Artykuły

Sztuka o rozpaczy

Nie cenię tej sztuki aż tak wysoko, jak każe presja mody i Jan Kott. Uważam, że Antygona w Nowym Jorku ma tyle mniej więcej wspólnego z tragedią Sofoklesa, ile, dajmy na to, Wesele Fonsia z Weselem Wyspiańskiego. Nie znaczy to bynajmniej, iżbym miał coś przeciwko Weselu Fonsia, też miły utwór. Tyle że jakby nieco innego kalibru. To żadne kpiny; nie lubię tylko, kiedy usiłuje mi się zawrócić w głowie i wmawia coś, czego nie ma. A w sztuce Głowackiego nie ma tego, co jest nie tylko esencją Antygony, ale w ogóle probierzem dramatu wielkiego wymiaru: nie ma tragizmu i nie ma paraboli.

Jest rozpacz. To tak. I kropka, wystarczy. Antygona w Nowym Jorku to znakomicie napisana sztuka o rozpaczy i braku granic nadziei, nawet na śmietniku. Mało? Nie nadpisujmy wielkości, kiedy nie trzeba. Głód dramaturgii po prostu przedniej - fachowej , pisanej z polotem i bogatej w materiał aktorski - jest dostatecznie dojmujący.

Komedia o rozpaczy? - no dobrze, skoro w osobistym wprowadzeniu przed telewizyjną premierą Głowacki tak się przy tym określeniu upiera. Choć niż do komedii bliżej jego sztuce do groteski, lecz mniejsza o to. Resztę natomiast dętych paralel i adresów do wielkości, które Głowacki snuł w przedpremierowym wstępie, złóżmy na karb dyskretnej autoreklamy. Jedyne, co w tym wprowadzeniu było informacją bezsporną, to wiadomość, że Głowacki jest z Kaziem Kutzem na ty. Tylko pogratulować, Głowackiemu oczywiście. Bo z jego efektownego i dobrze skrojonego teatralnego tekstu to Kutz właśnie zrobił przedstawienie wielkiego wymiaru. Kutz i Trela. To oni właśnie wespół z Peszkiem dźwignęli Antygonę w Nowym Jorku na piętro ponadindywidualnej opowieści o rudymentach człowieczeństwa, które wstrząsająco dygoczą w najmarniejszej nawet ludzkiej ruinie na śmietnisku zapijaczonych clochardów.

W inscenizacji Antygony w Nowym Jorku łatwo pójść za pokusą tekstu i od dowcipu do dowcipu skakać w plan kabaretowy. Braliśmy to na prapremierze Cywińskiej w Ateneum. Kutz inaczej: wraz z aktorem w skupieniu pochyla się nad zakamarkami zdegradowanych osobowości, zbełtanych aż po śmieszność, która budzi grozę. Kutz prowadzi spektakl tak perfekcyjnie, że go zza aktorów... prawie nie widać. Mistrzowsko określa rytmy, punktuje sekwencje i aktorskie frazy. A muzyki, którą wprowadza, też się niemal nie słyszy - po prostu jest; gdy potrzeba, rozszerza plan znaczeń. Cały spektakl Kutza przebiega na cieniutkiej granicy - pomiędzy pełnym realizmem a odkształceniem właściwym grotesce. A ulepione jest to tak znakomicie, że obydwa wymiary toczą się równocześnie realizm i groteska, groteskowy realizm i realistyczna groteska. I niech nie bzdurzą teoretycy, że to estetyki, które się wzajem znoszą, i że to niemożliwe. U Kutza i jego aktorów możliwe. Tak było.

Spasiony i rumiany, tępy policjant Jerzego Grałka to nasza - pożal się Boże! - normalność. Punkt odniesienia dla tych na dnie, którzy o normalności pragną zapomnieć, bezskutecznie. Gdyby do postaci pomylonej clochardki Anna Dymna pod rozczochranymi włosami zrobiła makijaż nieco mniej wymuskany i brzydszy, rola wyglądałaby ładniej. Ale i tak wyglądała niebrzydko. Zwłaszcza wówczas, kiedy Dymna bez słowa wpatruje się w Trelę i widać, jak ten kobiecy wrak jest przez moment szczęśliwy. Polaczek Jana Peszka to błazen; acz przeraźliwie smutna to błazenada. Błazeństwo jako postawa i tarcza - bezskuteczna. Grane perfekcyjnie, w zawrotnych przyspieszeniach, po ostrą groteskę, którą - bez jej zacierania - artysta raz po raz nicuje wymiar rozpaczliwego psychologicznego serio.

I Jerzy Trela! Wielka, olśniewająca rola. Od pierwszego ujęcia, jakby zastygłej maski. Strup, po wódzie i po życiu. Zator myślowy, chód tabetyka; Aktorstwo oszczędne, a tak wyważone, że najdrobniejszy sygnał uderza jasnością intencji. Jak choćby ten aktorski majstersztyk, kiedy skacowany i spięty łyknął nareszcie - i powieki z ulgą osunęły się o ułamek milimetra, spojrzenie wyrównało, głos uspokoił i przechodzi w monotonne rozluźnienie frazy. Wspaniałe! Acz od techniki wspanialsze, że jest ona tylko środkiem wirtuoza, który warsztatem tak precyzyjnym, iż niemal uchodzącym uwagi, tworzy człowieka. Więcej niż portret charakterystyczny: labirynt wnętrza i jeszcze więcej - ponadindywidualny wymiar litości nad rozpaczą, ruiną i męką nie wygasłych marzeń. W pełnym rynsztunku charakterystycznym i wysoko ponad nim, jednocześnie.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x