Artykuły

Działać niekonwencjonalnie

- Teraz, kiedy dostaliśmy Feliksy, mamy od razu więcej zaproszeń na festiwale teatralne. Ale nie osiadamy na laurach. Nasza następna produkcja także musi być sukcesem, bo znikniemy - mówi Aldona Machowska-Góra, dyrektorka Teatru Konsekwentnego w Warszawie.

AGATA DIDUSZKO-ZYGLEWSKA: Teatr Konsekwentny, którego jesteś dyrektorką, to ewenement na warszawskiej mapie kulturalnej. Jest to chyba jedyny teatr niezależny (istniejący jako organizacja pozarządowa), który działa tak skutecznie jak utrzymywane przez państwo instytucje: wypracował sobie stałą siedzibę, stały repertuar, publiczność i do tego dostaje nagrody. Jak to się robi? ALDONA MACHOWSKA-GÓRA: Zaczynaliśmy jako grupa ludzi przepełnionych entuzjazmem i miłością do teatru, ale wykonaliśmy też konkretne kroki ku profesjonalizacji. Grupę założyli w 1997 Adam Sajnuk (do dziś lider i dyrektor artystyczny teatru), Marcin Kołaczkowski i Arkadiusz Wrzesień; potem dołączyła Agnieszka Czekierda. Mieliśmy dużo szczęścia, bo jeden z pierwszych spektakli (grany zresztą do dzisiaj) "Zaliczenie. Lekcja" odniósł spory sukces. W 2000 roku dostał w "Gazecie" pięć gwiazdek.

A wtedy jeszcze nie było tam działu "teatry off" i media nie traktowały tego repertuaru poważnie

- Tak, czasem pojawiała się tam "Montownia" i tyle. My byliśmy teatrzykiem, który grał w domu kultury. Na widowni stało czterdzieści krzeseł, ale na spektakle przychodziło po stu widzów.

Od 2002 roku pokazujemy spektakle w Starej Prochowni. Możliwość stałej pracy tam była dla nas kolejnym przełomem. Oczywiście to miejsce nie należy do nas - pracuje tam kilka różnych organizacji. Ale jest garderoba i sala teatralna, których możemy używać i to wystarczy, żeby snuć plany na przyszłość.

Szybko przestaliśmy być grupą, która robi spektakle tylko w swoim gronie. Adam Sajnuk za każdym razem konstruuje zespół i zaprasza aktorów z bardzo różnych środowisk. Współpracujemy też z wieloma reżyserami - pracowali u nas Łukasz Kos, Michał Siegoczyński, Marek Kalita. Wyobrażam sobie, że właśnie tak powinien działać teatr, w którym nie ma etatów. Nasi aktorzy ciężko rozstają się ze spektaklami, dlatego zwykle gramy je długo; na przykład "Taśmę" z Magdą Popławską pokazujemy od 6 lat - i wciąż mamy publiczność.

Dziesięć lat po notce w "Gazecie" nie tylko dalej istniejecie, ale dostajecie dwa Feliksy Warszawskie - za reżyserię spektaklu "Kompleks Portnoya" dla Adama Sajnuka i Aleksandry Popławskiej oraz za debiut aktorski dla Anny Smołowik.

- Tak, i po raz pierwszy te nagrody przyznano niezależnemu teatrowi. Zresztą, to był dopiero drugi rok, kiedy jurorzy w ogóle oglądali spektakle grup niezależnych. Z 66 spektakli, które wzięto pod uwagę, 22 to były produkcje niezależne, stworzone poza instytucjami - to ważna tendencja, bo powoli wypracowujemy tu pewną równowagę. Otrzymanie tej nagrody ma dla nas dwa aspekty: po pierwsze doceniono świetny spektakl, po drugie - to jest deklaracja środowiska związana ze zmianami w polityce kulturalnej.

No właśnie - ta nagroda potwierdza, że działanie Konsekwentnego może być wzorcem, jak prowadzić "twór" jedną nogą osadzony w trzecim sektorze, a drugą - w świecie instytucji. Musisz pewnie działać niekonwencjonalnie.

- Tak, dużo rzeczy, o których zwykle nie myślą dyrektorzy teatrów, muszę ogarniać sama, a z drugiej strony, jak prawdziwa instytucja, musimy robić szkolenia BHP. Najważniejsze w tej sytuacji jest chyba to, że musimy robić długofalowe plany i jednocześnie pamiętać, że nie ma mowy o porażce. Teraz, kiedy dostaliśmy Feliksy, mamy od razu więcej zaproszeń na festiwale, ale nie jest tak, ze dzięki temu sukcesowi możemy osiąść na laurach. Nasza następna produkcja także musi być sukcesem, bo znikniemy. W każdym sezonie musimy mieć spektakl, który będzie przebojem frekwencyjnym. Robimy też spektakle, które nie mają na to szans - tacy byli "Zbombardowani" Sarah Kane w reżyserii Kality albo "Someone Who'll Watch Over Me" zrobione przez Kosa - bo są trudne, długie i nie są komediami. Ale żeby robić te drugie, musimy mieć w repertuarze spektakle, które publiczność kupi. To jest nasza strategia. Musimy działać cały czas na najwyższych obrotach. Pracujemy naprawdę ciężko. Zdarzało nam się zapraszać do współpracy aktorów na co dzień zatrudnionych w teatrach instytucjonalnych, którzy przychodzili do mnie po trzech tygodniach i mówili: co to jest? Muszę tu pracować godzinami i jeszcze reżyser zadaje mi prace domowe, ja nie chcę, mam swój etat i wiem, kiedy idę do domu

To osobny gatunek: urzędnicy sztuki

- Tak, niestety potem w spektaklach teatrów instytucjonalnych ta jakość wychodzi na wierzch. Jestem zawsze zaskoczona w takiej sytuacji, bo to co my robimy, to nie jest jakaś rewolucyjna droga, tylko rzetelne wykonanie swojej pracy.

Opowiedz o projekcie "Usłyszeć teatr".

- Jako organizacja pozarządowa, poza spektaklami robimy też inne projekty. "Usłyszeć teatr", który prowadzę, wyniknął z naszej filozofii dbałości o widza. Zaczęło się od tego, że kilka lat temu zaczęła przychodzić do naszego teatru niesłysząca widzka i postanowiliśmy wyjść jej potrzebom naprzeciw. Założyliśmy portal informacji kulturalnej dla niewidomych i niesłyszących, skonstruowany tak, żeby mogli z niego korzystać niewidomi. Gramy też spektakle z audiodeskrypcją dla niewidomych i napisami dla niesłyszących. Chcemy stworzyć koalicję instytucji kultury, które na stałe miałyby propozycję dla tych ludzi - zwłaszcza, że takie udogodnienia nie są drogie.

Po pracy działasz społecznie w Komisji Dialogu Społecznego ds. Kultury i w Inicjatywie Warszawa 2020.

- Oczywiście, to jest działanie obciążone ryzykiem, bo wiele osób wyobraża sobie, że ja to robię, żeby załatwić swojemu teatrowi jakieś dotacje albo lepsze warunki i tak dalej - a tymczasem mnie naprawdę interesują działania systemowe; do tego uważam, że droga, którą przeszedł mój teatr, jest dobrym wzorcem dla artystów i teatrów niezależnych. W tej chwili zmieniają się proporcje finansowania różnych rodzajów kultury i trzeba nad tymi zmianami pracować. Mam wrażenie, że kilka teatrów miejskich może spokojnie zniknąć z mapy miasta - na ich miejsce natychmiast pojawią się prywatne o takim samym profilu. Już teraz działają cztery. Może to dobry pomysł, żeby skończyć z pompowaniem pieniędzy w niektóre miejskie sceny, bo to służy tylko utrzymaniu iluzji, że sytuacja teatru jest świetna, skoro jest ich aż tyle - a to nie ma nic wspólnego z kondycją teatru w Warszawie.

Jaka jest najważniejsza zmiana, która według ciebie powinna nastąpić w Warszawie?

- Obecnie najważniejsze jest to, żeby doszło do zmiany ustawy o działalności kulturalnej, a wtedy zniknie gorset konieczności utrzymywania instytucji kultury w takiej formie jak teraz. Część pracowników organizacji typu ZASP straci etaty, ale może w zamian powstaną na przykład stypendia dla artystów na pierwszy projekt. Teraz aktorzy, którzy trafiają na etaty, po kilku latach naprawdę stają się urzędnikami, którzy odbierają swoje pensje i tyle. Trzeba im dać narzędzia do samodzielnego rozwoju.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x