Artykuły

Na koniec sezonu

Brakowało mi w tym krakowskim sezonie trochę zwyczajnych, ale bardzo dobrych przedstawień; o ciekawej tematyce, wciągającej akcji, z wybitnymi rolami, pod względem profesjonalnym perfekcyjnie zrealizowanych. Myślę, że są w Krakowie dwa spektakle spełniające wysokie standardy sztuki: "Biesy" Dostojewskiego w teatrze STU, oraz "Othello" Szekspira w teatrze Bagatela - pisze Elżbieta Konieczna w Miesiącu w Krakowie

Ojcowie i dzieci

O bilety było ciężko. Z trudem się wcisnęłam. Z zaciekawieniem obserwowałam publiczność - inną niż na premierach, inną niż na zwykłych przedstawieniach. Nazwałabym ją publicznością świadomą tego, czego się spodziewa. Bez najmniejszych wahań słono zapłaciła za bilety, bo wiedziała, że wybiera się na markowe przedstawienie, markowych artystów. Plamy nie będzie. Ja zresztą rozumowałam podobnie. Przyszłam do teatru wiedziona prześladującą mnie tęsknotą za jakością, a także brakiem niespodzianek. Niemiłych oczywiście. "Dowód" jest spektaklem najdłużej granym na Broadwayu od czasów Amadeusza, a Dawid Auburn dostał za niego nagrodę Pulitzera. Jednak informacje o samej sztuce nie dają jeszcze gwarancji dobrze spędzonego wieczoru, bo każdy z Państwa mógłby wymienić co najmniej kilka schrzanionych inscenizacji obsypanych nagrodami dramatów. Pospolite ruszenie widzów do teatru PWST sprowokowały dwa nazwiska: Krystyny Jandy i Andrzeja Seweryna. Ona wymyśliła sztukę i zaproponowała mu jej wystawienie w teatrze Polonia, on wyreżyserował "Dowód" i zagrał w nim, obsadzając w jednej z czterech ról Marię Seweryn. Jak to jest wrócić na polską scenę po 28 latach przerwy i spotkać się ze swoją córką? Prasa, zgodnie z przyjętym obyczajem, szalała. Oni grzecznie, acz stanowczo bronili swojej prywatności.

Na widowni sporo młodych krakowskich aktorów. Zawsze wydawało mi się, że niezbyt często chodzą do teatru. Ściany podpierają studenci Szkoły Teatralnej, bileterzy z trudem upychają po kątach "wejściówkarzy". Na drugi dzień podobno było jeszcze gorzej. To moszczenie się publiczności odbywa się przy dość realistycznym akompaniamencie padającego deszczu i odgłosów burzy.

Czuję się jak w prawdziwym starym teatrze, który świadomie przesypia awangardę, zbaczając z drogi prowadz1cej do najdzikszych eksperymentów i swawoli.

Ojciec i córka - dwoje genialnych matematyków. On - schizofrenik, ona - poświęcająca mu życie opiekunka. Matematyka pozwala im przebywać w rejonach piękna. Piękne umysły toczą niespiesznie rozmowy. Spektakl rozwija się według najlepszych prawideł sztuki. Akcja zwalnia i przyspiesza w kierunku kulminacji zdarzeń, by znów toczyć się naturalnym rytmem. Ostre tempo, a potem suspens: zaciemnienie sceny, muzyka - chwila dla widza. Rozświetlanie tajemnicy, zaciemnianie. Tajemnicą jest dziewczyna. Czy po ojcu odziedziczyła matematyczny geniusz? Czy geniusz i chorobę? A może jest jeszcze inaczej.

Ojciec i córka - dwoje świetnych aktorów. On dyskretnie wyciszony, zręcznie ją wysuwa na pierwszy plan. Przygląda się Catherin podwójnie zaciekawiony: i jako szalony, sceniczny ojciec odkrywający swego następcę - geniusza, i jako Andrzej Seweryn, wybitny aktor Komedii Francuskiej, posiadacz Legii Honorowej i setki innych trofeów - tu ojciec Marii Seweryn zaintrygowany jej aktorskimi możliwościami. A Maria wyraziście znakomita, stwarza najlepszą rolę w tym spektaklu.

Publiczność długo bije brawo, pojedyncze osoby wstają, potem, już z nadmierną szczodrobliwością, na stojąco klaszcze prawie cała widownia. Co sobie tłumaczę głodem uczestnictwa w teatralnych sukcesach oraz marnym, zbliżającym się ku końcowi, krakowskim sezonem. Może jest jeszcze jeden powód, najważniejszy: Andrzej Seweryn uczył się zawodu u wielkich mistrzów i wie, że istnieją podstawowe cechy, którymi rządzi się teatr. Są nimi misteryjność, tajemnica, siła uogólnienia. Bez świadomości tych uwarunkowań praca nad przedstawieniem nie ma sensu. I on to umie zrealizować w każdych warunkach - i klasycznej tragedii greckiej, i cieszącej się wzięciem na Broadwayu współczesnej sztuki.

O ZMIERZAJĄCYM KU KOŃCOWI SEZONIE

Brakowało mi w tym krakowskim sezonie podobnych, trochę zwyczajnych, ale bardzo dobrych przedstawień; o ciekawej tematyce, wciągającej akcji, z wybitnymi rolami, pod względem profesjonalnym perfekcyjnie zrealizowanych. Nie chcę się pastwić nad tymi wszystkimi, o pomstę do nieba wołającymi, knotami mało zdolnych, choć czasem okrzyczanych geniuszami twórców. Robiłam to na bieżąco, nie będę teraz o nich pisać. Chcę pozostać w klimacie tego, co w teatrze ma sens.

Myślę, że są w Krakowie dwa spektakle spełniające wysokie standardy sztuki: "Biesy" Dostojewskiego w teatrze STU, oraz "Othello" [na zdjęciu] Szekspira w teatrze Bagatela. Pierwszy z nich zrealizował Krzysztof Jasiński i jest on czymś w rodzaju summy jego doświadczeń i przeżyć, drugi pokazał Maciej Sobociński, człowiek młody, i jego trochę szalony spektakl jest niespokojnym poszukiwaniem współczesnego sensu w klasyce. Obydwa przedstawienia są niezwykle urodziwe, gorące, namiętne i mądre. Obydwa równie mocno zagospodarowują wyobraźnię widza. Ich siłą jest aktorstwo oraz znakomita umiejętność operowania światłem i przestrzenią. I "Biesy", i "Othello" stawiają okrutne i przenikliwe pytania. Dotyczą one, ogólnie rzecz biorąc, zakamarków duszy człowieka i brzmią niepokojąco współcześnie.

W TEATRZE WSZYSTKO SIĘ POWTARZA

Czasem jedno zdanie bywa inspirujące. Jerzy Stuhr w felietonie na temat odpowiedzialności przytoczył fragment swojej rozmowy z Krystyną Jandą, której dość powszechnie miano za złe, że bezpośrednio po śmierci męża Krzysztofa Kłosińskiego nie przestała grać. - Popatrz - mówiła Janda - jak on mnie kochał! Umarł o trzeciej po południu, żebym zdążyła do teatru! Dla Stuhra ta wypowiedź była kwintesencją odpowiedzialności. Dla mnie też. Jest pewien gatunek mobilizacji aktorskiej, który wprawia mnie w nieustanny podziw. Polega na bezinteresownym, niewykalkulowanym docieraniu do jakiejś tajemnicy teatru. Sedna sztuki. Przed laty obserwowałam w Starym Teatrze bliźniaczo podobne zdarzenie. Próba generalna do Wajdowskich "Biesów", na scenie umiera wybitny krakowski aktor Kazimierz Fabisiak, w spektaklu poważną rolę gra również jego syn - Aleksander. Od jego decyzji zależy odwołanie wieczornej premiery. Postanawia grać. I tak naprawdę tego wieczoru, jako Szatow, narodził się dramatyczny aktor Aleksander Fabisiak. Przez poprzednie trzy lata na scenie pojawiał się młodziutki, miły, śliczny, trochę drewniany Olo. To jest właśnie ta fascynująca tajemnica teatru, o którą czasem aktorzy się ocierają. Tylko wybranym jest to dane. Związane z "Biesami" zdarzenie nie mogło nie pojawić się w czasie niedawnego, bardzo ciepłego spotkania w Starym, na scenie Heleny Modrzejewskiej - jubileuszu czterdziestolecia pracy artystycznej Aleksandra Fabisiaka. Zwyczajowo wspominano role od pierwszych po dojrzałe, wspominano jego młodość oraz barwną postać ojca. Były śmieszne i liryczne anegdoty, naręcza kwiatów i niekończące się gratulacje. Sam jubilat sympatycznie zdystansowany, zabawny, skromny, każdemu skutecznie wytrącał okolicznościowy patos z ręki. A ja sobie z różnymi szczegółami przypominałam ten znamienny dzień śmierci i narodzin artysty sprzed 37 lat.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x