Artykuły

Niebieskie oko miksera

- Nim dostałem etat, poświęciliśmy z kolegą całe wakacje, żeby z elementów pozbieranych w teatrze zmontować kabinę dźwiękowca. Nie to, co dzisiaj - wspomina dźwiękowiec z Teatru Studio w Warszawie Roman Puchalski.

Włączmy tło dźwiękowe, suwak konsolety w górę. Pokój dźwiękowca Teatru Studio to małe pomieszczenie, głos więźnie w ścianach pokrytych dyktą. Buczy świetlówka. Drugi suwak, głos pana Romana Puchalskiego, delikatnie schrypnięty: "Nim dostałem etat, poświęciliśmy z kolegą całe wakacje, żeby z elementów pozbieranych w teatrze zmontować kabinę dźwiękowca. Nie to, co dzisiaj. Pracowało się na magnetofonach taśmowych. Z taśmą to wychodziły czasami niezłe cuda. Kiedyś podczas spektaklu dwa pierwsze efekty były mało znaczące, więc nikt nie zwrócił uwagi, że coś jest nie tak. Dopiero gdy Marian Opania miał śpiewać, okazało się, że prędkość przesuwu taśmy jest źle ustawiona i podkład poleciał przyśpieszony dwukrotnie. Próbował, ale tak szybko to nawet taki aktor jak Opania nie zaśpiewa".

Dzisiaj odtwarzaczy jest pięć, konsola mikserska długa na dwadzieścia suwaków. Znana na pamięć, bez patrzenia. Kiedy zmienia się sprzęt, trzeba się go od nowa uczyć. W trakcie spektaklu nie ma czasu na namysł - kilka różnych zmian tła wchodzi po sobie. "Dzisiaj już nie słucham aktorów. Gdyby nie próby, nie wiedziałbym, o czym jest sztuka. Jedna czynność, następna, następna, odwalona, czekamy na kolejną. No i potem nie można już normalnie chodzić do teatru. Kiedyś spróbowałem i przez pierwszych 2O minut koncentrowałem się, żeby zrozumieć, o czym oni mówią. Bo ja myślałem tylko o tym, co za chwilę trzeba zrobić. Mam już przestawione ucho" . Pan Roman czasami zakrywa usta dłonią, trzeba podciągnąć potencjometr, żeby dźwięk był wyraźny.

Trzech dyrektorów już było za kadencji pana Romana. Pamięta jak obecny, Zbigniew Brzoza, robił w Studiu swój debiut. Ale najlepiej pan Roman wspomina Szajnę. "Praca wtedy była przyjemna ze względu na wyjazdy. Mnie tylko Australia ominęła. A tak od Meksyku do Japonii, przejechałem całą Europę. Poza tym Szajna nie dzielił zespołu na artystów i technicznych. Przypuszczam, że wynikało to z tego, że aktorzy byli u niego tworzywem, nie było gwiazd. Tylko cała maszyneria, która służyła temu, żeby mógł zrealizować swoją wizję. Podczas wyjazdów szczególnie to było widać. Jak były spotkania, rauty, kieliszek wina u burmistrza, aktorzy musieli czekać, aż zbierzemy dekoracje i nagłośnienie. I dopiero ruszaliśmy wszyscy razem, jako zespół, co Szajna podkreślał. Podziały zaczęły się za Grzegorzewskiego. Czasami nie wiedzieliśmy nawet, że były jakieś przyjęcia. Artyści jechali, a my mieliśmy poskładać sprzęt i do hotelu. Za Brzozy po prostu nie ma wyjazdów, bo sytuacja ekonomiczna całkowicie się zmieniła".

Zmiana dekoracji, zdejmujemy suwak, tło pokoju dźwiękowca cichnie, wchodzi gwar Poznania lat 70. "Graliśmy tam akurat Replikę. Jak ustawiliśmy wszystko do spektaklu, poszliśmy z maszynistą i elektrykiem do miasta. Patrzymy: jest muzeum, akurat wystawa Malczewskiego, mamy trochę czasu, to wejdziemy. I akurat w jednym z korytarzyków natknęliśmy się na Szajnę. Zamieniliśmy kilka słów, a ja potem mówię do kolegów: No, kochani, dzisiaj wszystkie grzechy mamy odpuszczone, sami zobaczycie". I oczywiście, koniec spektaklu, Szajna idzie do garderoby aktorów i mówi, że robole byli w muzeum, a aktora żadnego nie zobaczył".

Suwak w dół, Poznań cichnie, drugi w górę, jesteśmy w kabinie dźwiękowca. "Jak ja jechałem, Szajna nigdy nie wtrącał się w moje sprawy, tylko czepiał się elektryków. Jak jechał kolega Andrzej, elektrycy mieli spokój, a za to jego się czepiał. Z Andrzejem Srebrzyńskim pracowaliśmy od początku. Do tego roku, gdy odszedł w zaświaty, serce nie wytrzymało".

Trzask zapalniczki brzmi sucho w pomieszczeniu o ścianach wyłożonych dyktą, pan Roman zapala papierosa. "Mam już jego następcę, przyjęliśmy dziewczynę, nawet lepiej wykształconą ode mnie, po studiach, ma pojęcie o nowej generacji sprzętu. W całym teatrze różne tradycje odchodzą, więc i ja powinienem odejść".

Pan Roman planuje emeryturę za dwa lata. Już od 50 lat dojeżdża spod Warszawy, wliczając lata szkoły. Wystarczy. Chciałby poświęcić więcej czasu rodzinie, wnukom.

Powoli wyciszamy, suwak łagodnie zjeżdża w dół. Jarzeniówka cichnie, obrotowe krzesło pana Romana przestaje skrzypieć. Wciskamy wyłącznik, niebieskie oko miksera gaśnie.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x