Artykuły

Terapia i terapeuci

Kto jest mądrzejszy: przysłowiowe jajo od kury, czy też odwrotnie? Czy ten, co celuje skromnie, ale ma pewną rękę, czy histeryk zgrywający się na pewniaka? Jaki rodzaj terapii uleczy nas, widzów, kiedy wychodzą nam naprzeciw młodzi ze swoimi propozycjami? Oto dwa sposoby, jakie dostrzec można w praktyce krakowskich scen.

EKSPERYMENT I ma dwóch znakomitych patronów, a tytuł granej na scenie w piwniczce przy Sławkowskiej Mrożkowego college'u, brzmiący: "Terapia grupowa tylko dla panów - wstęp osobom płci żeńskiej surowo wzbroniony", zaprowadza już w klimat przedstawienia. O klimacie decydować ma bezpośredni kontakt wykonawców z przybyłą na "terapeutyczny seans" publicznością, która ma być poddana rozlicznym testom. Niewiasty towarzyszące mężczyznom należy skryć za rozdawanymi przy wejściu brodami i wąsami. Wykonawcy, czyli gospodarze seansu, to ludzie młodzi, co ważne w wypadku uzdrowieńczych egzemplifikacji, przygotowanych zwłaszcza przez wykonawczynie.

W tym miejscu koniecznie wspomnieć trzeba, że całość wywodu oparta jest o teksty Sławomira Mrożka. Podstawę terapii (publiczność jest nieustannie strofowana i przywoływana do porządku) stanowi prozatorski tekst "Odczytu" Prelegenta-Terapeuty, a jego egzemplifikacje, czyli testy; zagadki, pułapki, wywodzą się z utworów autora "Tanga" z ostatniego piętnastolecia. Łączy je jeden podstawowy temat, którego dotyczy terapia. Jest nim wieczne napięcie między NIM a NIĄ, przybierające w twórczości Mrożka rozmaite twarze. Odkrył je dla siebie i widowni ku uciesze tak znakomity specjalista od Mrożka, jak Jerzy Jarocki - autor przedstawienia.

Wykonawcami są młodzi ludzie, Jarocki bowiem do pomocy wezwał swoich studentów krakowskiej Szkoły Teatralnej, i to z trzeciego roku. Jarocki chyba, jak żaden reżyser, urnie z młodzieżą znaleźć wspólny język, a potem potrafi wyegzekwować wszystkie, najtrudniejsze nawet zadania, nic więc dziwnego, że Stanisław Radwan udostępnił mu na cel rocznego zadania małą scenę przy Sławkowskiej.

Ale zadania odkrywania poprzez tekst Mrożka nieprawidłowości i przypadłości wynikających z kontaktów męsko-damskich, przy jednoczesnej kontroli reakcji publiczności, było nieco za trudne dla młodych wykonawców. I choć emanuje z niego młodości świeżej czar, to jednak pozostawia niedosyt, że wiele point, zaplanowanych perwersyjnie przez Jarockiego, zatarło się lub nie doszło do skutku. Wniosek dla teatru pozostaje jedyny: tego typu eksperymenty powinny w normalnym teatrze uzyskać prawo cosezonowego bytu.

EKSPERYMENT II - "Hamlet" to krakowskim Teatrze 38, nie może nikogo natchnąć optymizmem. I nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie zaistniała tu zasada "pars pro toto", czyli - tłumacząc na spektakl - ta całostka mówi wyraziście i prawdziwie o swoim twórcy - gniewnym wolnomyślicielu, bo "Hamlet" w Teatrze 38 jest przedsięwzięciem absolutnie chybionym. I to chybionym myślowo, bo przecież nikt chyba nie przypuszczał, że bardzo pokrętny bieg reżyserskiej myśli sprostują tu aktorzy, mający podstawowe kłopoty z głosem i oddechem.

Ale nie sama technika przekazu jest piętą Achillesową, lecz reżyserskie przekonanie, że ten biedny mściciel i następca tronu a jeszcze świeży student z Wittenbergi trzyma w ręku podręcznik "kontestacyjnego męczeństwa". Wywołuje to wprawdzie aplauz u części widowni, u której nauczyciele nie wyegzekwowali w odpowiednim czasie nawet fabuły tej obowiązkowej lektury, ale przy takim wstępnym założeniu może być nie "Hamlet", ale Hamlecik z posępną twarzą młodego, mądrego spiskowca, otoczonego umysłową porutą i sprzedawczykowatym poróbstwem całego otoczenia. On jeden mądry, zaangażowany, zginie, wiedząc jeszcze na dodatek, że kraj przypadnie złowrogiemu, prymitywnemu sąsiadowi, zacierającemu ręce w czasie walk wewnętrznych w państwie duńskim.

Taka wykładnia przeraża, bo wielka aktualność "Hamleta" polega właśnie na niezgodzie autora na schematyczne uogólnienia. Dramat zaś kryje się w fakcie, że Hamlet jest graczem, ale i Klaudiusz nie jest głupim zamordystą, że Gertruda jest kobietą na rozdrożu, a Ofelia dziewczyną bardzo już dojrzałą, że Poloniusz to nie tylko głupek-kunktator, a Laertes - nie postrzelony przywódca młodzieżowych ruchów. I wreszcie fascynacja wielu pokoleń "Hamletem" zawiera się w stwierdzeniu, że postaci nie są ani czarne tylko, ani białe, że są to żywi ludzie, a nie szachy, którymi Szczerski wraz z kolegami zapragnął zagrać efektowną, ale bardzo prostą partię. Widz jest dzisiaj o wiele mądrzejszy i z trudem przychodzi mu przełykać odkrycia polityczne, czynione przy pomocy ołówka, dopisków i zmian interpretacyjnych na tekście, zamiast odkryć za pomocą tekstu.

Z przeszłości Teatru 38 wszyscy pamiętamy "Ryszarda III" rozegranego w stylu japońskiego pojedynku pretendentów, ale cóż to była za konsekwencja, nic nie uchybiająca interpretacji uniwersalnej. A tu się chce co chwila krzyczeć słowami znanej parodii: "Hamlecie, me dziecię, uspokój się przecie". Reżyserowi natomiast przyda się przestroga: "Kiedy mija czas krótkich portek, a trzeba zacząć myśleć!"

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x