Artykuły

Nasza recenzja - Rozpad

Przez piasek cyrkowej areny biegną szyny, Istvan zaczyna je ostukiwać młotkiem, nasłuchuje czegoś z niepokojem.

I myślimy już, że Istvan Włodzimierza Jasińskiego niewiele jakoś ma wspólnego z postaciami artystów z Witkacego. I wtedy stopniowo, ten poczciwiec jak z filmów Tatiego, zmienia się w niespokojne, pełne groźnej witalności prawie- zwierzę. Wyszczerzone zęby, grymas przyczajenia i to wrażenie powściąganej siły - tak manifestuje się szaleństwo. Dźwięki narastającej muzyki niepokoją go w sposób fizyczny, jak uderzenia. W końcu, jak robak, zaczyna wkręcać się głową w piasek.

Tak zaczyna się przedstawienie "Szalonej lokomotywy", jak chce Krzysztof Jasiński - musicalu na motywach utworów Witkiewicza. Z licznych cytowanych w programie teatralnym krytyk, najcelniejsze wszakże wydaje się jedno zdanie Jana Kłossowicza: ""Szalona lokomotywa" mogłaby się z powodzeniem nazywać - Witkacy".

Zarówno słowo "musical", jak i fakt swobodnego operowania gotowymi przecież sztukami; łączenia w jedno postaci i wątków musi się wydawać szokujący. A przecież "Szalona lokomotywa" jest zdumiewająco wierna Witkacemu; jego wizji, jego lękom, poetyce jego dzieła. Motywy i obsesje tej twórczości; takie jak klęska artysty - i osobowości w ogóle - w ucywilizowanym świecie, kryzys kultury, demonizm erotyzmu... - znalazły w tym przedstawieniu zdumiewający i świeży wyraz.

Wielu inscenizatorów potykało się na tym, co dość już potocznie, nazywamy dziwnością Witkacego. Jako formę, dla jej ukazania, wybierano malowniczość i nienaturalność zachowań, gestów, kostiumów i dekoracji. Przykładem tej metody klasycznym jest omawiane na naszych łamach olsztyńskie przedstawienie "Onych" w reżyserii i scenografii Andrzeja Markowicza.

Dziwność i groza "Szalonej lokomotywy" uzyskana jest przy zastosowaniu elementów właściwie zwyczajnych, codziennych. To przecież postaci, rekwizyty ze świata naszej kultury masowej - jesteśmy wszak w cyrku. I jakże blisko podejrzanej tandetności piekła, pozbawionego patosu, która tak drażniła Istvana w "Sonacie Belzebuba". Zło w naszych czasach nie ma już wielkości, zdaje się mówić Jasiński. Jest rozpadem, cyniczną drwiną, wybrykami nudy powielającej wciąż te same sytuacje.

Powtarzająca się w dramatach Witkacego sytuacja niby-zmartwychwstania postaci, symbiozy żywych i zmarłych, powtórnego życia w jakimś niby-piekle zostaje bardzo dobitnie ukazana w "Szalonej lokomotywie".

Dominującym elementem scenografii Michaiła Czernaewa jest ogromna, spękana maska. Ta nadnaturalna twarz - Boga lub szatana? - rozpada się na koniec ukazując zastygłe postaci, kojarzące się z gipsowymi odlewami lub... ze spowitymi w bandaże trupami. W gwałtownym, zmieniającym się świetle zdają się one poruszać i w istocie, na koniec ożywają. A przecież to, jak się zdaje, te same - szyderczo ukazane - "girlsy". Ten trupi taniec oglądamy w różnych wersjach: roznegliżowane dziewczyny w czerwonych sukniach, z tradycyjnego kabaretu - dla mieszczucha z pięknej epoki. Tylko, że między nimi zaplątali się brodaci chłopcy - równie "wyzywający", równie wydekoltowani, a jeszcze na dodatek w strażackich hełmach.

A jeszcze ten sam zespół w ludowo beatowym tańcu - niby ze wsi Jana Macieja Wścieklicy - wściekle, do upadłego tańczący dziwnego krakowiaka z dyskoteki. A jeszcze dziwne pary chłopco-dziewczynek w strojach marynarsko-plażowych gestami ilustrującymi mechaniczność wszystkich naszych poczynań... W tym wszystkim, w kalejdoskopie zmieniających się obrazów, będących drwiną z potocznych wyobrażeń o widowisku rozrywkowym, jest coś groźnego, co kojarzy się - pozornie nieoczekiwanie - ze średniowiecznym tańcem śmierci...

W "Szalonej lokomotywie" Istvan zdaje się umierać kilka razy - na próżno.

Bo przecież nawet tytułowa szalona skrzydlata lokomotywa kierowana przez Matkę (Zofia Niwińska) nie zdoła go zmiażdżyć. A może, po prostu, jest on z góry naznaczony klęską, z góry skazany już wtedy, kiedy torturuje go muzyka?

Jak sądzę, nie byłoby tego przedstawienia bez Zofii Niwińskiej, tak bardzo witkacowskiej matki; dystyngowanej w każdej sytuacji, a przecież zdającej się świadomej wszystkiego i przyjmującej najgorsze potworności z dystansem. Tym piekłem zawiaduje Marek Grechuta. Nie bez autoironii dyskontuje własny mit - złotowłosego poetycznego barda z Krakowa, aby stworzyć postać Belzebuba. Czułość, prawie-prawdziwa, prawie - na granicy parodii. I te dziwne, odmierzone ruchy, których mechaniczność markuje prawie w ostatniej chwili. Wrażenie - okrucieństwa, wynikającego głównie z nudy, z poczucia braku wyjścia z błędnego koła... Znakomita, w pełni świadoma rola.

Nie trzeba mieć skłonności - i uprzedzeń Oskara Wilde'a, żeby zauważyć, że kobiety współczesne jakoś nie mają cech demonicznej perwersji, jakimi odznaczają się bohaterki Witkacego. Stąd rysunek postaci na naszych scenach (z wyjątkami, do których należy Spika Olgi Sitarskiej w bydgoskich "Onych") zaznacza się tak zwanymi grubymi kreskami... a więc mówienie sztucznym basem, robienie min wyzywających z przedwojennych filmów etc.

Cóż wobec tego robi Jasiński - obsadza, jak wiadomo, Marylę Rodowicz jako Hildę. Że Maryla Rodowicz śpiewa, wiemy wszyscy, chcąc nie chcąc zresztą, pełno jej bowiem w radio i TV. Ale jest to także zagrana rola, pozornie wbrew warunkom. Zagrana, jak sądzę, poprzez ukrywanie, nie ukazywanie. Nie gra ona bowiem kobiety, która demonizm i zło demonstruje. Gra kobietę, która te cechy ukrywa. Promienna i rozbrykana, biega i skacze z niewinnością dziecka. I z figlarnym uśmiechem dziecka, które przed chwilą zamordowało rodziców, podaje poduszkę - aby przy jej pomocy zamordować inną kobietę. Ta piękność o atłasowej, mlecznej skórze, przesyconej światłem, wydaje się być południcą; tym pięknym upiorem ze słowiańskich mitów powodującym śmierć żniwiarzy.

Oto uosobienie zła tak bez skrupułów, tak oczywiste, jak sama natura... Jeśli raz jeszcze przemówiła tu nienawiść do kobiet, to wyjątkowo - w sposób dla nich samych do przyjęcia.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x