Artykuły

To mi zostało

- Bardzo się boję tego przedstawienia. Nie wcielam się w żadną postać, nie buduję roli. Natomiast odkrywam się przed publicznością, dotykam granic prywatności. To taka spowiedź dziecięcia wieku - mówi KRYSTYNA FELDMAN, która w Teatrze Nowym w Poznaniu gra swój monodram "I to mi zostało...".

Krystyna Feldman opowiada w monodramie o Krystynie Feldman, kobiecie i aktorce. Premiera "I to mi zostało" [na zdjęciu] na Scenie Trzeciej Teatru Nowego w Poznaniu. Z bohaterką monodramu Krystyną Feldman rozmawia Stefan Drajewski:

- Umówmy się na początek, ja tego monodramu nie gram, nie udaję dziecka, którym byłam we Lwowie i Krakowie, nie udaję siebie sprzed lat. Tylko jestem naprawdę. To taka spowiedź dziecięcia wieku.

Na scenie, a nie w konfesjonale?

- Może być nawet w garderobie, może w moim prywatnym mieszkaniu. To zależy od widza, gdzie zechce mnie zobaczyć. Nie ukrywam, że bardzo się boję tego przedstawienia. Nie wcielam się w żadną postać, nie buduję roli. Natomiast odkrywam się przed publicznością, dotykam granic prywatności. Chcę być szczera, ale zależy mi jednak na tym, by nie przekroczyć granic ekshibicjonizmu.

No właśnie, co - korzystając ze słów z tytułu przedstawienia - pani "zostało"? Co się kryje pod tajemniczym "to"?

- Za tym "to" kryją się małe i duże sprawy. To, że nie spóźniam się na próbę, bo tego mnie w teatrze nauczono. To, że mamusia wpoiła mi, iż w niedziele i święta trzeba chodzić do kościoła. To, że nie umiem gotować, bo mamusia sama nie umiała. Mam w swoich zbiorach taką fotografię z okresu krakowskiego, na której widać mnie jako trzylatkę siedzącą w głębokim fotelu z głupią miną. I to mi zostało, głupie miny. Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać, ale obawiam się, że nie wolno do końca zdradzać wszystkiego, o czym jest ten monodram.

Aktorzy zwykle chronią swoją prywatność. Skąd u pani potrzeba takiej "spowiedzi"?

- Chcę opowiedzieć o sobie, o kimś z pokolenia, które odchodzi. Proszę pamiętać, że wychowałam się w wolnej Polsce, w duchu patriotyzmu, cokolwiek to dzisiaj znaczy. Chcę mówić o Polsce, która minęła, czyli PRL-u. Dlaczego okłamywano społeczeństwo. Dlaczego milczano o Katyniu. Dlaczego - przepraszam - do jasnej cholery wpisali mi do dowodu, że urodziłam się w ZSRR? Dlaczego nas ze Lwowa wygnano? To nie jest nienawiść, bo nie można się w nienawiści zagrzebywać. Chciałabym powiedzieć młodym ludziom, aby nigdy nie dawali się nikomu okłamywać, żeby się nie bali, jak ich dziadkowie, rodzice... Mam ochotę o tym wszystkim powiedzieć, jak ja to widziałam i odczuwałam, bez patosu i wielkich słów. Jaka wtedy byłam.

Jaka pani była w tamtych czasach?

- Nie dałam się zastraszyć podczas okupacji. Nie bałam się za PRL-u. Nigdy nie brakowało mi odwagi. Do partii się nie zapisałam i nikt mi z tego powodu głowy nie urwał. Nie ukrywałam, że jestem Polką, lwowianką, wierzącą i praktykującą katoliczką. Ale nie dostałam też orderu chlebusiowego.

Zapowiada się poważna rozmowa z publicznością.

- Ze mną? Nie, ze mną nigdy nie jest smutno. Lubię się pośmiać sama z siebie. Nie będę głosić "urbi et orbi". Chcę opowiedzieć o tym, jak było, jak tę rzeczywistość postrzegałam, jaka byłam ja... To nie jest rzecz o aktorce, ale o człowieku, chociaż będzie także o teatrach, po których się obijałam.

Do którego okresu w swoim życiu wraca pani najchętniej?

- Do dzieciństwa, bo było cudowne, chociaż ojca nie pamiętam. Do Lwowa, gdzie debiutowałam i gdzie wspaniałą kartę zapisał mój ojciec Ferdynand Feldman. Tę anegdotę znam tylko z książek. Wyczytałam, że po Lwowie krążyło powiedzenie: "Będę miał dobry dzień - spotkałem Feldmana". I to mi także zostało. Zdarza się, że w tramwaju podchodzą do mnie nieznani ludzie, witają, ściskają i mówią: "Pani Krysiu, cieszę, się, że panią widzę. Będę miał dobry dzień". Inni nazywają mnie "poznańską królową", która przynosi szczęście. Brzmi to prawie jak przesąd. Wracając do ojca, niestety, ze smutkiem muszę stwierdzić, że młode pokolenie kolegów nic o nim nie wie. Kiedyś pytałam na planie aktora tuż po szkole, ale on nawet o nim nie słyszał.

Czy młodzi aktorzy chcą słuchać?

- Bo ja wiem? Może chcą, ale... Oni chcą błysnąć, zarobić szybko dużo pieniędzy i dobrze żyć. Może ich krzywdzę, bo są i tacy, którym zależy na sztuce. Nie mówię, że ten ich świat jest gorszy, niż mój. Jest inny.

Przez wiele lat mówiło się o Krystynie Feldman, że jest "królową drugiego planu". Co się w pani zmieniło po "Nikiforze", po wielkiej roli życia?

- Warto było na nią czekać. Dała mi wielkie zadowolenie, satysfakcję i poczucie, że nie na darmo była ta droga epizodów. Miałam pokorę i mam ją do dziś. Nic mi nie uderzyło do głowy, może dlatego, że te sukcesy spadły na mnie w późnym wieku. Od samego początku zgodziliśmy się z Krzysztofem Krauzem [reżyser filmu "Mój Nikifor"], że Nikifora nie wolno grać. Nikiforem trzeba być. Gdybym nie znalazła w sobie Nikifora, człowieka nawiedzonego, pełnego, spełnionego, który nie zwracał uwagi na brud, chociaż ja jestem czyścioszka, nie byłoby takiej postaci. On miał swój świat.

Pani ma też swój świat.

- A mam.

"Sprzeda" go pani w monodramie?

- Nie. Mój świat nie jest na sprzedaż. Pozwolę go tylko - od czasu do czasu - pooglądać.

Krystyna Feldman urodziła się 1 marca 1920 roku we Lwowie. Matka była śpiewaczką, ojciec znanym lwowskim aktorem. Debiutowała w rodzinnym nieście w 1937 roku. Zagrała chłopca w bajce "Kwiat paproci" w reżyserii Janusza Warneckiego. Była łączniczka w Armii Krajowej. Od 62 (!) lat nie schodzi ze sceny. Występowała w teatrach Katowic, Opola, Jeleniej Góry, Szczecina, Łodzi, Nowej Huty. Od 1976 oku mieszka w Poznaniu. Przez siedem lat związana była z Teatrem Polskim, a od 1983 roku gra w Teatrze Nowym. W filmie zadebiutowała w 1953 roku rolą Dewotki w "Celulozie" Jerzego Kawalerowicza. Podobną postać, wyraźnie jednak różnicowaną charakterologicznie, powtarzała m.in. w "Kaloszach szczęścia", "Awanturze o Basię", "Dwu żebrach Adama" czy w "Głosie z tamtego świata". Sławę i satysfakcję dały jej filmy młodych reżyserów, u których zaczęła grać w latach 80. Stworzyła fantastyczną postać zdziwaczałej ciotki w "Yesterday" Radosława Piwowarskiego czy rozmarzoną panią Krysię, strażniczkę w Fabryce Snów w "Pociągu do Hollywood". Nie umiała się bez niej obejść telewizja komercyjna. Masową popularność zyskała przed osiemdziesiątką (!), kiedy zagrała babcię Rozalię w serialu "Świat według Kiepskich". Dwa lata temu, mając 84 lata, wystąpiła po raz pierwszy w roli pierwszoplanowej - w "Moim Nikiforze" Krzysztofa Krauzego.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji