Artykuły

[Słowo sukces kojarzy się panu z niezależnością...]

Wywiad z Markiem Grechutą

M. K.: Słowo sukces kojarzy się panu z niezależnością, z tym, że może pan śpiewać i robić co pan chce?

M. G.: Nie bardzo. Sukces to taka chwila, kiedy nagle, niczym promienie w ognisku soczewki, zbiegają się wokół mnie wszystkie najlepsze reakcje na to, co robię. Odnieść sukces to znaczy przekonać ludzi do tej muzyki, tej poezji i tego wcielenia, które aktualnie prezentuję.

M. K.: Ostatni Festiwal w Opolu przejdzie chyba do kronik jako festiwal Marka Grechuty. Opinie jurorów i publiczności były wyjątkowo zgodne. Piosenka "Hop, szklankę piwa" zajęła pierwsze miejsce, a przygotowane przez pana dwie debiutantki - Krystyna Janda i Teresa Iwaniszewska - ex aequo czwarte. Iwaniszewska o mały włos nie otrzymała poza tym nagrody dziennikarzy.

M. G.: W pewnym sensie był to w mojej karierze precedens. Do tej pory nie dawałem bowiem moich piosenek nikomu. Uważam, że niełatwo skomponować rzecz dobrą, przeto jeśli już taki utwór skomponuję, to chcę go śpiewać sam. Jestem o niego zazdrosny. Z okazji swojego jubileuszu postanowiłem jednak odpowiedzieć na dręczące niektórych pytanie: co będę robił za kilkanaście lat? Przygotowując dla Krystyny Jandy piosenkę, w której mogła pokazać swą ekspresję aktorską, i dla Teresy Iwaniszewskiej song, w którym mógł zabłysnąć w pełni jej talent wokalny, chciałem udowodnić, że gdy trzeba będzie odejść, potrafię znaleźć młodszych wykonawców i napisać dla nich odpowiednie utwory.

M. K.: Pańskie zwycięstwo w Opolu to także wspaniała reklama dla musicalu "Szalona lokomotywa".

M. G.: Reklama spektaklu jest w głównej mierze zasługą Krzysztofa Jasińskiego. Ludzie wiedzą, że przedstawienie odbywa się w cyrku, w jakiejś przedziwnej konwencji, że na arenę wjeżdża biała szalona lokomotywa i że muzyka jest również szalona. Niektórzy przychodzą po to, żeby obejrzeć piosenkarzy - Marylę i mnie, inni żeby się przekonać, jak zrozumieliśmy Witkacego i jak go wystawiamy.

M. K.: Powodzenie "Szalonej lokomotywy" świadczy o potrzebie tego typu spektakli. Ludzie chcą być bawieni, chcą wychodzić z kina, czy teatru zlani potem, wystraszeni, podduszeni dymami. Potrzebują wrażeń, jakich do tej pory nie zapewniał im przemysł rozrywkowy. Czy pańskim zdaniem "Szalona lokomotywa" to krok w stronę widowiska przyszłości - takiego, które atakować będzie wszystkie zmysły widza totalnie?

M. G.: Chyba nie. Trudno w tej chwili powiedzieć, jak będzie wyglądała sztuka przyszłości. Być może nastąpi znów zwrot w stronę klasyki, by wykorzystać ją w nowoczesnej rekwizytorni. Podobny proces obserwuję po sobie. Po prawie trzyletnim okresie fascynacji Witkacym czuję w tej chwili ogromną potrzebę czegoś innego - zaczynam robić piosenki oparte na poezji Leśmiana, Błoka. Odkrywam ponownie tę wspaniałą klasyczną logikę i jasność słowa, tym bardziej uderzające w porównaniu z prozą Witkiewicza.

M. K.: Spełniając wszelkie warunki musicalu jest "Szalona lokomotywa" równocześnie dramatem, spektaklem poetyckim, i widowiskiem cyrkowym, a każdy z tych gatunków realizuje inne zadania. Jaki cel nadrzędny przyświecał autorom spektaklu? Uczyć, przekazywać jakieś prawdy czy tylko bawić?

M. G.: Przedstawiamy człowieka zaprzątniętego swoimi myślami i marzeniami do tego stopnia, że nie dostrzega już sprzętów codziennego użytku. Jego budka dróżnika stoi przy torach zardzewiałych i urwanych. Gdyby to był pasożyt lub psychopata... Ale nie, jego aktywność jest ogromna, a jego marzenia czymś zupełnie normalnym. Znam już opinie, że brak łańcucha zderzeniowych faktów sprawia, iż nie wiadomo o co chodzi. Mówimy o emocjach, o impulsach, o odruchach intuicyjnych, o reakcjach nieskoordynowanych - i ważne jest, bo to nie kącik porad lecz teatr, jak mówimy. Chodzi o nazwanie bogactwa emocji językiem kreującym je, a nie opisującym, nie dziwmy się, że w tych wizjach nasz bohater odrzuca na piach swój młotek i widzi biały fortepian z tancerką, matkę na rydwanowym roweronie, a siebie w rozbujanym koronkowym łożu razem z Marylą Rodowicz. Siebie - tytana sztuki i wiedzy tajemnej. Komuż to się nie śni? Czy to ma uczyć, czy bawić? Raczej uzmysłowić piękno i piekło człowieka o wygórowanych ambicjach, a w finałowym skrzydlatym rekwizycie zawrzeć nagrodę - nadzieję, która podtrzymuje nas na duchu, którą warto mieć.

M. K.: Czy w pańskiej "Szalonej lokomotywie" Witkacy nie został zanadto spłaszczony, przykrajany na miarę niedokształconego widza. Co zostało zagubione po drodze? Co strywializowane i uproszczone?

M. G.: Spłaszczony Witkacy nie został. Przykrojony? - owszem, ale nie na miarę, bo to o marzeniach. Czy coś zgubiliśmy? - raczej zagubiliśmy celowo naszego bohatera w oparach Witkacowskiej głębi. Założyliśmy mu na głowę płonącą obręcz, to zamknięte koło rozumu i serca. A on musiał wybierać wedle życzenia Witkacego. Jeśli pewne konkrety nie dają się zauważyć, to na pewno istnieją tu zasadnicze sprzeczności: serce i kalkulacja, rozum i emocja - to najpopularniejsze pary w czasach, gdy wiedza i sztuka prześcigają się w uszczęśliwianiu nas. Ja to panu tłumaczę trochę schematycznie, trochę trywializując, ale w czasie spektaklu trywializowania i uproszczeń nie ma, bo do szerszego omówienia tej sprawy zaprosiliśmy Witkacego.

M. K.: Ładne mi zaproszenie? Na egzekucję!

M. G.: Pan ciągle obraża mnie i publiczność. Nasz kolaż sprawia kłopot tym, którzy nie widzą w tej formie treści, jaką zawiera pierwszy lepszy dramat. Pozwoliliśmy sobie na wybór zakładając, że jednolitość stylistyczna, a zarazem swoboda dramaturgiczna w zachowaniu intencji Witkacego nie zuboży jego sztuki. Nie dzieje się to kosztem jakiejkolwiek diety przy konsumpcji spektaklu.

M. K.: Libretto musicalu oparte jest przede wszystkim na sztuce "Sonata Belzebuba, czyli Prawdziwe zdarzenie w Mordowarze", uzupełnionej fragmentami "Gyubala Wahazara", "Szewców", "622 upadków Bunga" i opatrzonej tytułem z innej sztuki. Jak Witkacy zareagowałby na podobne zabiegi gdyby żył? Czy nie odczuwałby glątwy?

M. G.: Sądzę, że nie. Była na naszym spektaklu pani Anna Micińska - specjalistka od epoki i autora, która, nawiasem mówiąc, zrobiła podobny zabieg co my: wybrała z różnych dramatów Witkacego wiersze i wydała je wraz z jego rysunkami w osobnej książce. Mnie wystarczyła jej opinia, że Witkacy byłby z "Szalonej lokomotywy" zadowolony, bo z muzyką to on siebie chyba nie przewidywał.

M. K.: Wskutek skrótów i uzupełnień ucierpiała klarowność widowiska. "Szaloną lokomotywę" znakomicie określa słynne zdanie, Miguela Asturiasa: "nieważne jest, czy rzeczy są jasne, czy też nie, ważne jest, że się po prostu dzieją". Po spektaklu ludzie opuszczają cyrk zachwyceni, nie wiedząc jednak, o co chodziło autorom scenariusza.

M. G.: Nie wszyscy. "Szalona lokomotywa" jest historią człowieka, w którym drzemią ogromne ambicje artystyczne, ale który nie ma dość siły, żeby je zrealizować i popada w stresy i depresje. Nie trzymaliśmy się kurczowo jednej sztuki, bo nie chodziło nam o Witkacego-dramaturga ani o Witkacego-filozofa. Staraliśmy się, po prostu, przekazać atmosferę Witkacowskiej poezji, zawrzeć w muzyce i scenografii jak najwięcej Witkacowskiego ducha. Ujęcie tego dramatu w konwencji teatru na arenie cyrkowej, jaką zaproponował Krzysztof Jasiński, wydaje mi się bardzo trafne - ta iluzja Witkacowskiego słowa, ta tresura człowieka przez człowieka jest przeniesieniem elementów cyrkowej magii dla potrzeb zupełnie niecyrkowej sztuki.

M. K.: Zmienił pan też Witkacemu zakończenie. W "Sonacie Belzebuba" Istvan wiesza się na własnych szelkach. W musicalu natomiast próba samobójstwa kończy się niepowodzeniem. Szalona lokomotywa zatrzymuje się tuż przed leżącym na torach Istvanem. Czy to oznacza, że jest pan większym optymistą od Witkacego?

M. G.: Muszę być optymistą, chcę być optymistą. Bo to, co najważniejsze, najbardziej interesujące jest jeszcze przede mną.

[źródło, data publikacji artykułu oraz autor nieznane]

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x