Artykuły

Szalona lokomotywa

Publiczność poznańska zna dobrze Witkacego - nie tylko jako odmieniane na wszystkie sposoby nazwisko świętego polskiej awangardy, który tylko z powodu bariery językowej nie robił kariery światowej! j Dzieje się to teraz. Wraz z przyznawaniem temu autorowi tytułu prekursora: przecież francuscy twórcy teatru filozoficzno-poetyckiego absurdu biegali jeszcze w krótkich spodenkach, gdy powstawały sztuki Stanisława Ignacego Witkiewicza! Widzowie poznańscy znają najważniejsze z nich zarówno z realizacji na tutejszej scenie dramatycznej, Teatr "Marcinek" jak i przez studentów.

Właśnie na afisz Teatru Polskiego wszedł "Jan Maciej Karol Wścieklica" w reżyserii Józefa Grudy, gdzie tytułową rolę gra Aleksander Błaszyk. Tutaj wystawiano też "Guybala Wahazara" i "Sonatę Belzebuba". Znajomość tej ostatniej sztuki - najlepszego spektaklu Jerzego Zegalskiego, reżyser przenosił tę swoją wizję na sceny różnych miast! - i "Szalonej lokomotywy", którą przed wielu latami przygotował poznański Teatr Aktora i Lalki staje się wielce pomocną przy oglądaniu gościnnych występów krakowskiego teatru "STU" w "Arenie"...

Pomoc taka jest konieczna, ponieważ cocktail, przyrządzony z tekstów Witkacego jest raczej pretekstem do popisów wokalnych Marka Grechuty i Maryli Rodowicz oraz wyobraźni inscenizacyjnej Krzysztofa Jasińskiego i scenografa Michaiła Czernajewa. Zaiste jest co podziwiać! Najbardziej urzekła mnie strona plastyczna widowiska - spiętrzona dosłowność przeradza się w absurd, monumentalizm rekwizytów przekształca olbrzymią przestrzeń w kameralne wnętrze, powiększone tylko wielokrotnie! A jak wspaniale i różnorodnie ogrywana jest gigantyczna, rozpadająca się maska, której oczy stają się swoistymi scenkami! Sądzę, że wielki udział w powstaniu tych projektów plastycznych miał reżyser Krzysztof Jasiński, więc ów sukces należy przypisać obydwu artystom. Przy tego rodzaju widowiskach ogromną rolę spełnia sprawność aranżacji świateł i dźwięku - musiałbym wraz z pochwałami przepisać z programu wszystkie nazwiska brygady sceny, elektryków, personelu technicznego...

Oratoryjno-dyskotekowa muzyka Marka Grechuty i Jana Kantego Pawluśkiewicza zbanalizowana już nazbyt została przez liczne powtórzenia radiowe, telewizyjne i występy obojga solistów, aby poruszać widza. Nie umniejsza to jednak jej walorów melodycznych i uznania dla inwencji kompozytorów. O aktorstwie można mówić jedynie w odniesieniu do Jerzego Stuhra, wcielającego się w postać Istvana.

Reszcie wykonawców stałe trzymanie w ręce mikrofonu w ręce bardzo przeszkadzało - tylko biegali i machali rękami, recytowali zamiast grać, prowadzić dialog. Lecz nie żądajmy zbyt wiele: wielki talent piosenkarski Maryli Rodowicz i Marka Grechuty czyż nie równoważy tych braków? Podobał mi się też głęboki, dynamiczny alt Haliny Wyrodek jako Rozalii. W roli Matki widzieliśmy Zofię Niwińską. Zasługą choreografa Anatola Kocyłowskiego jest zgrabne włączanie do akcji tańczących dziewcząt, współtworzących fabułę.

Dobrze zaczęła się poznańska Międzynarodowa Wiosna Estradowa.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x