Artykuły

W cztery oczy z Żukiem

- Myślę, że każdy człowiek inteligentny jest złośliwy. To idzie w parze - mówi JÓZEF OPALSKI na przedpremierowym spotkaniu z Dziennikarzem Gazety Krakowskiej.

Z Józefem Opalskim, Krakowskim reżyserem teatralnym, rozmawia Piotr Rąpalski

Piwko między próbami?

- To nie rytuał. Nie mam czasu iść do domu, więc często w mojej ukochanej kawiarni teatralnej spożywam włoski makaron, jako znany wielbiciel Włoch, a do niego piwo meksykańskie.

Dziwna mieszanka...

- Makaron nazywa się "arrabiata", czyli "wściekły" po włosku, więc piwo z tequilą idzie z nim w parze.

Ciągle pije Pan "łyżeczki"?

- Tak. Nazwę tego drinka wymyślił Paweł Głowacki.

To wódka na lodzie z cytryną. Tylko do szklanki wkłada się łyżeczkę, aby móc cytrynkę wygnieść. Kiedyś w kawiarni zmieniła się obsługa. Pewny siebie poprosiłem łyżeczkę i dostałem ją podaną na talerzyku. (śmiech)

A wie Pan ile ja Panu łyżeczek przyrządziłem?

- Pamiętam. Był pan tu kiedyś barmanem. Ksywka Bunio.

Zgadza się! A Pan ma ksywkę "Żuk". Skąd?

- Ani to ciekawe, ani zabawne. Moja rodzina pochodzi z Litwy, a tam zdrobnienie od Józefa to nie żaden "Ziutek", tylko "Ziuk" albo "Żuk". Tak mówili też do Piłsudskiego. Bynajmniej nie wywracam się na plecy i nie macham odnóżami.

Można z jajem porozmawiać o Pana nowej sztuce "Kochanek", która będzie miała premierę w sobotę?

- Nie. Sam Pinter, który tę sztukę napisał, to trudna postać. Wielki aktor Michael Caine powiedział o nim "Poznałem przypadek heteroseksualnego mężczyzny, który uwiódł innego mężczyznę, żeby upokorzyć kobietę tak bardzo jak to tylko możliwe, bez zabijania jej kochanka". Ciężko mówić z humorem o facecie, który potrafił coś takiego wymyślić. Jego żona, wielka aktorka Vivien Merchant, którą zmusił do zagrania w "Kochanku", dostała Oscara, następnie zagrała u Hitchcocka w filmie "Szał", rozwiedli się i zapiła się na śmierć. Pierwszy tekst w sztuce to słowa męża do żony "Czy twój kochanek dziś przychodzi?". To jest mocne otwarcie i później walec już się toczy. Ta sztuka jest jak thriller.

A tak prościej, to o czym?

- Żona ma kochanka. Mąż opowiada jej wieczorem jak ciężko miał w pracy, a ona o tym co robiła z kochankiem. Ale to tak bardzo ogólnie. Sztuka opowiada o najtrudniejszych relacjach między kobietą a mężczyzną.

To dlaczego premiera w okresie walentynek?

- Przypadek. Wiedziałem, że chcę zrobić tę sztukę w Teatrze im. Słowackiego i tylko z tymi aktorami. Byli bardzo zajęci i musiałem czekać. Padło na czas około 14 lutego. Zrobiłem próbę pokazową na walentynki. Z tego co wiem, niektórzy widzowie nie mogli spać w nocy. Nie z powodu namiętności, ale właśnie tej sztuki.

Po niej chłopak dziewczynie się nie oświadczy?

- Ale może jak oglądną siebie w lustrze, jakim jest ta sztuka, to zrozumieją, że w życiu nie zawsze jest wesoło. Po próbie poszliśmy do kawiarni. Mimo że były tańce i muzyka, wiele par siedziało w milczeniu.

Nie boi się Pan, że pogłębi niż demograficzny?

- A co mnie on obchodzi? Ja mam już pełno studentów. Gdzie się nie ruszę to ich spotykam. (śmiech)

Obchodzi Pan walentynki?

- Ja to w ogóle nie lubię świąt. Kiedyś za komuny latało się z czerwonym goździkiem, a dziś samce biegają z kwiatami w celofanie.

Ale kocha Pan Włochy?

- Ba! Jestem przecież półneapolitańczykiem.

Który szaleje za włoskimi piosenkarkami. Jedną ściągnął Pan nawet na dworzec w Rzeszowie.

- Kiedy sprowadziłem moją gwiazdkę Milvę do Polski, oprócz występów w Krakowie śpiewała też na festiwalu w Łańcucie. Jechaliśmy pociągiem. Cały przedział dla nas. Nuciła mi mój ulubiony kwintet smyczkowy Schuberta. Zapomniałem, że nastąpi wstrząs. To było w 1998 roku. Wysiada dama w kapeluszu, futrze, pięknym szalu. Armani, Gucci - i to wszystko na peronie w Rzeszowie. Usłyszałem "Gdzieś ty mnie zabrał?". Na szczęście przyjechał po nas samochód i zabrał do pałacu.

A po zobaczeniu filmu "Passione" poleciał Pan do Neapolu dla innej włoskiej gwiazdy.

- Spędziłem w Neapolu trzy lata życia. Uczyłem na uniwersytecie kultury polskiej. Od tamtego czasu, jeśli nie jestem w Neapolu trzy razy w roku, to czuję się nieszczęśliwy. A nieszczęśliwy być nie lubię. Film to zbiór piosenek śpiewanych w różnych miejscach tego miasta. Dzięki niemu zobaczyłem jednak rzeczy, których nigdy tam nie widziałem. Na przykład jeden obraz Caravaggio. Okazało się, że jest w kościele obok dworca. Nie ma biletów, tylko kartka wyrwana z zeszytu z tekstem "Tu jest Caravaggio".

Ale co z Włoszką, z którą ponoć pił Pan wódkę?

- Symbolem piosenki neapolitańskiej jest Lina Sastri, ale dzięki filmowi odkryłem Pietrę Montecorvino. Nagle na ekranie pojawiło się zjawisko, które wbiło mnie w fotel. Myślałem jak to możliwe, że ja półneapolitańczyk tej kobiety nie znam. Zadzwoniłem i się umówiłem. Pojechałem, wypiliśmy morze wina. A ona mówi - "przecież wy pijecie wódkę". Kupiłem więc butelkę w sklepie z produktami polskimi.

Po tym winie jeszcze ta wódka? Nie było kaca?

- W Neapolu kac wygląda inaczej. Idę nad morze, patrzę na Wezuwiusza, Zatokę Neapolitańską i kac pryska.

Jest Pan złośliwcem?

- Tak mówią. Ale myślę, że każdy człowiek inteligentny jest złośliwy. To idzie w parze.

***

Józef Opalski

Reżyser teatralny, organizator festiwali, pedagog. Wykładowca w Instytucie Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Rozmowy "w cztery oczy" w internecie: www.gk.pl

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji