Artykuły

Dzieła wielkie i ciemnogród

Rozprawianie o kulturze w Białymstoku z natury rzeczy jest schizofreniczne. Bo wszystko niemal, czym możemy się pochwalić i co może być białostockim produktem eksportowym - w naszym miasteczku jednocześnie jest odsądzane od czci i wiary. Na efekt czekać długo nie musimy - także w szerokim świecie Białystok kulturalny postrzegany jest jak zmodyfikowany Dr Jekyll - Mr Hyde - pisze Monika Żmijewska w Gazecie Wyborczej - Białystok.

Jasność widzę...

czyli co w białostockiej kulturze mamy niezwykłego

Po pierwsze: Teatr Wierszalin

Długo można by pisać o tym znakomitym, oryginalnym teatrze, który reaktywował się po kilku latach hibernacji. Bez dwóch zdań - Piotr Tomaszuk stworzył coś niepowtarzalnego. Poznać się ciągle nie mogą na tym miejscowi radni, ale poznali się jurorzy najważniejszego festiwalu teatralnego świata w Edynburgu. Wierszalin aż trzykrotnie zdobył tam nagrodę Fringe First (taka sztuka nie udała się żadnemu polskiemu zespołowi z wyjątkiem teatru Kantora). Przez ostatnie kilkanaście lat Wierszalin święcił triumfy na całym świecie. Potem, z powodu kłopotów finansowych, zawiesił działalność, aktorzy rozeszli się po świecie. Ale przed rokiem powrócił - i choć z inną obsadą - znów o nim głośno (m.in. w Nowym Jorku i Berlinie). Tomaszuk tworzy autorskie spektakle, z których większość niesie ze sobą takie emocje i siłę obrazu, że w pamięć zapadają chyba każdemu. Niemal wszystkie są niebanalne. Prowokują i niepokoją, zawsze mówią coś ważnego. Większość z nich to moralitety opowiadające o życiu i śmierci, Bogu i diable, o najprostszych i najważniejszych miłościach. Są jak tajemnicze misterium w zgrzebnym stylu, uświęcające bluźnierstwo, zeświecczające świętość. Dla niektórych przedstawienia Wierszalina są nie do przyjęcia - zbyt grzebią w tradycyjnej moralności, zbyt są kontrowersyjne. Dla innych - to świetny, wieloznaczny teatr, o piętrowej konstrukcji znaczeń. Nic dziwnego, że nagrody się sypią.

Po drugie: galeria Arsenał

Szkoda, że część białostockich radnych ciągle nie przyjmuje do wiadomości, że to jedna z sześciu najlepszych polskich galerii sztuki współczesnej. I przodownik pracy. Galeria, mimo niecnych poczynań wrogów podcinających jej co i rusz skrzydła (czytaj: radni LPR). trzyma się - i poziom - nad podziw dobrze. Ściąga do siebie najciekawszych twórców sztuki współczesnej, polskich i zagranicznych, nie przytłacza prezentacjami dętymi i ciężkawymi od nadmiaru zamierzonych przez artystów sensów. Cieszą się z tego szczególnie młodzi odbiorcy sztuki - stąd wernisaże w galerii to frekwencja murowana. Przede wszystkim jednak wysiłki szefowej galerii - Moniki Szewczyk - i jej zespołu doceniają w Polsce i za granicą. To właśnie Arsenał promuje sztukę polską za granicą: białostocką galerię zaproszono do organizacji wystaw w ramach Roku Polskiego w Hiszpanii i w Berlinie, galeria otrzymała też przywilej organizacji polskiej części ekspozycji prezentującej w Holandii sztukę z dziesięciu nowych krajów UE. To właśnie Monika Szewczyk jest ekspertem przy kilku instytucjach zajmujących się sztuką. 1 to właśnie Arsenałowi udało się przygotować wystawę w warszawskiej Zachęcie, o czym kiedyś nawet galeria nie marzyła.

Po trzecie: teatr lalkowy

Nieprzypadkowo specjaliści od teatru nazywają Białystok "Mekką lalkarzy". Tych ostatnich tu bowiem pełno - w miejscowym teatrze lalek i na wydziale lalkarskim. A ostatnio zjeżdżają tu lalkarze z całego świata na jedyny w Polsce Festiwal Szkół Lalkarskich.

Kompanię z Białostockiego Teatru Lalek niemal w ciemno zapraszają do siebie warszawski Teatr Mały i wrocławski Festiwal Piosenki Aktorskiej. Bo też i nasz BTL od lat tworzy własny teatr piosenki, o wyjątkowym i rozpoznawalnym stylu. Niemal zawsze to autorskie widowiska, rodzaj wodewilu dla dorosłych i dzieci, jaki wraz z aktorami przygotowuje Wojciech Szelachowski. Scenariusze swoich przedstawień pisze sam, nasyca je muzyką, miesza konwencje. Rzadko się zdarza, by publiczność wymogła na teatrze kontynuację jakiegoś spektaklu. A naszym lalkarzom to się zdarzyło - w przypadku "Pana Fajnackiego". Całkiem jedyne jest zaś to, że Szelachowski na swym koncie ma niemal same realizacje m.in. seria słynnych autorskich "Kursów..." ("Krótki kurs piosenki autorskiej", "Krótki kurs wychowania seksualnego"), które entuzjastycznie witała publiczność wrocławskiego przeglądu. Dodajmy jeszcze, że nasi lalkarze tak przypadli do gustu reżyserowi Jackowi Bromskiemu, że niemal cały teatr zatrudnił w filmie "U pana Boga za piecem". A ten szybko ukochali widzowie w całej Polsce.

Po czwarte: Akademia Teatralna i festiwal

Musi być coś w naszym wydziale sztuki lalkarskiej nadzwyczajnego, skoro od trzech dekad o możliwość nauki tutaj dobijają się młodzi z całej Polski i Europy. Wydział produkuje niezliczone talenta (popatrzmy tylko, co wyczynia Kompania Doomsday - grupa absolwentów AT, tworzących w mieście teatr niezależny), co widać jeszcze podczas ich nauki w Białymstoku i później w teatrach rozsianych w całym kraju. Akademia już jest rozpoznawalna w Europie. A teraz głośniej jest o niej jeszcze bardziej - wymyśliła bowiem absolutnie niezwykły, jedyny w Polsce Międzynarodowy Festiwal Szkół Lalkarskich. Do Białegostoku z lalkami - papierowymi, szmacianymi, z gliny, drewna - zjeżdżają młodzi z najdalszych krańców świata: z Iranu, Izraela, Japonii, Chin.

Po piąte: Filharmonia Podlaska i Jej szef

Chciałoby się więcej takich szefów placówek kulturalnych, jakim jest Marcin Nałęcz-Niesiołowski. Warszawiak, do Białegostoku miał przyjechać na dwa lata, wyszło lat osiem. Gdy obejmował funkcję dyrektora był najmłodszym szefem filharmonii w Polsce (rocznik 1970). I nadal takim jest. Typ człowieka, który nie potrafi tylko siedzieć za dyrektorskim biurkiem. On działa. Tak wyremontował i unowocześnił salę koncertową, że z poziomu prowincjonalnego przeskoczyła na europejski. W szybkim tempie odświeżył skład orkiestry symfonicznej, przez co jej brzmienie zdecydowanie zyskało. Do Białegostoku zaprasza artystów tej miary, co Krzysztof Penderecki, Kevin Kenner, Teresa Żylis-Gara. Wraz z orkiestrą wyjeżdża na tournee za granicę, swą żywiołową dyrygenturą szybko podbił serca słuchaczy. Jest nie tylko znakomitym dyrygentem, ale też i śpiewakiem. A przed rokiem porwał się na coś niebywałego - wymyślił, że w Białymstoku warto zbudować Europejskie Centrum Muzyki i Sztuki - Operę Podlaską, czyli obiekt z prawdziwego zdarzenia, w którym posłuchać będzie można musicalu i operetki, ale też obejrzeć spektakle z rozmachem. Na pomyśle się nie skończyło - wizją zaraził decydentów. Pod listem intencyjnym w sprawie budowy podpisali się wojewoda, marszałek i prezydent. Powstał już nawet projekt centrum. Co będzie dalej? Zobaczymy.

Monika Żmijewska, zachwycona

***

Ciemność widzę...

czyli jaki związek z ciemnogrodem ma kultura

Po pierwsze: radni, co widzą diabła tam, gdzie go nie ma. Prawda jest taka: paralelnie do przedsięwzięć, którymi się chwalić możemy w kraju i za granicą - w tym samym kraju i za granicą postrzegani jesteśmy jako ciemnogród, zaściankowy i ksenofobiczny. A to przede wszystkim za sprawą radnych LPR, którzy co jakiś czas dają pokaz - przed światem - wielkiej przenikliwości. I oto w dziełach, którymi się właśnie chwalić powinniśmy, pokazują coś, czego pospólstwo nie dostrzegło, a co ich zdaniem jest haniebne. Na radnych Ligi zawsze można liczyć. Możemy mieć pewność, że po chwilowej apatii radni prędzej czy później poinformują świat, jakież to bezeceństwa się w Białymstoku dzieją. Czasem ma to swoje dobre strony - bo larum napędzi widzów do teatru czy galerii. Najwięcej jednak z tego powodu wstydu.

Najnowsza nowinka z misyjnej działalności LPR to popis w sprawie "Ofiary Wilgefortis" teatru Wierszalin. Radni LPR uznali, że trzeba z Podlasia teatr "pogonić kijami" bo bluźni i obraża uczucia religijne. Poszło o rzeźbę brodatej kobiety z odsłoniętym biustem na krzyżu - rekwizyt użyty w przedstawieniu o legendarnej średniowiecznej męczennicy. Nic to, że spektakl zrealizowano przed pięciu laty, a radny z LPR go nie widział. Na zdjęciach dojrzał Chrystusa z biustem i to "wystarczyło. Strzelił jednak gola do własnej bramki, bo w swym śledczym zapale nie sprawdził, że Wilgefortis, o której opowiada wstrząsający spektakl, jest świętą. Chciała uniknąć męskiego pożądania i wyprosiła u Boga... brodę. Ale niech tam, niech radni widzą w spektaklu, kogo chcą. Problem w tym, że radny Zbigniew Puksza zrobił aferę na sejmiku, bo chodziło o przyznanie Wierszalinowi 500 tys. zł. Teatr chciałby zostać tzw. wojewódzką instytucją kultury, czyli finansowaną z budżetu województwa (organem prowadzącym teatr byłby marszałek). Ożywienie LPR może więc zaszkodzić Wierszali nowi. Jak tu więc ciemności nie widzieć, skoro o teatrze nagradzanym i cenionym w świecie radni w ferworze mówią: "Niech sobie ich nagradzają w Nowym Jorku - my swoje wiemy"! Oto mamy schemat "cudze chwalicie, swego nie znacie" - w najczystszej postaci. Czy powtórzy się sytuacja sprzed kilku lat, kiedy Wierszalin musiał zakończyć działalność, bo jego wsparciem nie byli zainteresowani lokalni decydenci? Tomaszuk zwinął bagaże i wyjechał w Polskę. Teraz wrócił, bo ma nadzieję, że tym razem się uda.

- Myślę, że partia ludzi zdrowego rozsądku jest mimo wszystko większa niż partia ignorancji i ciemnogrodu - mówi. I ma wizję: - Białystok zasługuje na porządną offową scenę. Takiej sceny, póki co, tu nie ma, choć potencjał -jest. Ja zaś, robiąc w Supraślu "Edypa", mam poczucie, że tworzymy alternatywę estetyczną i tematyczną. Ze właśnie tworzymy off - tak mówił po powrocie ze świata do Białegostoku. Wrócił, bo Podlasie i Białystok, ze względu na tygiel kultur, jest dla niego inspiracją. Chciałabym, żeby Tomaszukowi starczyło wiary i nadziei. I by rzeczywiście zwyciężyła partia rozsądku.

Po drugie: radni, którzy zniechęcają do pracy

Tomaszuk ma ciągle nadzieję. Coraz bardziej wydaje się jednak być zmęczona szefowa innej świetnej białostockiej instytucji - Monika Szewczyk. Ale o ile szef Wierszalina mógł złapać oddech (zostawiając miejsce urodzenia na czas jakiś, reżyserując w w Polsce, jeżdżąc ze spektaklami za granicę), o tyle Szewczyk ciągle musi przyjmować absurdalne ataki LPR. Arsenał jest jednostką miejską, radni mają prawo o wystawach się wypowiadać, ale ich inwencja często sięga szczytu ignorancji i złej woli.

Liga z wiarą, że znajdzie coś niewłaściwego, bywa na wszystkich wystawach. I czasem znajduje. Radna Beata Antypiuk znalazła np. psie przydatki nie tam, gdzie trzeba, a radny Fedorowicz zdybał Wszechpolusa w klatce. Z galerią walczą od początku kadencji, doszukując się na kolejnych wystawach przejawów pornografii. Dwa lata temu doprowadzili do skandalu, który obił się szerokim echem po kraju. Radna obejrzała wystawę "Pies w sztuce polskiej" i uznała, że jej uczucia religijne obraża praca profesora poznańskiej ASP Piotra Kurki. Zaglądając z jednej strony, wewnątrz instalacji można było zobaczyć pieska. Z drugiej - mikroskopijne sylwetki księży. "Jak to? Pod ogonem?" - przeraziła się radna, choć ogon już sobie wyobraziła. Na prośbę prezydenta Ryszarda Tura praca została zdjęta. Problem w tym, że później swoje prace wycofali pozostali artyści.

Minął rok, a z długopisem w garści zjawił się w galerii radny Fedorowicz. Obejrzał instalację Radosława Szlagi, stanowiącą komentarz do cenzorskich zapędów Ligi (w otwartej klatce, wedle tabliczki, w środku znajdowała się bestia - pies Dozór, po łacinie nazwany Cenzorusem Wszechpolusem). I instalację pomazał, bo jego zdaniem ubliża ona Młodzieży Wszechpolskiej.

Powtórzę więc raz jeszcze -jak ciemności tu nie widzieć, skoro ze strony LPR pada deklaracja: "Jak przejmiemy władzę w następnej kadencji (tak rzekł Fedorowicz) - ta pani [Szewczyk - red.] wyląduje tam, gdzie jej miejsce, a w Arsenale będzie prezentowana prawdziwa sztuka polska. Zagraniczna też, ale prawdziwa". Walka z Arsenałem jest bardzo metodyczna. Był czas, że radni LPR domagali się obcięcia dotacji dla Arsenału albo też proponowali, by zamienić przestronną siedzibę Arsenału z ciasną Galerią im. Sleńdzińskich, gdzie można obejrzeć m.in. obrazy z Piłsudskim, a więc sztukę "słuszną".

Strach pomyśleć, co się stanie, kiedy Monika Szewczyk, zmęczona wojną podjazdową, wybierze jakieś miejsce w Polsce, w którym jej kompetencje zostaną docenione. A tych miejsc jest wiele.

Po trzecie: wiara czyni cuda

W tym wszystkim najlepiej radzą sobie szefowie filharmonii i Akademii Teatralnej. Pierwszy zadbać o filharmonię potrafił jak dotąd we wszystkich politycznych układach - umiał dogadać się z marszałkiem prawicowym, współpracował z lewicą, teraz z kolei - z prawicowym prezydentem. Oczywiście nie wiadomo, czy z czasem na pomyśle Opery Podlaskiej ktoś nie będzie chciał zbić politycznego kapitału, ale wierzmy, że nie. Marek Waszkiel, obecnie szef Białostockiego Teatru Lalek, a jeszcze niedawno Akademii Teatralnej i współinicjator Festiwalu Szkół Lalkarskich, też umiał przekonać miasto, by współfinansowało imprezę. - Festiwal otwiera nas na świat. Nasi partnerzy są zachwyceni, że w Białymstoku wytworzył się taki kameralny klimat. Myślę, że władze to rozumieją. Ale nie ukrywam, że oczekuję większej odwagi w promowaniu kultury.

Monika Żmijewska, zafrasowana

Na zdjęciu: "Until Doomsday".

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x