Artykuły

Październikowe wycieczki do kultury

Październik, a więc i wiatr i "leci liście z drzewa" i anemiczne słońce, rzadko nam świecące na burym niebie. Ale Łazienki zawsze są sezonowe, choć po sezonie i zawsze piękne w każdym kolorycie, więc lubi się tam chadzać na spacery, choć umilkł już Chopin i poezja na letnich koncertach pod jego pomnikiem, choć złożono już w stos krzesła i stoliki w "Trou Madame" - hortexowskiej kawiarni, choć Teatr na Wyspie zamknął dla publiczności swe furtki. Jedynie można tam jeszcze liczyć na kulturę pod dachem, a więc w Starej Kordegardzie na tradycyjne już wystawy (w pierwszej połowie miesiąca pokazywano nam serigrafię Tadeusza Lipskiego z USA, która od 13.X. ustąpiła miejsca malarzom Białoruskiej Republiki Radzieckiej), w Nowej Pomarańczarni, udostępnionej po długim odrestaurowywaniu - na spacer po egzotycznym świecie rzadkich okazów zieleni i kwiatów, wśród szmeru fontanny i rzeźby z marmuru z Karrary. Natomiast w tym to budynku liczyć nadal nie można na kawę. Mimo obietnic nie otwarto dotąd kawiarni choć są tam odpowiednie pomieszczenia i zaplecze. Widocznie temu zamiarowi patronuje "Śpiący Amor" - rzeźba Brodzkiego, widniejąca w budynku.

Jesień i październik to natomiast pełny sezon kulturalny w samym mieście. Jak z rogu obfitości posypały się premiery. Jedna z nich pt. "Zabobon czyli Krakowiacy i Górale" - Jana Nepomucena Kamińskiego uświetniła dzień (19.X.) jubileuszu Teatru Dramatycznego, który to teatr przed 20 laty stał się Teatrem Dramatycznym m.st. Warszawy. (Ileż świetnych nazwisk aktorów, scenografów i reżyserów przewinęło się przez to 20-lecie, w którym doliczyć się można aż 109 premier. Niektórzy nie doczekali już tego święta, a jeszcze zdawałoby się niedawno, widziało się Aleksandra Dzwonkowskiego w "Dobrym człowieku z Seczuanu"). Spektakl "Zabobonu" w reżyserii L. Rene, odświeżony, błyskotliwy, dowcipny i to zarówno przez zamysł inscenizatorski jak i opracowanie muzyczne (muz. Kurpińskiego) Jerzego Dobrzańskiego, wodewil wstawkę W. Młynarskiego, dekoracje - A. Sadowskiego, kostiumy (Teresa Ponińska). Brawo i dla zespołu z Miechodmuchem czyli Józefem Nowakiem na czele, który razem z Basią, czyli Mirosławą Krajewską grają swe role śpiewające, ten popularny aktor ma bowiem i talent wokalny. Po tym odświeżającym spektaklu - wizyta w Teatrze z vis a vis, czyli w Studio, gdzie wystawiono "Gargantua i Pantagruel" - Rabelais w reżyserii i adaptacji Ireny Jun-Wieczorek. Miejsca na sali były nie numerowane, a publiczność zatrzymana w hallu czekała w pocie i znoju na dowcip? czy zagadkę? Zagadką okazał się prolog wygłoszony z balkoniku. W dzikim tłoku sunęli potem taranem co silniejsi, energiczniejsi. Na szczęście fala uniosła i Wojciecha Natansona na siedzące miejsce po prawej stronie sali, skąd jednak zasłonięty ścianą stojących nie mógł początkowo nic ujrzeć. Ani chyba i usłyszeć, bo w przeciwnym wypadku nie pisałby tak łagodnie w "Życiu Warszawy" o tym spektaklu. Słowa ze sceny brzmiały grubiańsko, niesmacznie. Zagubiła się zdrowa rubaszność rabelaisowskiej powieści, oczyszczający śmiech, renesansowa bujność. Trudno było mówić o jakiejś wewnętrznej satysfakcji widza. Mimo tych usiłowań epatowania niektóre fragmenty były poza tym wręcz nudne. Kilka dni po spektaklu włączyłam nad ranem radio i usłyszałam, że jest to spektakl głęboko humanistyczny, pobudzający do głębokich refleksji itp., itd. Refleksje raczej smutne mogą budzić takie opinie.

Teatr Polski wystąpił z udaną adaptacją opowiadań Szukszyna "Przy pełni księżyca". Autor, nieżyjący już od trzech lat, znany jest u nas z wybitnego filmu "Kalina czerwona". W dobrym tłumaczeniu Grażyny Strumiłło-Miłosz ujrzeliśmy owe ludzkie historie, w których jest miejsce, jak kiedyś powiedział sam autor "na myśli nie tylko o "wsi" i nie tylko o "mieście" ale i - o Rosji". I w którym to spektaklu reżyserii Augusta Kowalczyka, prostym sposobem, odrębnymi obrazkami-opowieściami ze zwykłego życia kołchoźnikach i szofera, Iwana i Popa, i innych z rosyjskiej wsi udało się przekazać nie tylko "wierzch" bieżących spraw, trosk życia codziennego, ale i to coś od "wewnątrz", co drąży ludzi, co sprawia, że czują i myślą, wierzą i wątpią, stawiają pytania. Z premier wymieńmy jeszcze "Po tamtej stronie radości" - widowisko poetyckie w Teatrze Nowym oparte na utworach Broniewskiego. Teatr Rozmaitości z kolei zaproponował do obejrzenia satyryczną, komiczną, w pewnych elementach trochę "konopielkową" sztukę: "Tato, tato, sprawa się rypła" - Latki. Wydarzeniem teatralnym natomiast stała się w Teatrze Małym "Fedra" Racine'a. Wielu pamięta tę sztukę francuskiego klasyka w Teatrze Narodowym sprzed prawie 20 lat, gdy rolę tytułową kreowała Irena Eichlerówna, a obiektem jej namiętności był Igor Śmiałowski w roli Hipolita. Mówili wówczas słowami Racine'a w tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego, dziś w tej samej roli głęboko przejmująca Zofia Kucówna i Hipolit-Waldemar Kownacki używają strof pięknego, muzycznego w swych frazach nowego tłumaczenia Artura Międzyrzeckiego. Spektakl godny szerszego omówienia (reż. A. Hanuszkiewicz) i poszczególne role także. Warszawa w te październikowe dni przyjmowała także gości z zagranicy i z kraju. Radzieccy pisarze przybyli do nas na "Dni Literatury Radzieckiej w Polsce" (24-29.X.) pod przewodem prozaika Gieorgija Markowa. Z kraju natomiast gościliśmy m.in. łódzki zespół Teatru im. Jaracza, który pokazał nam "Noc Trybad" współczesną sztukę o Strindbergu i bliskich z jego otoczenia oraz, równocześnie, jakby w formie prologu jednoaktówkę samego Strindberga "Silniejsza". To połączenie miało swą motywację i pozwoliło głębiej wniknąć w psychodramy "Nocy". Z gościnnym występem zjechał do Warszawy znany krakowski Teatr Stu z poprzedzonym wielką famą musicalem na motywach utworów S.I. Witkiewicza pt. "Szalona lokomotywa". Zebrały się tłumy przed cyrkiem "Salto", wszystkie miejsca drogo wycenione były zajęte, gorącą atmosferę chłodziły lody roznoszone przez zgrabne panie. Spektakl był rzeczywiście "pełen ognia" (dosłownego też, ziejącego z rur lokomotywy), zaskakujących pomysłów, efektów różnego kalibru. Ale rewelacyjny - nie był. Po wyjściu nie pamiętało się już dłużej tego fajerwerku. Młodzieńcza zabawa, propozycja estradowa: Witkacy jako musical, Witkacy jako cyrk. Sprawnie to wszystko było wyreżyserowane przez Krzysztofa Jasińskiego według jego i Marka Grechuty scenariusza. P. Marek "sprawił" dobrą sugestywną muzykę razem z p. Janem Kantym Pawluśkiewiczem. Autentycznym zjawiskiem ściśle przylegającym do tej konwencji, do witkacowskiego klimatu była świetna nie tylko głosowo Maryla Rodowicz jako Hilda, "demoniczna śpiewaczka". Marek Grechuta mógł nieco rozczarować; nie głosowo naturalnie. Nie zawsze więc widać jest dobrze, gdy coś jest poprzedzone famą niosącą zachwyty. Pamiętać o tym i w innych sytuacjach - nie zawadzi!

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x