Artykuły

Anegdoty i fakty z półwiecza

Co pozostaje po 50 latach pracy teatru? Programy z kolejnych premier, recenzje, zdjęcia, ale i anegdoty, .wpisane w życie każdej sceny. I to właśnie te, najczęściej zabawne, opowieści najżywiej przechowują w pamięci ludzie teatru. One też towarzyszyły minionemu półwieczu Teatru Ludowego - pisze Wacław Krupiński w Dzienniku Polskim.

O otwarciu teatru w Nowej Hucie

Już 3 grudnia 1955 r. mówi dykteryjka, jako że - co przypomniał podczas jubileuszu Józef Szajna - miało ono odbyć się 1 grudnia, ale niemal w ostatniej chwili okazało się, że tego dnia minister kultury Włodzimierz Sokorski nie ma czasu, zatem premierę "Krakowiaków i Górali" Bogusławskiego odłożono. Sławomir Mrożek, który won-czas parał się pisaniem teatralnych recenzji, czy może felietonów, w "Echu Krakowa" rzecz ukontentowany chwalił: "Na zakończenie niech mi wolno będzie wzruszyć się, że przyszło mi pisać recenzję z pierwszego przedstawienia pierwszego teatru zawodowego w pierwszym mieście socjalistycznym, i ucieszyć się, że przyszło mi pisać pozytywnie. Naprawdę, zły teatr - to smutek i klęska dla recenzenta. Najmłodszemu teatrowi tycią, w imieniu Redakcji, wszystkiego dobrego".

Uśmiechnijmy się i z powodu tej pisowni; teatr z małej litery, ale Redakcja - z dużej...

A mogło się zdarzyć, że premiery by nie było. Jak wspomina po latach Włodzimierz Marecki, wówczas nastolatek, sposobiący się do fachu teatralnego akustyka, podczas jednej z ostatnich prób, gdy Skuszanka schodziła ze sceny, urwała się rampa z reflektorami, upadając pół metra przed panią dyrektor. - Do dziś mam w oczach pobielałą z przerażenia twarz Krysi. Gdyby te liny zerwały się sekundę później...

Dyrekcja "Skuszanków"

Bo choć oficjalnie reżyserem była Wanda Wróblewska, to spektakl kończyli Krystyna Skuszanka, pierwszy dyrektor Teatru Ludowego, ściągnięta z Teatru Ziemi Opolskiej, oraz jej mąż, też reżyser - Jerzy Krasowski. Mówiło się o nich "małżeństwo Skuszanków", co wskazywałoby na dominację żony, ale tak naprawdę była ona osobą łagodnego serca, a rządził mąż. Owszem, potrafił w "Arkadii" pić z kolegami do 4-5 rano, ale o dziesiątej wymagał obecności w pracy. Gdy ktoś się spóźnił 15 minut, Krasowski ogłaszał: - Będziemy o kwadrans dłużej pracować, podziękujcie koledze...

Pracująca przez wiele lat w teatrze jako inspicjentka Alicja Woźniak wspomina, jak to po weselu kolegi, na którym bawił się cały zespół, rano o 10 okazało się, że nie ma Witolda Pyrkosza. Aktor mieszkał blisko, zatem posłała po niego jednego z maszynistów. - Czekałam na Witka koło portierni i poradziłam, by się zgłosił do dyrekcji. Poszedł na I piętro na kolanach, klęcząc zastukał, a kiedy drzwi się uchyliły, Witunia, bijąc się w piersi, powtarzał: "Karać, karać, karać...". Już tym Krasowskich ugotował, a jeszcze dodał: "No nie zadzwonił... Ale, ....nie mógł zadzwonić, bo był nie nakręcony".

Nie uznawał natomiast Krasowski, co zapamiętał Tadeusz Kwinta, rozmawiania przy alkoholu na popremierowych bankiecikach o obsadach, planach, repertuarach, rolach itp., czyli nikt nie mógł sobie niczego załatwić. - Raz, pamiętam, jedna z koleżanek wstanie wskazującym podjęła taką rozmowę i wówczas Krasowski, już także po paru wódkach, zareagował bardzo ostro. Ugryzł ją w rękę.

Albo opowieść o "Radości z odzyskanego śmietnika". W tej sztuce, wg "Generała Barcza" Kadena-Bandrowskiego, Józef Harasiewicz w scenie aresztowania generała, granego przez Pieczkę, zamiast kwestii: "Na buty będzie czas w samochodzie", wygłosił, nie wiedzieć czemu, inną: "Na dupy będzie czas... w autobusie". Ugotował, jak to się mówi w teatrze, wszystkich. O grze nie było mowy. Kurtyna musiała opaść, ale i po wznowieniu spektaklu wszyscy dalej się śmiali...

Tadeusz Kwinta, który trafił do Ludowego w 1960 r., wspomina m.in. garderobę, tzw. czternastkę, której okna wychodziły na pobliskie żeńskie liceum. - Jeden z kolegów - Andrzej Hrydzewicz bardzo lubił się przebierać stając tuż przy oknie i to na krześle, żeby kostiumu nie pobrudzić. A bywało, że zmieniał nawet bieliznę... Puentę opowieści dopisuje żona aktora, Teresa, której na studiach koleżanki z tegoż liceum opowiadały, że losowały miejsce przy oknie szkolnej ubikacji, by przez nie oglądnąć owe garderobiane sceny.

Trwała dyrekcja "Skuszanków" do 1963 r.; wystawiono wtedy 45 premier, z których najczęściej grano "Myszy i ludzie" Steinbecka, w reż. Krasowskiego, "Księżniczka Turandot" w reż. Skuszanki (pokazana w połowie 1958 r. w paryskim Teatrze Narodów) i "Jacobowsky i pułkownik" Werfla, w reż. Krasowskiego. Grali w tych pierwszych latach m.in. Franciszek Pieczka, Zdzisław Maklakiewicz, Edward Rączkowski, Tadeusz Szaniecki...

Dyrekcja Szajny

A potem nastał na trzy sezony Józef Szajna, obecny w teatrze od początku wybitny scenograf. Teraz, sam będąc dyrektorem, już nie musiał się tłumaczyć ze swych inscenizacyjnych pomysłów.

Alicja Woźniak wspomina, jak to na próbie generalnej "Radości z odzyskanego śmietnika" Szajna wypalił dziury w płaszczu gen. Dąbrowy... -Krasowski, który był reżyserem, choć normalnienie krzyczał, dostał szału. Myślałam, że Józka zabije. Ostatecznie w ciągu nocy został uszyty nowy płaszcz, za co Szajna zapłacił. Nie miał wyjścia, w końcu wcześniej dał projekty do akceptacji, a i sam się pod nimi podpisał. Tyle że on lubił mieć takie nagłe pomysły. .. To pociął nowy kostium, nieraz i na strzępy, to wypalił dziury...

Zdarzyło się, jak opowiada Włodzimierz Marecki, że Szajna jako autor scenografii do sztuki "Imiona władzy", przyjechał nocą, wszedł na scenę, gdzie był już ustawiony pięknie wymalowany horyzont, i przez pół nocy wypalał w nim dziury. Ranną próbę zaczęła totalna awantura. Krasowski, choć reżyserowała Skuszanka, szalał. Kto zniszczył horyzont?! Gdy jednak Szajna włączył ustawione od tyłu reflektory, owe dziury objawiły siłę wręcz magicznie! Nawet Krasowski zamilkł.

Za Szajny wystawiono 21 premier, to wtedy pojawiła się jako reżyser Olga Lipińska, której fredrowska "Zemsta" oraz spektakl "Antygona - Siedmiu przeciw Tebom" według Sofoklesa i Ajschylosa, cieszyły się największą popularnością, z kolei wyreżyserowana przez Szajnę "Śmierć na gruszy" Wandurskiego zdobyła nagrodę na Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych we Wrocławiu, a "Puste pole" Hołuja, też w inscenizacji Szajny, pokazane na Międzynarodowych Spotkaniach Teatralnych we Florencji, odniosło "nadzwyczajny sukces", jak pisała włoska prasa.

To za tej dyrekcji pojawiła się w Ludowym jako reżyser Lidia Zamkow. I znów opowiastka. Pod koniec "dyrekcji Skuszanków" Zamkow przygotowywała "Sen nocy letniej", do której scenografię opracowywał Szajna. - Pamiętam, jak przynosił przepiękne makiety dekoracji - wspomina grający Puka Tadeusz Kwinta. - Na którejś z prób Zamków coś zaczęła wybrzydzać na czerwień... Na co Szajna zamarł na chwilę, po czym rzucił: "Lidka, ile ty odróżniasz kolorów czerwonych...". Ona coś zaczęła niewyraźnie mruczeć, a on dodał: "Siedem, dziewięć? A ja 120". Za tej też dyrekcji, odnotujmy pro domo sua, muzykę często komponował Adam Walaciński, nasz recenzent muzyczny.

Dyrekcja Ireny Babel

To wtedy trafiła do Nowej Huty na cztery sezony Krystyna Feldman. Po latach, pytana, jakim reżyserem była Irena Babel, powiedziała: - Bardzo wymagającym, inteligentnym. To była cudowna kobieta: chodzący wulkan o złotym sercu, ale jak się zdenerwowała, to nie było z nią żartów. Potrafiła trzepnąć, wrzasnąć i wydrzeć się nie na żarty. (...) Jednak najbardziej poniewierała swoim mężem, Stefanem Rydlem. Zaczynała się próba. Coś jej się nie spodobało. Mówiła wtedy: "Stefan, prosiłam cię przecież". Znowu coś wyszło nie tak. Irena, bardziej zdenerwowana, woła: "Kolego Rydel, ja cię bardzo proszę". W końcu zawsze kończyło się wrzaskiem: "Panie Rydel, a zejdź ty mi pan z oczu". Tak naprawdę jednak bardzo się kochali. To było udane małżeństwo.

Opowieści o temperamencie Ireny Babel potwierdza także Alicja Woźniak. - Irena Babel, z którą pracowałam przez rok, chętnie wrzeszczała. "Rozwydrzyli was ci Krasowscy, patrzeć na was nie mogę...". Choć za bardzo nie pozwalaliśmy na siebie krzyczeć. Kiedyś wyszłam na scenę i powiedziałam: "Albo pani przestanie krzyczeć, albo spuszczę kurtynę". I przestała.

W ciągu tej dyrekcji (1966-1971) wystawiono 32 premiery, z których najwięcej razy zagrano "Zygmuntowskie czasy" według Kraszewskiego i Czechowowski "Wiśniowy sad" w reż. Ireny Babel oraz "Śluby panieńskie" - reżyseria Irena Byrska. Tworzyła Babel "teatr dla każdego", wystawiając dużo klasyki i sztuk współczesnych. To wtedy reżyserowali w Nowej Hucie m.in. Izabella Cywińska, Bogdan Hussakowski, w zespole aktorskim pojawił się m.in. Zygmunt Malanowicz, jako kompozytorzy Zygmunt Konieczny, Krzysztof Meyer, Andrzej Zarycki (bywał już za Szajny), a jako scenograf Adam Kilian. To wtedy publiczność oklaskiwała na tej scenie m.in. Grażynę Barszczewską, Zygmunta Józefczaka, Leszka Teleszyńskiego.

Dyrekcja Waldemara Krygiera

Wykształcony w krakowskiej ASP, a teatralnie w Moskwie, owiany sławą spektakli tworzonych w Teatrze 38, chciał połączyć, jak ujął to Krzysztof Miklaszewski, który nastał, acz na krótko, jako kierownik literacki - "wykorzystanie doświadczeń eksperymentu Szajny, zasymilowanie zdobyczy Krasowskich i zdroworozsądkową syntezę z popularyzatorską pasją Ireny Babel".

To wtedy podjął współpracę z Teatrem Ludowym inny absolwent ASP, a także miłośnik Nowej Huty - Janusz Trzebiatowski. I też zmienili z Krygierem co nieco; to wówczas w elewacji budynku pojawiły się ogromne oszklone gabloty, reklamujące spektakle, powstała galeria sztuki. To w tym czasie Trzebiatowski, mimo skromnych możliwości ówczesnej poligrafii, wyczarowywał przepiękne, robiące wrażenie i dziś programy teatralne, w których prezentowano także dokonania środowiska plastycznego: Eugeniusza Muchy, Mariana Kruczka, Anny Güntner, Mariana Garlickiego, Ryszarda Otręby, Romana Banaszewskiego. Wtedy też na krótko pojawiła się scena Nurt, animowana przez Jana Güntnera. Kierował teatrem nowohuckim Krygier do 1974 r., podpisując jako dyrektor 28 premier, z których najczęściej grano: "Dzień dobry Mario" - spektakl autorski Aleksandra Bednarza, "Cyrulika sewilskiego" Kossinie-go w reżyserii Krygiera oraz "Zaczarowane kwiaty" Kożusznika, w reż. Bednarza.

Dyrekcja Ryszarda Filipskiego

Znakomity aktor, o wielkiej charyzmie, co po latach potwierdzają aktorki Nina Repetowska ("... trochę się w nim podkochiwałam, a przede wszystkim - co mówię z pełnym przekonaniem - to był wówczas, poza Zbyszkiem Wójcikiem, świętej pamięci, najlepszy aktor") i Bożena Adamek ("Byłam pod dużym wrażeniem jego aktorskiej osobowości").

To za jego dyrekcji pojawiło się zagrane 206 razy widowisko "Dziś do ciebie przyjść nie mogę", wielką popularnością cieszył się też wyreżyserowany przez dyrektora "Zielony Gil" De Moliny (113 przedstawień), o dwa razy mniej wystawiono "Pyzę na polskich dróżkach" Januszewskiej w reż. Iwony Omąkowskiej.

Tylko że Ryszard Filipski był również, twórcą Teatru eref 66, którego polityczne oblicze zaciążyło i nad Ludowym. - Wokółna naszego teatru powstała nieprzyjemna atmosfera, którą wielu pa mięta do dziś. Boleśnie, na własnej skórze, odczułam, że poglądy polityczne naszego dyrektora nic są wyłącznie jego prywatną sprawą. Będąc członkiem tego zespołu byłam odbierana jako wyznawczyni całkiem obcej mi ideologu przywołuje tamte lata Bożena Adamek. I wspomina, że wraz z mężem Włodzimierzem Nurkowskim mieli kłopoty ze zmianą teatru. Dyrektor Hübner z Teatru Powszechnego w Warszawie ujął to wprost: "Nie mogę pani przejąć prosto od Filipskiego. Proszę zaangażować się, póki co, gdziekolwiek...".

Odczuł to i Włodzimierz Marecki, który po latach budował w Ludowym kabiny akustyczną, ale już w tym czasie pracował w Starym Teatrze. I z nim to, ze spektaklem "Nocy listopadowej", wyjechał na dwa tygodnie do Holandii i Anglii. Choć wziął w tym czasie w Ludowym urlop, po powrocie dowiedział sie, że Filipski go zwalnia. - Jetem u dyrektora, a ten wrzeszczy. ..Ty pojechałeś z. Żydami... Ty chyba sam jesteś Żydem...". No to wstałem i nawet zdążyłem rozpiąć rozporek.....Co ty robisz?!". Pokazuję, że nie jestem Żydem.....Nie życzę sobie!" - wrzasnął Filipski.

Dyrekcja Henryka Giżyckiego

W 1979 r. dyrektorem został Henryk Giżycki. I na nim ciążyło odium erefu 66, ale swym postępowaniem nie rodził takich emocji jak poprzednik. Rozpoczął dyrekcję wystawiając absolutny hit w dziejach tej sceny - "Betlejem polskie" Rydla [na zdjęciu], które zagrano 417 razy. Również Fredrowska "Zemsta" w reż. Stanisława Igara, cieszyła się powodzeniem - 234 przedstawienia, a i "Przygody Koziołka Matołka" Makuszyńskiego w reż. Matyldy Krygier - 108 spektakli.

W sumie do sezonu 1988/89 firmował dyr. Giżycki 49 premier. Jedna, z nich była przywołana po raz trzeci w dziejach tego teatru jego pierwsza premiera - "Krakowiacy i Górale". To w tym czasie Tadeusz Malak dał w 1983 r, prapremierę "Hioba" Karola Wojtyły, ze znakomita, rolą Wacława Ulewicza, na plakatach jako twórcy pojawili się Waldemar Śmigasiewicz, Maciej Wojtyszko, Mikołaj Grabowski, Kazimierz Wiśniak, wtedy też jako reżyser zadebiutował "Szelmostwami Skapena" Tadeusz Kwinta, a jako scenograf objawił się w Krakowie, zabudowując scenę wielkimi rzeźbami, Janusz Trze-iatowski,

On też opowiada uroczą anegdotę związaną z tym spektaklem, który reżyserował Vojo Stankovski, mieszkający w Szwecji Macedończyk. - Myśmy rozumieli się genialnie. Do tego stopnia, że pierwsze próby z aktorami tłumaczyłem z jego polskiego, choć opanował on język dość dobrze. na nasz polski. Nie poprawiłem tylko jednego, gdy podbiegł do najpiękniejszej dziewczyny tamtego czasu, Dzidki Wilkówny i spytał: I co, i co nadziejem się...". Popatrzyła mu w oczy z lekka przerażona, bo co miała odpowiedzieć, grając w jego przedstawieniu... A on chciał tylko zwyczajnie się dowiedzieć.czy ona także ma nadzieję na udany spektakl' Bo przecież, gdy się coś tworzy, wszystko jest nadzieja....

Dyrekcja Jerzego Fedorowicza

Najnowsza i już pod wieloma względami rekordowa. Bo i najdłuższa - 16 sezonów, i premier najwięcej, bo aż 96, i z sześcioma spektaklami w reżyserii Jerzego Stuhra, także grającego gościnnie. Jego "Poskromienie złośnicy", "Mieszczanin szlachcicem" i "Macbeth" to zarazem najczęściej wystawiane spektakle. - pierwszy aż 225 razy. Dwa kolejne 164 i 118.

Jak podkreśla dyr. Fedorowicz, to w dużym stopniu przedstawienia Jerzego Stuhra wywindowały Ludowy na wyższy poziom, przyniosły nagrody i uznanie. Potwierdzeniem nagroda w Edynburgu dla "Macbetha" i dla "Wesołych kumoszek z Windsoru", w reżyserii Stuhra właśnie, na Festiwalu Sztuk Szekspirowskich. Były też inne sukcesy: 11 miejsce na tymże festiwalu szekspirowskim "Wieczoru trzech króli", w reżyserii Katarzyny Deszcz, wyjazd na festiwal edynburski z "Antygoną" w reżyserii Włodzimierza Nurkowskiego, występy w Londynie, Berlinie, Kijowie, Wilnie, Wiedniu.

No i był wielokrotnie opisywany w Polsce i w świecie eksperyment z. punkami i skinami, którym u zarania swej dyrekcji Fedorowicz, pamiętający, że sam w młodości rozrabiał, zaproponował przygotowanie spektaklu "Romea i Julii". Osiągnął tym pociągnięciem, ryzykownym zgoła, dwa cele - nie tylko wokół teatru przestało dochodzić do burd i atakowania widzów, ale stał się on głośny i poza Polską, czego przykładem wiele wyjazdów z tym spektaklem do Niemiec.

- Spektakl ..Romeo i Julia" grany przez skinheadów i punków, wcielających się w zwaśnione rody Montecchich i Capulettich, to był świetny pomysł dyrektora Fedorowicza - mówi Elżbieta Machówna, wówczas zastępca dyrektora teatru. I wspomina półżartem, jak to wywoływali w Niemczech szok. Bo chodzili zawsze wyłącznie w grupie, zatem przechodnie mieli niesamowity widok. - Oto szła ulicą grupa łysych skinów razem z grupą punków z czubami, i obok ja, stara baba, prowadząca tę czeredę. Nie było osoby, która by się nie oglądała za nami.

Za czasów Jerzego Fedorowicza przyszła też do Ludowego grupa młodych zdolnych aktorów: Ewa Kaim, Roman Gancarczyk, Piotr Urbaniak, Rafał Dziwisz, Tomasz Wysocki, Marta Bizon... To w Ludowym debiutowała jako licealistka Dominika Bednarczyk, tu pisał pierwszą muzykę Abel Korzeniowski, pojawił się interesujący cykl "Czytamy współczesny dramat", realizowany przez wiele lat przez Annę Wierzchowską-Woźniak. A i poprowadzony, w ślad za "Romeem i Julią", wraz z Inka Dowlasz, nurt dramoterapii - spektakle "Toksyczni rodzice", "Bici biją", "Odlot", "Sytuacja bez wyjścia", "Piątka gorszej szansy", "Błysk rekina", "Obudź się - Minnessota blues" - to bez wątpienia ważna działalność nowohuckiego teatru.

Ma on też od paru lat scenę w centrum starego Krakowa - w podziemiach Ratusza. To już jednak czas nieodległy, dobrze pamiętany. Trudno też przywoływać anegdoty o Jerzym Fedorowiczu, zwłaszcza że wszędzie go pełno - w teatrze, w działalności samorządowej, na piłkarskim stadionie, na łamach prasy, a wreszcie i w polityce, dokąd zawędrował jako poseł obecnej kadencji.

Zatem jako poseł postanowił wziąć w teatrze urlop bezpłatny, a władzę przekazał swemu zastępcy - Jackowi Stramie.

Gdy w 1989 r. Fedorowicz zaczynał pracę w Ludowym, dokąd przeszedł jako aktor Starego Teatru, mówił w "Dzienniku", że skoro nie udało mu się zostać wielkim aktorem, to może uda się być bardzo dobrym dyrektorem. Teraz poproszony, by jako siódmy dyrektor Teatru Ludowego ustawił się w hierarchii tych, którzy kierowali tą sceną, odpowiada: - Myślę, że nie będzie przejawem megalomanii, jeśli wpisałbym się na miejscu trzecim, uznając wyższość tego, co zrobili "Skuszankowie", bo to była rewolucja, jak i ich następcy - wielkiego Szajny.

Dyrekcja kolejna?

Z nią będzie pewien kłopot, bo choć "Fedor", jak wszyscy o nim mówią, przebywa na urlopie, to przecież nie wierzmy, że swój teatr zostawi. Zresztą Jacek Strama oficjalnie jest "dyrektorem w zastępstwie". Komu będzie zatem należało przypisywać następne sukcesy, których nowohuckiemu teatrowi życzymy?

O to przyjdzie się martwić przy okazji dopiero 60-lecia.

W tekście wykorzystałem cytaty z albumu "Na peryferiach dwóch miast", jaki na jubileusz przygotował Teatr Ludowy. Wypowiedzi Bożeny Adamek pochodzą z rozmowy z Jolantą Ciosek, Krystyny Feldman z wywiadu udzielonego Łukaszowi Madejewskiemu.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x