u nas. A może nawet wyżej!

Zatem teatr i malarstwo miały swoje święto. A muzyka? Miała też, i to najpiękniejsze, jakie można sobie wyobrazić: występy Marty Argerich w studiu koncertowym Polskiego Radia. W jaki sposób dyrekcji nagrań PR udało się nakłonić jedną z największych indywidualności pianistycznych świata do przyjazdu do Polski na cztery wieczory, z których każdy wypełniła innym programem (a raczej na pięć, bo poza Warszawą zagrała także z WOSPR-em w Katowicach)? Prawdopodobnie zadziałał niezwykły upór, cierpliwość i czar osobisty negocjatorów, bo - jak znam życie (i nasze możliwości) - na pewno nie pieniądze. Tak, czy inaczej Argerich przyjechała, i to nie sama: wraz ze swym przyjacielem i partnerem w dwufortepianowym muzykowaniu, Alexandrem Rabinovitchem. Były to bodaj pierwsze w Polsce koncerty wielkiej pianistki od roku 1980, kiedy to, jako członek jury Konkursu Chopinowskiego, oburzona niedopuszczeniem do finału Ivo Pogorelića, z hukiem opuściła nieco strupieszałe sędziowskie grono i wyjechała (nie ona jedna zresztą), nie podpisując się pod tak bezsensownym werdyktem.

Ten incydent świadczył nie tylko o jej muzycznej wrażliwości, ale i o jej charakterze, i jej temperamencie. Istotnie, taką emocjonalność, żywiołowość, wewnętrzną siłę i tę odrobinę szaleństwa, bez której nie ma wielkiej sztuki, podziwiałem u niej już w roku 1965, gdy zdobyła w Warszawie I nagrodę na Konkursie Chopinowskim. Nie wspominam już, naturalnie, o ogromnej muzykalności i absolutnej swobodzie technicznej, bo bez tego trudno dziś pokazywać się na jakimkolwiek markowym konkursie, lecz tamte wyróżniające ją cechy... Myślałem, że może zawdzięcza je swojej młodości, obawiałem się, że może ten dynamizm i temperament porywający słuchaczy później nieco przygaśnie, tymczasem - nic podobnego! Blisko 52-letnia Argerich gra dziś równie gorąco, a jeszcze bardziej dojrzale niż niegdyś. To wielka, zachwycająca artystka!

Na dwu wieczorach dwufortepianowych przedstawiła wraz ze swym doskonałym, idealnie rozumiejącym się z nią partnerem (Rabinovitch - to Azer z Baku, od osiemnastu lat osiadły na Zachodzie; obecnie mieszka - tak jak Argerich - w Genewie) repertuar ogromnie interesujący i bardzo różnorodny. Od Sonaty Mozarta, poprzez Schuberta, Brahmsa (przepięknie zagrane Wariacje na temat Haydna), Saint-Saënsa i Rachmaninowa, aż po potężny, 45-minutowy cykl Oliviera Messiaena "Vision de l'Amen". A zagrany jako jeden z bisów "La Valse" Ravela? To była nie tylko brawurowa wirtuozeria, to przede wszystkim było idealne muzykowanie dwojga genialnie ze sobą zestrojonych artystów...

Niemniej największą owacją zakończył się występ Argerich w Koncercie e-moll Chopina (towarzyszyła jej - podobno bez jednej próby! - znakomita Sinfonia Varsovia pod dyrekcją Grzegorza Nowaka). Wywoływano Argerich tak długo i tak intensywnie, że ostatecznie zdecydowała się powtórzyć na bis całą I część Koncertu, ale... na innym fortepianie! Odsunięto więc Steinwaya, dosunięto Bechsteina i Argerich ponownie zabrała się do Chopina, grając go - tak jak przed 27 laty na konkursie - fenomenalnie! A ostatni wieczór - tym razem z orkiestrą PRiTV "Amadeus" pod dyrekcją Agnieszki Duczmal - przyniósł Koncert D-dur Haydna z Martą Argerich i Koncert C-dur Mozarta z Rabinovitchem. I znowu odnaleźliśmy inną Argerich: stylową, niebywale wrażliwą, cudownie frazującą, ale nie przesłodzoną. Męską. Silną. Zdyscyplinowaną.

Te cztery wieczory - to niezapomniane przeżycie dla melomanów, a piękna sala Studia koncertowego znów potwierdziła błyskawicznie pozyskaną opinię najciekawszego salonu muzycznego Warszawy. Zwłaszcza że ledwie parę dni wcześniej odbył się tam koncert również bardzo interesujący: Wielka Orkiestra Symfoniczna PRiTV z Katowic pod dyrekcją Antoniego Wita przypomniała dawno w Warszawie nie słyszany, sławny Tren - Ofiarom Hiroszimy Krzysztofa Pendereckiego (WOSPR grała niedawno ten Tren w Hiroszimie właśnie, podczas swego tournee po Japonii), Piotr Paleczny znakomicie wykonał solową partię Koncertu fortepianowego Witolda Lutosławskiego - najlepszego polskiego koncertu na fortepian z orkiestrą od czasów Chopina, a całość zwieńczyła po mistrzowsku zagrana I Symfonia Brahmsa. No i Tańce węgierskie tegoż kompozytora dorzucone na efektowny bis.

WOSPR wystąpiła również w sali Filharmonii Narodowej, przedstawiając niezmiernie rzadko w Polsce graną "Symfonię alpejską" Ryszarda Straussa. Zapewne nie najciekawsze muzycznie dzieło w dorobku wielkiego kompozytora - warsztatowo jest czymś wręcz niebywałym: wymaga instrumentarium ogromnych rozmiarów (podwójne, czy nawet potrójne obsady blachy, organy, maszyna do robienia wiatru, itd., itd.), którym Strauss operuje z zachwycającą, brawurową swobodą, a Wit z równie brawurową swobodą przekazał to potężne dzieło warszawiakom. To był jeden z najciekawszych wieczorów sezonu w FN.

Nieczęsto też zdarzają się w Iluzjonie tak ciekawe cykle, jak ten, który oglądaliśmy niedawno: "Film w służbie propagandy". Obejmował szereg dzieł kinematografii radzieckiej, głównie sławiących geniusz Stalina i ostrzegających przed imperialistycznymi spiskami, i kinematografii niemieckiej z okresu hitlerowskiego. W interesującym zestawie niemieckim znalazł się "Triumf woli" - dokumentalny reportaż ulubionej reżyserki Hitlera, Leni Riefenstahl z Parteitagu w Norymberdze w roku 1933 (z fragmentami przemówień Hitlera, Franka, Hoessa i wielu innych dygnitarzy NSDAP); osławiony "Powrót" o "gnębieniu mniejszości niemieckiej w Polsce" (mający usprawiedliwić niemiecką agresję w 1939); "Oskarżam", film Liebeneinera (przygotowujący psychicznie społeczeństwo do eutanazji ludzi nienormalnych lub nieuleczalnie chorych); "Dymisja" tegoż Liebeneinera wspominająca mądrość i potęgę hitlerowskiego idola, "żelaznego kanclerza" - Bismarcka; wreszcie osławiony najgorszą sławą "Żyd Süss" Veita Harlana, za który Harlan stanął po wojnie przed trybunałem, oskarżony o zbrodnię przeciw ludzkości. Istotnie, ten bodaj najbardziej antysemicki film w dziejach kinematografii, w kontekście wydarzeń w hitlerowskiej Rzeszy, wręcz nawoływał do masowych mordów na Żydach, propagując nienawiść i nietolerancję, Żydów czyniąc odpowiedzialnymi za wszelkie zło...

Wszystkie pokazywane w tym cyklu filmy są dziś "białymi krukami" w filmotekach świata (kopie "Żyda Süssa" niszczył po wojnie sam Harlan "w drodze ekspiacji" - jak twierdził), toteż seanse w Iluzjonie były niezwykle interesujące. Szkoda tylko, że dawne filmy przyciągają do tego kina ledwie garstkę widzów; przecież historia filmu jest czymś fascynującym!

W każdym razie dla mnie.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x