Artykuły

Andrzej Lepper ożył na deskach Teatru Polskiego

"Tu Wersalu nie będzie!" wg scenar. Marty Keil w reż. Rabiha Mroué w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Pisze Marcin Kowalski w Gazecie Wyborczej - Bydgoszcz.

Rabih Mroue prowadzi śledztwo w sprawie śmierci Andrzeja Leppera, ale niespodziewanie wyłania się wiele dużo ciekawszych wątków. Możemy się w nich przejrzeć, jak w lustrze.

Przyznam szczerze: nie wierzyłem, że to się może udać. Nie mieściło mi się w głowie, że teatralna konwencja uniesie opowieść o Andrzeju Lepperze, watażce, który z warcholstwa uczynił sposób na polityczny sukces. Moje obawy rosły, kiedy twórcy "Tu Wersalu nie będzie" uchylili rąbka artystycznego zamysłu. Sztuka o Lepperze bez aktora grającego Leppera? Reżyser Rabin Mroue - Libańczyk nie znający szczególnie polskich realiów? Głównym rekwizytem mają być wycinki z gazet? "To się nie może udać" - myślałem.

Śledztwo z kamerą na szyi

Widzowie chcieli tej sztuki, o czym świadczy frekwencja. Chcieli jej też działacze Samoobrony - przyjechali do bydgoskiego Teatru Polskiego w sile czterdziestu chłopa. Twarze, które pamiętam jeszcze z rolniczych blokad, a później z Sejmu i gabinetów władzy. Włosy bardziej siwe, w oczach brak tej bezczelności, którą dawało poczucie współrządzenia Polską, zaledwie dziesięć lat temu. I tylko biało-czerwone krawaty zostały te same. Wygrzebali gdzieś z dna szaf swój charakterystyczny rekwizyt specjalnie na tę okazję. Znów udzielali wywiadów, przez chwilę byli w oku medialnego cyklonu, choć Samoobrona tak naprawdę nie istnieje, jest wspomnieniem i wydmuszką.

Bałem się, jak na sztukę zareagują ci, dla których Lepper był wszystkim. Mówił ich głosem, dokładnie to, co chcieli słyszeć.

Ja widziałem w nim cynika, warchoła, cwaniaka, showmana, karierowicza. Oni - przywódcę, przyjaciela, opiekuna, półboga.

Zaczęło się z małym opóźnieniem, obsługa musiała donieść krzeseł, by wszyscy się pomieścili. Zza sceny dobiegły dźwięki granej na akordeonie "Roty". Ileż to razy panowie w biało-czerwonych krawatach śpiewali ją na wiecach, blokadach i masówkach. Teraz słuchali w milczeniu. Ale nie do końca wytrwali w ciszy.

Zamysł reżysera jest prosty i skuteczny - o Lepperze opowiada Jan Sobolewski, który znakomicie radzi sobie z rolą narratora prowadzącego publiczne śledztwo, podzielone na kilka bloków. Biega, siada, ociera ręcznikiem pot z czoła, pali papierosa, kreśli kredą scenariusze na ścianach, które są tablicami. Zadaje fundamentalne pytanie dotyczące twórcy Samoobrony: Kim był Andrzej Lepper oraz w jaki sposób zakończył swój żywot? Odpowiedzi szuka w artykułach prasowych z całych dwudziestu lat aktywności chłopskiego przywódcy. Dobór tekstów jest znakomity, wyważony, wyłania się z nich obraz bohatera skomplikowanego, budzącego skrajne emocje, zarówno za życia, jak i po śmierci. Sobolewski ma na szyi zawieszoną kamerkę, obraz z niej widzimy na dwóch monitorach. To pozwala poczuć się jak w środku filmu akcji, w którym detektyw szuka rozwiązania zagadki śmierci bohatera. Czy ją znajduje? Nie uprzedzę, bo sztukę Mroue trzeba zobaczyć. Powiem tyle, że finał zaskakuje, skłania do refleksji. A zagrany na akordeonie, odśpiewany beznamiętnym głosem "Anielski orszak niech twą duszę przyjmie" brzmi mi w uszach do teraz.

Lepper umarł

W foyer uciąłem sobie dłuższą pogawędkę z działaczami Samoobrony. W jednym byliśmy zgodni - Leppera stworzyły i tworzyły media. Codziennie, z sadystyczną regularnością dziennikarze kreowali wizerunek człowieka, o którym niewiele wiedzieli. Jedni - czyniąc z niego potwora, inni - bohatera i trybuna. I nic nie zmieniło się w tym zakresie po 5 sierpnia 2011 r., czyli dniu, w którym ciało Leppera jego współpracownicy znaleźli na haku w gabinecie.

Mroue w wywiadzie udzielonym "Wyborczej" deklarował, że nie opowie się po żadnej ze stron politycznego konflikt, nie pokusi się o ocenę tamtych czasów, ani samego Leppera. I słowa dotrzymał. Być może świadomie, być może nie, wystawił swoją sztuką ocenę mediom i dziennikarzom. Bezlitośnie wykazał, jaki mętlik czynimy w głowie ludziom. Wyobraziłem sobie np. moją sąsiadkę, która pracuje w kiosku i zaczyna dzień od "Faktu", Super Expressu", "Wyborczej", "Naszego Dziennika" i "Gazety Polskiej". Co ona ma myśleć nie tylko na temat Leppera, ale o wielu innych sprawach tak skrajnie inaczej przedstawianych? Jak się odnaleźć w medialnym kociokwiku, dodając do tego mnogość internetowych portali?

***

A jednak się udało. Sztuka zachwyciła i mnie, i współpracowników Leppera. Choć pewnie z zupełnie innych powodów. Puentą niech będą słowa jednego z działaczy Samoobrony, u którego w oku dostrzegłem łzę: - Przegraliśmy. Mieliśmy pięć minut i je roztrwoniliśmy. Jedynym wygranym z Samoobrony jest przewodniczący. Nawet o Kaczyńskim nie było jeszcze sztuki w teatrze.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji