Artykuły

Teatr ideowy czy dochodowy? Oto jest pytanie!

Strzały oddano, ale nie załatwiło to kłopotów miejskich teatrów. Stołeczny magistrat zasłużenie uchodził w okresie międzywojennym za wyjątkowo nieudolnego gospodarza swoich scen - pisze Maciej Nowak w felietonie dla Gazety Wyborczej - Stołecznej.

To mogło wyglądać tak. Rześki październikowy świt roku 1924 w Lasku Bielańskim. Brunatne kolory jesieni. Zapach butwiejących i powoli opadających z drzew liści. Na polanę nieco oddaloną od gruntowej drogi i w związku z tym osłoniętą od ciekawskich spojrzeń wjeżdżają dwie dorożki. Trudno dostrzec pasażerów, bo budy są spuszczone. Sałaciarze w charakterystycznych czapkach maciejówkach o lakierowanych daszkach, z sumiastymi wąsami i blaszanymi oznakami na plecach schodzą z kozłów. Pozwalają koniom skubać trawę, jednak trzymają je mocno za uprząż przy szyi.

Maciej Nowak o kulturalnym rozwiązywaniu problemów

Z każdej z dorożek wysiada po dwóch panów w długich, ciemnych płaszczach i melonikach. Staroświeckie i niemodne już nakrycie głowy nadaje powagi całej scenie. Panowie szepczą, kręcą głowami, sprawdzają zegarki. Jeden wraca do dorożki i wtedy okazuje się, że kryją się tam jeszcze inni pasażerowie. Konsultują coś. Znowu spotykają się we czwórkę, by po chwili oddalać się od siebie, robiąc nienaturalnie duże kroki. Dwóch zastyga w oddaleniu jakichś 15 metrów.

Pozostali znowu szepczą i spoglądają w kierunku, skąd przyjechali. Chyba wkrada się nerwowość, jedna z dorożek kiwa się, zdradzając emocje siedzącej w niej, ciągle pozostającej incognito osoby. I wtedy na polankę wpada z impetem kolejny fiakier. Tym razem pasażer nie kryje się, na siedzeniu widać typową skórzaną torbę lekarską. Zabiera ją ze sobą, wita z panami w melonikach i wtedy z obu oczekujących dorożek wysiadają kolejni dwaj panowie. Ubrani są zastanawiająco lekko, bez płaszczy i marynarek. Biel ich koszul odcina się wyraźnie na tle lasu. Podchodzą do tych w melonikach, z których jeden okazuje się, że dzierży mały, czarny neseser. Otwiera go, prezentuje panom w bieli, którzy z kolei wyciągają zeń po pistolecie. Kłaniają się ku sobie sztywno, a potem udają na pozycje wyznaczone wcześniej przez pozostałych uczestników zgromadzenia. Panowie w płaszczach wraz z panem z torbą lekarską odchodzą kilkanaście metrów na bok, by stamtąd krzyknąć: "Gotuj!". W tym momencie pistolety ustawiają się w linii strzału. "Pal!". Z każdej z luf dobywa się trzask i strużka dymu, a dorożkarze z satysfakcją myślą o tym, że trzymali krótko swoje chabety. "Stój!". Obaj panowie z ulgą idą ku sobie i wymieniają uścisk dłoni. Bez słowa wracają do Warszawy.

Warszawa do dziś nie umie zarządzać teatrami

Tym razem sprawa honorowa załatwiona została bezkrwawo. Ale przecież wcale nie musiało tak być. Strzelano amunicją ostrą i zgony oraz ciężkie zranienia w takich sytuacjach zdarzały się nieustannie. A sama kwestia wcale nie była błaha.

Starli się w niej z jednej strony twórca Filharmonii Warszawskiej, a później długoletni dyrektor stołecznej opery, wybitny dyrygent i kompozytor Emil Młynarski, z drugiej - wiceprezydent Warszawy i poseł na sejm Konrad Ilski. 1 października na posiedzeniu komisji teatralnej Zarządu Miasta Stołecznego Warszawy Ilski forsował cięcia budżetu Opery, które w praktyce oznaczały zwolnienie całej orkiestry. Opera bez muzyków - to mógł wymyślić tylko magistracki oficjalista. Obecny podczas debaty Młynarski zaczął protestować, na co Ilski: "Pan nie masz nic do mówienia w tej sprawie!". I nakazał woźnym wyprowadzenie dyrektora. Natychmiastowe ustanowienie sekundantów i pilne spotkanie o świcie na Bielanach było oczywistością wobec takiego rozwoju wypadków.

Strzały oddano, ale nie załatwiło to kłopotów miejskich teatrów. Stołeczny magistrat zasłużenie uchodził w okresie międzywojennym za wyjątkowo nieudolnego gospodarza swoich scen. Powszechnie szydzono z decyzji personalnych: "wyskoczył ktoś z planem, iż pewien jeden taki, co uzdrowił gospodarkę tramwajarską, uzdrowi też schorzały organizm teatrów. Nic z tego nie wyszło i dopiero na początku sezonu 1924/25 fanfary usłużnej prasy obwieściły, że znaleziono wreszcie fachowca. Był nim spec od ceraty, wiceprezydent Stowarzyszenia Kupców". Kpiono: "Onegdaj [w Teatrze Letnim] wystawiono komedię "Gdybym chciała"; w drugim akcie komedii Ćwiklińska i Leszczyński piją śniadanie i jedzą do tego sucharki. Reżyser napisał zapotrzebowanie na pięć sucharków (...), intendentura skreśliła pięć i dała pozwolenie na dwa...". Stefan Jaracz konstatował: "Magistrat nigdy nie będzie zdecydowany, czy teatr ma być ideowy czy dochodowy". I tak to trwa do dzisiaj. Tylko pojedynków zabroniono.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji