Mieszczańska miłość
Ona jest już prawie po tamtej stronie. Staruszka, niewidoma, uszczerbku wzroku doznała pod wpływem szoku. Od ludzi woli gołębie. To z nimi rozmawia, z nimi się przyjaźni. On, zdecydowanie młodszy, również nie przepada za towarzystwem. Od rozmów woli alkohol, znieczula nim codzienność. Staruszka i kloszard. Ta miłość nie miała prawa się udać. Ta miłość nie miała prawa się wydarzyć. A jednak istnieje: w kinie, czasami w teatrze, w życiu podobno przytrafia się również.
Miłość w reżyserii Błażeja Peszka, spektakl na motywach Spóźnionych kochanków Williama Whartona w Małopolskim Ogrodzie Sztuki w Krakowie, nie rości sobie prawa do niczego więcej niż tradycyjnej, bulwarowej „pièce bien faite" — sztuki dobrze zrobionej. Oto kameralna, mieszczańska historyjka rozpisana na dwa aktorskie głosy, aktorskie serca. Błażej Peszek, mając do dyspozycji Annę Polony i Jana Peszka, jako reżyser jest powściągliwy, zdaje sobie sprawę, że są spektakle, w których pomysły inscenizacyjne nie są najważniejsze, liczy się dialog, słowa, i co najważniejsze: charyzma aktorów. I właśnie owa charyzma obojga „spóźnionych kochanków" wygrywa ostatecznie z kłującą uszy powierzchownością zapisu sytuacyjnego, uładzonymi dialogami, całym tym whartonowskim kiczem. Zwłaszcza Jan Peszek jest wspaniały. To lekko zdezelowany wieczny chłopiec, kapryśny, złośliwy i krnąbrny, ale szczerze zachwycony swoją partnerką, jej odmiennością, osobliwym charakterem. W kreacji Peszka jest przekora, dowcip, ale i wielkie żarliwe uczucie.