Artykuły

Hitler w przytułku

"Mein Kampf". Taki tytuł kojarzy się natychmiast i jednoznacznie. Z Hitlerem. George Tabori, który tak właśnie swą sztukę nazwał, rzeczywiście jednym z bohaterów uczynił młodego Adolfa Hitlera, o pomysł całości zaczerpnął właśnie z epizodu zawartego na kortach hitlerowskiej "Mein Kampf". Nie miał jednak Tabori zamiaru rekonstruowania fragmentu biografii Hitlera na serio. Parę szczegółów z młodości, uwiarygodnionych zresztą przez historyków, posłużyło dramaturgowi za kanwę niekonwencjonalnego utworu. Sam określił go jako farsę, ale uczynił to chyba również nieco przewrotnie. Słowem "farsa" można scharakteryzować "Mein Kampf" zaledwie częściowo i bardzo powierzchownie. W dramacie tym, drażniącym wprost pomieszaniem stylów, gatunków i konwencji znaleźć można niemal wszystko: pierwiastki farsy i "czystej" komedii, groteskę, karykaturę, absurd i surrealizm. Jest to też dlatego tekst wcale niełatwy w inscenizacji, w odbiorze zaś kokietujący pozorną prostotą i lekkością ukrywający głęboko niebywały ładunek intelektualno-filozoficznej refleksji.

Inscenizacji "Mein Kampf" dokonali w sopockim Teatrze Kameralnym reżyser Marek Okopiński i scenograf Marian Kołodziej. Premiera sztuki, której tekst tłumaczyła Danuta Żmij-Zielińska odbyła się w miniony piątek. To druga premiera "Wybrzeża" w nowym sezonie. Po niezbyt udanym, zaprezentowanym również w ubiegłym tygodniu - "Hiobie", rzecz naprawdę godna chwały i zasługująca na uwagę.

Oryginalność fabularnego zamysłu, a stąd i swoisty niekiedy, "czarny" humor dramatu Taboriego polega na wprowadzeniu młodego Hitlera w świat żydowski. Przybyły do Wiednia Adolf, rojący o karierze artysty-rysownika, trafia do przytułku w piwnicach jakiejś masarni. Z tłumu anonimowych lokatorów tego przybytku bezszelestnie pojawiających się i znikających, na plan pierwszy wysuwają się dwaj: wędrowny sprzedawca książek Herzl i Lobkowitz zwany też, Panem. To od modlitwy Lobkowitza i jego rozmowy z Herzlem: zaczyna się ów dramat i nasze wejście w ów ponury, choć ciepły świat. Ciepły, bo pełen typowo żydowskiego humoru, tchnący mądrością czerpaną z Biblii i Talmudu, swoiście, nader praktycznie interpretowaną.

Tutaj tez zjawia się Hitler z teczką rysunków i zamiarem podjęcia studiów na Akademii Sztuk Pięknych. Marzenia rozwieją się szybko, nowy mieszkaniec w przytułku jednak pozostanie. Tak nakreślona sytuacja, w której Żyd Szlomo Herzl opiekuje się histerycznym hipochondrykiem Adolfem, staje się źródłem szczególnego komizmu. Humor 'Mein Kampf" jest równie wielowarstwowy jak i cały sens sztuki. Bywa gruby, trywialny, koszarowy, bywa gorzki i błyskotliwie finezyjny. Bywa też makabryczny. Oto np. Hitler odzywa się do Herzla: cenię twoją pomoc Żydzie, gdy nadejdzie czas - to ci wynagrodzę; Herzl w innym momencie mówi do Adolfa: poczciwy z ciebie chłop...

To oczywiście powoduje wybuchy wesołości na widowni, sprawia, że cała historia postrzeżona zostaje rzeczywiście w kategoriach w wyśmienitej zabawy. Wystrój sceny, chwile mroku i ciszy, którymi reżyser puentuje pewne fazy narastającej groźby, metamorfoza samego Hitlera - to wszystko naturalnie aurę beztroskiej wesołości burzy. Niestety - i jest to duży, a przy tym jedyny chyba mankament inscenizacji - burzy się też w akcie drugim owa precyzyjnie w pierwszym budowana dramaturgia. Tekst błyszczy wprawdzie wszelkim bogactwem, również bogactwem możliwości teatralnych, ale ginie w tym rytm i napięcie. Forma - słowo i pomysły sceniczne zaczynają górować nad treścią. Szkoda to wielka, choć mimo tych zastrzeżeń jest "Mein Kampf" scenicznym "smakołykiem", którym delektować można się długo, o ile w ogóle umie się teatr smakować i jeśli nie żąda się od niego wyłącznie rozrywki.

Powiedzieć, że bohaterem "Mein Kampf" jest Hitler, a sztuka dotyczy rodzin faszyzmu - to znaczy powiedzieć tylko część prawdy. Jest to dramat o wszystkim - o życiu będącym umieraniem, o schyłku cywilizacji i epoki, o kompleksach i niespełnieniach rodzących fanatyzm i dewiację. Takie o Hitlerze i faszyzmie, choć - przecież - nie w sensie dosłownym.

Kluczem do zrozumienia "o czym" zdaje się być scena ze Śmiercią, panią Tod. Surrealizm zderza się tu komicznie z realnością. Hitler chroni się przed Śmiercią w wychodku, salwuje ucieczką w kalesonach. Powaga i śmieszność tego epizodu - to kwintesencja całej człeczej egzystencji, wyborny skrót ludzkiego losu.

"Mein Kampf" jest aktorskim koncertem, przedstawieniem zagranym rewelacyjnie. Dotyczy to wszystkich wykonawców i stanowi największy walor spektaklu. Wielką i wspaniałą kreację tworzy tu Krzysztof Gordon jako Herzl. Jarosław Tyrański w roli Hitlera prezentuje cały wachlarz możliwości - potwierdza talent charakterystyczny, ekspresję, siłę komiczną. Jego Hitler - to również "synteza", figura. Postacią pełną, wielowymiarową a zarazem i pierwszoplanową jest Herzl. Dobrze wypadają inni - z Wincentym Grabarczykiem (Lobkowitz), Joanną Kreft-Baką (Gretchen), Haliną Słojewską (Panią Tod) i Florianem Staniewskim (Himmlischst).

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x