Artykuły

Felieton o premierach

Ważne premiery poprzedza zwykle, w kręgach teatromanów, oczekiwanie nie pozbawione lek-kiego podniecenia. A to wiadomo, że aktor ma nadzwyczaj ciekawą rolą, a to reżyser zadanie szczególnie trudne, to znów sztuka sama budzi jakaś niecierpliwość, tę wstępną - aby ją prędzej zobaczyć na scenie. Zjawisko takiego oczekiwania, jeśli się utrwali, jeśli przechodzi w nawyk, jest w końcu nadzwyczaj pożyteczne. A czasem bardziej nawet interesujące niż późniejsza konfrontacja sceniczna własnych wyobrażeń. Zjawisko jest pożyteczne i nie rozumiem, dlaczego tak mało dbają o jego kultywowanie same teatry. A nie dbają przez to, że swoje premiery wypuszczają hurtem, nie pozwalając w każdej z nich z osobna zawczasu się rozsmakować. Wiem, że bywają to decyzje dyktowane przyczynami organizacyjnymi, technicznymi, obsadowymi, ale przecież kiedy te wewnętrzne przyczyny stanowią istotę teatru, nie one przynajmniej stanowią o jego obcowaniu z widownią.

Marzec w Krakowie był miesiącem, gdzie nie jeden, ale kilka teatrów zasypało nas swoimi rewelacjami. Czego więc trzeba było oczekiwać, czym interesować się ponad miarę przeciętną? Czy tym, jak Bronisław Dąbrowski zaadaptuje "Wieś Stiepańczykowo" Dostojew-skiego? Czy też jak wystrzeli Szajna inscenizując "Zamek" Kafki? A może debiutem przygotowywanym przez Stary Teatr, sztuką o jubileuszu Uniwersytetu Jagiellońskiego nagrodzoną w dodatku na zeszłorocznym konkursie krakowskim? Albo komedią muzyczną "Happy end" w tymże Starym Teatrze, o którym to utworze nie wiadomo dokładnie, czy jest autorstwa Brechta, czy też zręczną i z jego inspiracji tylko powstałą mistyfikacją? Skutek tego nadmiaru był taki, że wszystkie premiery przebiegły niemal bez wrażenia. A może się mylę? Może to nie nadmiaru wina, lecz ich samych, może żadna z nich nie okazała się dostatecznie rewelacyjna?

Adaptacja Dąbrowskiego nosi tytuł "Jego ekscelencja błazen" - i już sam wybór tytułu odmiennego niż u Dostojewskiego, bardziej charakterystycznego, każe się domyślać inwencji realizatora. Ale zostawmy ten problem tymczasem. Właśnie we Wrocławiu odbywa się premiera adaptacji tej samej powieści, ale dokonanej przez kogo innego, przez Jerzego Krasowskiego. Aż dwóch adaptatorów i reżyserów sięgnęło po ten sam utwór i to w dodatku, jeden z mniej głośnych u nas - a niesłusznie! - utworów Dostojewskiego. Czego tam szukali? Co znaleźli? To temat do osobnego artykułu.

"Zamek" w Teatrze Ludowym oglądałem z tzw. uczuciami mieszanymi. Reżyserię i scenografię sprawił sam Józef Szajna. I był nadzwyczaj dyskretny. Kostiumy niemalże konwencjonalne, w każdym razie nie drażniące oczu rozpasaniem lat, szmat i rozdarć niespodziewanych. Dobra muzyka Bogusława Schäffera. Sytuacje przejrzyste, logiczne, zrozumiałe i próbujące służyć tekstowi. Tyle że chwilami ogarniała nuda. I to nawet w momentach, które na swój sposób powinny być ekscytujące, jak na przykład pierwsza scena w "Pańskim dworze". Szajna wyraźnie przyhamował swoją inwencję, tyle że sytuacje kilkuosobowe na scenie, jako zbyt mało doświadczonemu reżyserowi, sprawiały mu jeszcze pewien kłopot, w którym aktorzy niewiele umieli pomóc. Ale to Sartre napisał, że w młodości wszystko co nudne wydawało mu się bardzo dobre, godne, wielkie i mądre. Nie miałbym więc do Szajny pretensji o tych kilka chwil znudzenia. Jeśli by tylko sam Kafka potrafił się obronić, to reżyser zrobił tym razem wszystko, aby mu w tej obronie własnej nie przeszkadzać, aby scenę zostawić dla niego.

Natomiast wierny sobie pozostał Szajna w dekoracjach. Poza drewnianym oszalowaniem szopy czy oberży otwierały się perspektywy na jakieś mechanizmy dziwaczne, które znaczyć miały zapewne, że Józek K. właśnie w szpony jakiegoś dziwacznego i okrutnego mechanizmu się dostał, miały straszyć i grozić. Tymczasem tajemnica Zamku polega u Kafki chyba nie tylko na jego dziwaczności i okrucieństwie, ale także, a może przede wszystkim na tym, że Zamek jest celem upragnionym, jest zagadką i pożądaniem, jest marzeniem o charakterze metafizycznym niemal, któremu na przeszkodzie staje płaskość, przyziemność i zbiurokratyzowanie. Tylko to zostało u Szajny, płaska biurokratyczna rzeczywistość. Ale czy "Zamek" w ogóle potrafiłby się kiedykolwiek obronić na scenie? Czy scena mogłaby przekroczyć ten próg poetyckiej metafizyki, utkanej najbardziej jaskrawych realności?

Tym razem Szajna ukazał też na scenie kilku swoich aktorów, nie stłumił ich. To przede wszystkim Bolesław Smela jako Wójt, posiadający znakomite poczucie humoru i umiejętność repliki. To Irena Jun jako Frieda, Renata Fiałkowska jako Olga, Jerzy Sopoćko jako Schwarzer. Józefa K. grał Józef Wieczorek, trochę zbyt w realności tkwiący, za mało w nim było nadziei, dążenia, ale to już także sprawa interpretacji reżyserskiej.

Jednego wciąż nie jestem pewny: czy przedstawienie to zachęcić potrafi do lektury Kafki. Nikt nie ma powodów, by żałować, że był w Teatrze Ludowym. Ale też dla nikogo autor ten nie stanie się odkryciem.

Jest natomiast pewnym odkryciem "Happy end" w Teatrze Starym. Odkryciem dla teatru. Tę "balladę gangsterską z Chicago w latach prohibicji" wyreżyserował bowiem Zygmunt Hübner trochę w konwencji filmu niemego z lat dwudziestych, a trochę w stylu groteski, w jakiej dziś Amerykanie kręcą swoje filmy o tamtych latach. Więc ten styl został przez reżysera zaaplikowany bezbłędnie - i gdyby nawet komedię tę napisał Brecht, na pewno, siebie by w tym nie poznał. Ani tu satyry na groźnych kapitalistów, ani krwawej symboliki, że gang złodziejski jest obrazem wilczych stosunków społecznych. Jest groteska i humor, z jakim oglądamy stare sztychy. Bardzo dobra i dowcipna scenografia Wojciecha Krakowskiego. Znakomita muzyka Kurta Weilla w opracowaniu Andrzeja Mundkowskiego, przedstawienie wpadające w ucho jak operetka. I to bywa dobre, szczególnie gdy reżyser zadbać zechce o styl. Bo aktorów do takiej zabawy zachęcać długo nie trzeba. Trzeba ich niekiedy powściągać, ale tu już Hübnerowi, zdaje się, żal było ich inwencji, choćby i nie zawsze najwyższego lotu. Z okazji takiego przedstawienia można liczyć jednak tylko plusy. Więc wśród gangsterów: Antoni Pszoniak, Ryszard Filipski, Franciszek Pieczka, Tadeusz Jurasz, a także panie - Stebnicka i Dukiet. W Armii Zbawienia natomiast: znakomity Marian Jastrzębski, Barbara Bossak i Romana Próchnicka, główna rola, prowadząca całą intrygę. Próchnicka jako pierwsza naiwna była i pełna wdzięku i po swojemu przebiegła. Świetnie śpiewała songi, zręcznie i z dobrym, łagodnym temperamentem wiązała akcję pomiędzy Samkiem a przystanią posiłku, i modlitwy, czym była wówczas amerykańska Armia Zbawienia.

A w Teatrze Kameralnym "Jasny, pogodny dzień" Leona Pawlika. Debiut na pewno obiecujący. Bo kto dziś - nie tylko wśród debiutantów dramatycznych - zastanawia się nad tym, co może człowiek począć z ostatnią godziną swego życia, o której wie, że jest ostatnią. Pawlik pomyślał o tym z całą młodzieńcza naiwnością i to mu się chwali, ta młodzieńczość i ta naiwność. A ostatnią godzinę życia dał rektorowi uniwersytetu w dniu tego uniwersytetu uroczystego jubileuszu. Więc rektor próbuje jeszcze uczyć się swego przemówienia, a potem chciałby być w domu, wśród najbliższych, wspólnie z nimi ocenić swoją przeszłość, wyprostować jej wszystkie ścieżki. Ale to się nie udaje. Bo i żona i córka żyją swoją powszedniością i nie wiedzą, a nawet nie chcą wiedzieć tego co on już wie o sobie. Czy można je z tego stanu wytrącić prostym słowem: umieram? I tak by nie uwierzyły. Rektor wraca tam, gdzie czeka na niego Profesor X.

W scenografii Mariana Garlickiego wyreżyserował tę sztukę również debiutant, Bogdan Hussakowski. I - jak to wśród debiutantów - jeden drugiemu nie zaufał. Mianowicie Hussakowski i przyciął tekst, i próbę porozumienia rektora z rodziną pokazał jako majak przedśmiertny, i wysztukował to wszystko igraszkami ze studenckich juwenaliów, a także tańcem ekstatycznym, w którym córka rektora z narzeczonym swoim wyznają sobie miłość. To wszystko pomysły same w sobie interesujące, ale nadwątliły tekst i zamiast melancholijnego dramatu rektora, otrzymaliśmy nie wiadomo co. Hussakowski jest wychowankiem naszej nowej szkoły reżyserskiej, boi się i dramatu i melancholii, zaufanie miał tylko do arlekinady i lekkiej - przyznać trzeba, że zawsze taktownej - groteski. Tymczasem nie do każdych drzwi taki klucz pasuje. A nawet jeśli już otwiera, to czasem zamiast balkoniku za tymi drzwiami wyskakuje pustka. Więc do programu szkół reżyserskich proponowałbym przynajmniej raz w tygodniu dodać godzinę melancholii. I w teatrze nie bywa ona zbyteczna. Także aktorzy mieliby na scenie więcej do roboty, niż występować w charakterze wytworów fantazji. W tej roli autor przewidział tylko jednego: Profesora X, z którym doskonale dał sobie radę Marek Walczewski. Rektora grał Jerzy Nowak, jego żonę Alicja Kamińska, córkę Anna Polony, sekretarkę Halina Kwiatkowska, a dziekana Tadeusz Wesołowski.

Pytają mnie zawsze, gdy tylko wyjadę z Krakowa, co ciekawego w teatrach krakowskich. A odpowiadać będziemy ryczałtem jak mówi Wojewoda w ,,Mazepie": wszystko.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji