Artykuły

"Biesy" agresywne

CHOCIAŻ zasługami za krakowskie "Biesy" należy obdzielić Dostojewskiego (wiadomo), Camusa (autora adaptacji), Wajdę (reżysera i scenografa), liczny zespół aktorów Starego Teatru, autora muzyki Koniecznego, jednakże pierwsze wyrazy uznania chciałbym przekazać dyrekcji Teatru Polskiego. Niedawno dyrektor Marian Wawrzynek wyjawił mi, że obowiązki Teatru Polskiego wobec wrocławskiego widza rozumie nie tylko w ten sposób, że teatr ten na miarą swoich sił i możliwości we współpracy z najlepszymi osiągalnymi reżyserami powinien dążyć do zaspokojenia potrzeb miłośników Melpomeny własną "produkcją", ale powinien i może się podjąć roli organizatora imprez specjalnych, np. sprowadzania do naszego miasta głośnych przedstawień znanych teatrów krajowych.

Idea ta jest tym godniejsza uznania, że realizuje się w okresie, w którym Teatr Polski przeżywa pewne trudności, w którym działa bez kierownictwa artystycznego, w którym sprowadzanie pod własny dach najlepszej krajowej "konkurencji" wymaga pewnej odwagi, bo ma pozory (podkreślam: pozory) działania przeciw własnym, ciasno pojmowanym interesom. Ta koncepcja Wawrzynka, która w pełnym kształcie polegałaby na wymianach dwustronnych najlepszych spektakli, jest oddzielnym tematem, godnym szczegółowszych refleksji. Przypomnę tylko, że zawdzięczaliśmy już jej gdańskiego "Ulissesa", a Trójmiasto - wrocławskie przedstawienia "Kuchni" i "Gry w zabijanego". Teraz otrzymaliśmy "Biesy".

DO UCZCIWEGO zrecenzjonowanią "Biesów" potrzebowałbym obejrzeć przedstawienie dwukrotnie. Jak utwór będący pierwowzorem, tak i sceniczna adaptacja jest dziełem zagęszczonym. Jest głęboką penetracją ludzkiej duszy, penetracją sięgającą warstw podświadomości, odsłaniającą tkwiące w każdym - pierwiastki szaleństwa, które jednak szaleństwem nie są, jest też rozprawą moralną i wreszcie swoistą epopeją społeczną. Nonsensowne by było rozbijanie tego wszystkiego na osobne wątki czy problemy, nic tu bowiem - jak i w życiu - nie jest dane osobno.

Porażają te "Biesy" i przerażają. W sposób agresywny narzucają wizje i wrażenia. Sugestywna - zwłaszcza na początku i końcu przedstawienia - jest malarska wyobraźnia Wajdy, muzyka zaś niemal dosłownie biczuje widza. Wyobrażam, sobie jak mógłbym, być zaszokowany oglądając jeden z pierwszych spektakli tych "Biesów". Bo po trzech latach od premiery, po oczytaniu się w recenzjach, po nieuniknionym już pewnym ostygnięciu przedstawienia, nie we wszystkich fragmentach czułem temperaturę, jakiej oczekiwałem, w niektórych rolach dostrzegałem przede wszystkim technikę (zresztą znakomitą) aktorską, która mnie studziła jako widza, sprowadzała do roli zachwyconego recenzenta. Co wyznając, pragnę podkreślić, że jest to marudzenie z pozycji najwyższych wymagań, stawianych scenicznym arcydziełom.

Bardzo od lat lubimy we Wrocławiu krakowski Stary Teatr. Lubimy i uważamy za dobrych znajomych wielu aktorów tego zespołu. W "Biesach" spotkania z niektórymi są dużym przeżyciem. O roli Jana Nowickiego napisano już bodaj wszystko. Kluczową postać Mikołaja Stawrogina Nowicki zbudował środkami oszczędnymi, dobranymi z dużą precyzją. Osobowość Mikołaja, bez względu na to, czy działał, czy tylko po prostu "był obecny", dominuje, określa, nadaje atmosferę poszczególnych scenom. Jest amantem i demonem. Jest geniuszem, tytanem z garbatą duszą. Jest silny do granic cynizmu i słaby do granic zbrodni. Jest straszny, bo straszni bywają sfrustrowani geniusze. Mniejsze wrażenie robi jego główny partner Piotr Wierchowieński, kreowany przez Jerzego Stuhra. Celowo skontrastowany na scenie z postacią Mikołaja odbiega w moim odczuciu trochę za daleko w przeciwstawną skraj-ność. Znakomita natomiast wydaje mi się rola Andrzeja Kozaka, odtwórcy postaci Kiryłowa, jednej z ofiar demonizmu Stawrogina. Powierzając mu tę rolę Wajda utrafił chyba idealnie w dyspozycje wykonawcy. Podobne zresztą stwierdzenia mógłbym powtórzyć jeszcze co najmniej parokrotnie np. przy Lebiadkinie Jerzego Binczyckiego, przy Marii Timofiejewnej Izabeli Olszewskiej, ale są to komplementy dosyć zdawkowe. A w końcu większość ról zasługuje tu na osobny akapit, utrzymany przeważnie w tonacji wyrażającej uznanie i szacunek.

Dziękuję Staremu Teatrowi za wizytę w naszym mieście. Bylibyśmy bardzo radzi, gdyby zapoczątkowała ona bliskie możliwie systematyczne kontakty wiodących scen Krakowa i Wrocławia.

CHOCIAŻ zasługami za krakowskie "Biesy" należy obdzielić Dostojewskiego (wiadomo), Camusa (autora adaptacji), Wajdę (reżysera i scenografa), liczny zespół aktorów Starego Teatru, autora muzyki Koniecznego, jednakże pierwsze wyrazy uznania chciałbym przekazać dyrekcji Teatru Polskiego. Niedawno dyrektor Marian Wawrzynek wyjawił mi, że obowiązki Teatru Polskiego wobec wrocławskiego widza rozumie nie tylko w ten sposób, że teatr ten na miarą swoich sił i możliwości we współpracy z najlepszymi osiągalnymi reżyserami powinien dążyć do zaspokojenia potrzeb miłośników Melpomeny własną "produkcją", ale powinien i może się podjąć roli organizatora imprez specjalnych, np. sprowadzania do naszego miasta głośnych przedstawień znanych teatrów krajowych.

Idea ta jest tym godniejsza uznania, że realizuje się w okresie, w którym Teatr Polski przeżywa pewne trudności, w którym działa bez kierownictwa artystycznego, w którym sprowadzanie pod własny dach najlepszej krajowej "konkurencji" wymaga pewnej odwagi, bo ma pozory (podkreślam: pozory) działania przeciw własnym, ciasno pojmowanym interesom. Ta koncepcja Wawrzynka, która w pełnym kształcie polegałaby na wymianach dwustronnych najlepszych spektakli, jest oddzielnym tematem, godnym szczegółowszych refleksji. Przypomnę tylko, że zawdzięczaliśmy już jej gdańskiego "Ulissesa", a Trójmiasto - wrocławskie przedstawienia "Kuchni" i "Gry w zabijanego". Teraz otrzymaliśmy "Biesy".

DO UCZCIWEGO zrecenzjonowanią "Biesów" potrzebowałbym obejrzeć przedstawienie dwukrotnie. Jak utwór będący pierwowzorem, tak i sceniczna adaptacja jest dziełem zagęszczonym. Jest głęboką penetracją ludzkiej duszy, penetracją sięgającą warstw podświadomości, odsłaniającą tkwiące w każdym - pierwiastki szaleństwa, które jednak szaleństwem nie są, jest też rozprawą moralną i wreszcie swoistą epopeją społeczną. Nonsensowne by było rozbijanie tego wszystkiego na osobne wątki czy problemy, nic tu bowiem - jak i w życiu - nie jest dane osobno.

Porażają te "Biesy" i przerażają. W sposób agresywny narzucają wizje i wrażenia. Sugestywna - zwłaszcza na początku i końcu przedstawienia - jest malarska wyobraźnia Wajdy, muzyka zaś niemal dosłownie biczuje widza. Wyobrażam, sobie jak mógłbym, być zaszokowany oglądając jeden z pierwszych spektakli tych "Biesów". Bo po trzech latach od premiery, po oczytaniu się w recenzjach, po nieuniknionym już pewnym ostygnięciu przedstawienia, nie we wszystkich fragmentach czułem temperaturę, jakiej oczekiwałem, w niektórych rolach dostrzegałem przede wszystkim technikę (zresztą znakomitą) aktorską, która mnie studziła jako widza, sprowadzała do roli zachwyconego recenzenta. Co wyznając, pragnę podkreślić, że jest to marudzenie z pozycji najwyższych wymagań, stawianych scenicznym arcydziełom.

Bardzo od lat lubimy we Wrocławiu krakowski Stary Teatr. Lubimy i uważamy za dobrych znajomych wielu aktorów tego zespołu. W "Biesach" spotkania z niektórymi są dużym przeżyciem. O roli Jana Nowickiego napisano już bodaj wszystko. Kluczową postać Mikołaja Stawrogina Nowicki zbudował środkami oszczędnymi, dobranymi z dużą precyzją. Osobowość Mikołaja, bez względu na to, czy działał, czy tylko po prostu "był obecny", dominuje, określa, nadaje atmosferę poszczególnych scenom. Jest amantem i demonem. Jest geniuszem, tytanem z garbatą duszą. Jest silny do granic cynizmu i słaby do granic zbrodni. Jest straszny, bo straszni bywają sfrustrowani geniusze. Mniejsze wrażenie robi jego główny partner Piotr Wierchowieński, kreowany przez Jerzego Stuhra. Celowo skontrastowany na scenie z postacią Mikołaja odbiega w moim odczuciu trochę za daleko w przeciwstawną skraj-ność. Znakomita natomiast wydaje mi się rola Andrzeja Kozaka, odtwórcy postaci Kiryłowa, jednej z ofiar demonizmu Stawrogina. Powierzając mu tę rolę Wajda utrafił chyba idealnie w dyspozycje wykonawcy. Podobne zresztą stwierdzenia mógłbym powtórzyć jeszcze co najmniej parokrotnie np. przy Lebiadkinie Jerzego Binczyckiego, przy Marii Timofiejewnej Izabeli Olszewskiej, ale są to komplementy dosyć zdawkowe. A w końcu większość ról zasługuje tu na osobny akapit, utrzymany przeważnie w tonacji wyrażającej uznanie i szacunek.

Dziękuję Staremu Teatrowi za wizytę w naszym mieście. Bylibyśmy bardzo radzi, gdyby zapoczątkowała ona bliskie możliwie systematyczne kontakty wiodących scen Krakowa i Wrocławia.

Tadeusz Buski

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x