Artykuły

A jak umrę, będę tańczyć w powietrzu

- Teatr to choroba nieuleczalna - mówi DANUTA SZAFLARSKA, wyróżniona nagrodą specjalną za całokształt twórczości aktorskiej, przez 12. Festiwal Camerimage w Łodzi.

Ja bym ich nauczyła dopiero! Och, ja bym ich bizunem! Bizunem! - krzyczy drobna siwa kobieta, podjeżdżając zamaszyście fotelem na kółkach do swego męża. Z całej jej unieruchomionej postaci emanuje furia. - Biedaczek! Cipuchna! - szydzi, by zaraz wybuchnąć szczerą, czystą złością. - Fuj! Taki bvk! Samogon pędzi, pijak zatracony! Oto cudowna i najlepsza scena z "Doliny Issy", filmu nakręconego 20 lat temu przez Tadeusza Konwickiego według książki Czesława Miłosza. Niestety, babcia Misia, grana przez Danutę Szaflarską [na zdjeciu], przypłaca swój gwałtowny wybuch emocji śmiercią i... znika z ekranu. Jeszcze w następnej scenie pośmiertnie tańczy z Anną Dymną w zaświatach i z pewną nieziemską Naiwnością narzeka: - Jak to źle, że ludzie kochają się dopiero po śmierci...

- To był lodowaty dzień -

opowiada dzisiaj Szaflarska. - Byłyśmy przemarznięte. Tańczyłyśmy w kółko i ciągle coś było nie tak. Kiedy już się zdawało, że wreszcie jest dobrze, reżyser westchnął: "Kalesony wam widać spod sukien. Jeszcze raz...". Bo myśmy włożyły kalesony, żeby się nie przeziębić! - śmieje się drobna, siwa pani, śmieje się ustami i oczami. Danuta Szaflarska jest bardzo punktualna. Bił zegar na Zamku Królewskim, gdy zbliżała się na umówione miejsce. Szła energicznym krokiem, w jasnej jesionce z kapturkiem, dziewczynka nieomal, prędziutko weszła za mną po schodach. - To Zelwerowicz - powiedziała, tłumacząc mi swą akuratność. - On nie znosił spóźnialskich. Była przed wojną studentką wybitnego aktora Aleksandra Zelwerowicza, pedagoga w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej i zawsze podkreśla, jak wiele mu zawdzięcza.

Wypłosz z prowincji

- Zostałam aktorką przez tyfus - tak żartobliwie zaczyna Danuta Szaflarska opowieść o sobie. Zawsze pragnęła studiować medycynę, ale były to studia wówczas zbyt kosztowne, wybrała więc Wyższą Szkołę Handlową w Krakowie. Bardzo praktycznie, bardzo rozsądnie. A jednak nic z tego. W środku roku akademickiego zachorowała na tyfus i musiała wracać do domu, do Nowego Sącza. Pod opieką mamy doszła do zdrowia, a za namową dawnych gimnazjalnych kolegów, wtedy już warszawskich studentów, podjęła decyzję o egzaminach aktorskich. Pojechała do stolicy. Wysiadła na dworcu. Spojrzała na wysokie domy w Alejach Jerozolimskich. Zawołała w duchu: "Oto jest miasto mojego życia!". I popędziła do PIST-u. Wcale nie była przygotowana. Nie znała osobiście aktorów, nic nie wiedziała o historii teatru, umiała na pamięć parę wierszyków. - Taki wypłosz z prowincji - mówi dzisiaj. Nie miała pojęcia, że w komisji zasiadają takie sławy jak Wysocka, Schiller, Zelwerowicz. - Pamiętam, że płynnie zdołałam odpowiedzieć tylko na pytanie, na co chorowałam i zadeklamować urywek o śmierci Janka Muzykanta, po czym zaczęła się absolutna kompromitacja. Pytano mnie o commedia dell'arte, a ja nic. O "Redutę" Osterwy... Hmm, o reducie to ja nawet słyszałam, ale Ordona. Zelwerowicz wściekł się, że jestem taką ignorantką i wyrzucił mnie za drzwi. Potem na korytarzu powiedział: "Czerwieniłem się i bladlem słuchając, co pani wygaduje. Pani wiedza o teatrze wygląda tak, jakby aptekarz pomylił olej rycynowy z kwasem solnym". I kazał mi iść do biblioteki na Koszykową "Pięćdziesiąt lat teatru" Michała Orlicza przeczytać. Poszłam i przeczytałam. I przyjęto mnie. Aleksander Zelwerowicz miał może przeczucie, że wyrośnie z niej dobra aktorka, ale ostatecznie uwierzył w to dopiero po pierwszym semestrze.

Portret wewnętrzny

Na liście studentów, którzy zaliczyli półrocze, znalazła swoje nazwisko z adnotacją: "Szaflarska przechodzi z zastrzeżeniem - za małe oczy". Pobiegła korytarzem. Na schodach natknęła się na profesora. Stanęła trzy schodki wyżej i górując nad nim, zawołała: "Za małe oczy? Co to znaczy za małe oczy? To co ja mam zrobić?! Porozcinać?! Zapałki sobie włożyć?!". I odtąd Zelwerowicz już miał pewność, że z tej dziewczyny będzie ktoś.

Kumediantka!

- Może miałam to we krwi? - zastanawia się pani Danuta. - Podobno moja mama marzyła o aktorstwie, choć została, jak i mój ojciec, nauczycielką. Szaflarska przyszła na świat w 1915 roku, w wiejskiej chałupie, w Kosarzyskach, na słowackiej granicy, gdzie uczyli jej rodzice. Dzika wieś, gdzie dzieci biegały boso cały rok, a kobiety z kijankami i ługiem chodziły do potoku "lochy miońć", czyli prać. Ojciec - góral, wesoły, z temperamentem. Mama pochodziła z Krakowa, umiała grać na pianinie i pięknie śpiewała. Nie mieli własnego domu. Najpierw odnajmowali pokój w leśniczówce, a gdy w 1920 roku pobudowano szkołę drewnianą, zamieszkali tam całą, czteroosobową rodziną. Już wtedy, w wozowni, Danusia odgrywała teatr z dzieciakami ze wsi: z Julka ze Świniorek, Tadziem liberem, Hanką Duloconką. - Ta Julka była bardzo bystra i wesoła. Kiedy już skończyłam studia, pojechałam odwiedzić swoją rodzinną wieś - opowiada Danuta Szaflarska. - Stąpam ostrożnie nierównym gościńcem, na obcasach, w kapeluszu, umalowana jak lalka, a z naprzeciwka po chłopsku ubrana baba idzie i... nagle rzuca mi się na szyję! To była Julka! Przysiadłyśmy i ja ją pytam: "Zgadnij, jaki mam zawód?". A ona w śmiech: "Cosik mi się widzi co kumediantka!". Miała 9 lat, gdy ojciec zmarł nagle na zapalenie ślepej kiszki i czarodziejskie życie w ubogiej wioseczce skończyło się. Z mamą i młodszym bratem wyjechali do Nowego Sącza. Tylko teatr odnalazła na nowym miejscu. Nauczyciel, Bolesław Barbacki, prowadził w mieście zespół amatorski. W szkole, gdy dzieci pacierz odmawiały, wychwycił głos Danusi i kazał wszystkim zamilknąć, jej samej "Ojcze nasz" powtórzyć. "Jutro do teatru pójdziesz" powiedział, gdy skończyła, ten łowca talentów, sam świetny artysta malarz, który później młodą Szaflarska parokrotnie na płótnie uwiecznił. Piękny portret jego pędzla do dziś wisi w domu pani Danuty. I grała w teatrze! Na początek małego Michasia w "Horsztyńskim". Po premierze podszedł do niej dziennikarz i zapytał: "Jak ty masz na imię, dziecko?". "Jak czekoladka" odrzekła rezolutna dziewczynka, a wszystko to znalazło się w gazecie, w recenzji z przedstawienia. Trzeba dodać, że te czekoladki - "Danusie" produkuje się do dziś.

Ściana rozpaczy

Kiedy została studentką w mieście swojego życia, nieraz przyszło jej żywić się samym tylko... entuzjazmem dla sztuki. Mieszkała w sublokatorskim pokoiku i więcej niż połowę pieniędzy, które dostawała od mamy, wydawała na czynsz. Zdarzało jej się płakać z głodu, ze słabości. A wtedy koledzy biegli do cukierni po ciastka. Na studenckiej herbatce zapoznawczej spotkała Jana Ekiera, później wybitnego pianistę, który wówczas akompaniował na lekcjach ruchowych w Instytucie Teatralnym. Zadebiutowała na deskach wileńskiego Teatru na Pohulance dnia 14 września 1939 roku. W ostatniej chwili zmieniono tytuł farsy "Szczęśliwe dni" na "Zielone lata"; wybuchła wojna, nikomu nie było do śmiechu. Razem z Hanką Bielicką i Jerzym Duszyńskim grali komedię tego dnia, kiedy się dowiedziała, że jej jedyny brat, 20-letni, piękny, utalentowany, ukochany; zginął w bitwie. - Gdy zeszłam ze sceny, gdzie rozśmieszałam ludzi, waliłam głową o ścianę z rozpaczy - powiedziała. - Był bardzo zdolny, grał na wielu instrumentach. Żałował mnie - dodaje po chwili. - Sam taki wysoki, a ja nie urosłam. Żartował: "Siadaj, będę ci nogi wyciągać, żeby były dłuższe".

Nagle pomyślałam, że w życiu nie spotkałam cudowniejszej istoty. Miałam przed sobą srebrnowłosego elfa bez wieku. Ona ma 90 lat? Niemożliwe!

Jest w niej zaczarowane na zawsze dziecko, wiecznie młoda dusza, ubrana tylko w nieco już pogniecione ubranko ciała... Wspomniany Jan Ekier zjawił się w Wilnie ze ślubnymi obrączkami. - Wędrował sześć dni! - opowiada aktorka. - Był przystojny, naprawdę interesujący. Uroda? To nie miało większego znaczenia. Ale on tak cudownie grał na fortepianie! Byłam wychowana na muzyce, mama urządzała koncerty domowe. Nie lubię wychodzić zamąż. Ale on jechał do mnie prawie tydzień. Zgodziłam się. Cóż. że potem płakałam przez dwa dni nad papierkiem zabierającym mi, jak sądziłam, wolność... Ich córka, Marysia, urodziła się podczas wojny i przeszła z rodzicami Powstanie. Bo młode artystyczne małżeństwo czym prędzej wróciło do Warszawy.

Talent do unikania śmierci

Niebezpieczne przygody to specjalność Danuty Szaflarskiej. Kiedyś omal nie utonęła. Innym razem cudem nie zginęła w wypadku samochodowym. Podczas górskiej wspinaczki omsknęła się na linie. W czasie Powstania omal nie trafił w nią gołębiarz - snajper niemiecki siedzący na dachu. Innym razem uniknęła bomby, bo się akurat cofnęła po plecak zostawiony w piwnicy. Albo nawrzeszczała na esesmana po niemiecku i puścił ją. W innej, dramatycznej chwili zaskoczyła żandarmów, wołając szczerą prawdę: "Jestem z Warszawy, bez dokumentów, mam małe dziecko, Niemcy mnie zabiją!". "Uczekąj!" - krzyknęli owi Niemcy, zdumieni chyba sami sobą: "Uczekąj!". Wtedy dziesiątki innych Polaków z łapanki trafiło do obozów.

Najmocniej jednak pamięta Powstanie. Była łączniczką, informowała o koncertach, które odbywały się w walczącym mieście. Znała wszystkie przejścia. W rocznicę Cudu nad Wisłą, 15 sierpnia, Jan grał koncert w gmachu Architektury. Spod jego palców wybrzmiewała "Etiuda Rewolucyjna" Chopina, gdy do sali wpadł karabinowy pocisk, bzyknąwszy charakterystycznie. Ekier nie przerwał gry. Dopiero pomiędzy utworami, dyskretnie sięgnął po ów pocisk i schował, na pamiątkę, którą ma do dziś. Ich 12-miesięczna Marysia zachorowała na dezynterię. - Zmusiłam ją do życia - opowiada Szaflarska. - Nie płakałam, nie rozpaczałam.

Wlałam w to chudziutkie, wynędzniałe dziecko półtora litra zdobycznej herbaty wymieszanej z lekarstwem, które znalazłam w jakiejś aptece, łyżeczka po łyżeczce... Najdramatyczniejsze wydarzenia? Piwnica na Poznańskiej. Niemcy z regularnością zegarka, co osiem minut wystrzeliwali "berty", 1000-kilogramowe bomby. Między eksplozjami młoda matka Marysi wybiegała z nią na podwórko, pod śmietnik, by dziecko zaczerpnęło trochę słońca. Słońce jest bogiem - o tym Danuta Szaflarska była przekonana od dzieciństwa, kiedy to wpatrywała się w niebo, leżąc na rozgrzanych kosarzystóch łąkach. Taka "berta" potrafi wyrwać z korzeniami pół domu, położyć trupem tłum łudzi na ulicy. A przecznicę dalej pokryć grubą warstwą pyłu tych, co się ukryli w piwnicach. - Miałam mokrą szmatę dla Marysi, przykrywałam ją, by się tym pyłem nie udusiła. Bywały i tragikomiczne wydarzenia. Oto wszyscy padli po wybuchu na ziemię, gdy w piwnicznej ciemności i grobowej ciszy, jaka nastała, dał się słyszeć głos: "Kto ukradł moje papierosy?". Uciekali stamtąd, gdy na ulicy zainstalował się "tygrys" i zaczął walić prosto w dom. Ona chwyciła dziecko, maż wraz z sanitariuszką - nosze z rannym w brzuch człowiekiem. To właśnie wtedy zatrzymała się na chwilę, by wrócić po plecak i uratowała ich od śmierci. Aby dostać się na podwórko, trzeba było przebyć zaklinowane ciężkie drzwi dębowe. - I wtedy ja patrzę - mówi Szaflarska. - A mój mąż, pianista, delikatne ręce, wyjmuje te drzwi, jakby były z tektury! Opowiadam to, żeby pani wiedziała, co się wtedy działo z ludźmi, jaka siła w nich wstępowała.

W tym strasznym huku byli jak w transie, nawet nie widzieli samolotu, który tuż nad glowami ostrzeliwał ich z góry. A potem Pruszków i transport lorą w niewiadomym kierunku. "Może na mydło?" szeptali ludzie. Stłoczeni w wagonach, na stojąco, ona z dzieckiem na ręku przez 36 godzin. Córeczka chora, kaszle, krzyczy bez przerwy, smród odchodów, wszy; można oszaleć. Przyciskała wrzeszczącą Marysię, jakby ją chciała udusić. Może i chciała, to było piekło, mdlała ze zmęczenia. - Pewien mężczyzna jakimś cudem siedział: "Niech pani mi usiądzie na kolanach" powiedział. "Jak to? Przecież będą pana nogi boleć". "Niech się pani nie martwi. To protezy". Potem, podczas postoju, ten człowiek uciekł z pociągu, Jak mu się udało z tak wysoka skoczyć na tych protezach, nie mam pojęcia...

"Zakazane piosenki" i "Skarb"

Po wojnie w Krakowie, w Teatrze Starym, odkrył Danutę Szaflarska reżyser Leonard Buczkowsld. Zagrała główną rolę w pierwszym polskim filmie, dziś powiedzielibyśmy "kultowym". Obraz był pełen humoru sytuacyjnego i zarazem prawdziwej okupacyjnej grozy. To właśnie w nim padają słowa, które wypowiada dzielna łączniczka Halinka na wieść o śmierci narzeczonego: "Ja nie płaczę, ja śpiewam". - Wszystko było naprawdę - opowiada Danuta Halinka Szaflarska. - Graliśmy siebie, własny strach, powtarzaliśmy realne wydarzenia i odruchy, których jeszcze nie zdążyliśmy się pozbyć. Wtedy każdy hałas powodował, że przywierałam do muru, do ściany. Mieliśmy tę wojnę we krwi. Występowaliśmy w cywilnych ubraniach, ja w moich z trudem zdobytych sukienkach i czapeczce z an-tenką. Potem ludzie szeptali, że chodzę w kostiumie filmowym po ulicy; by wszyscy widzieli, że jestem tą słynną Halinką z "Zakazanych piosenek". Ten film przyniósł jej olbrzymią popularność i sławę na całe lata. Wraz z Jerzym Duszyńsldm stworzyli pierwszą parę amantów polskiego kina. Publiczność była przekonana, że są małżeństwem, a po ich następnym wspólnym filmie "Skarb" nikt już nie przyjmował do wiadomości, że zabójczo przystojny Jerzy jest poza ekranem mężem Hanki Bielickiej.

Portret wewnętrzny

Pierwszy numer dwutygodnika "Film" w 1946 roku umieścił twarz młodej Szaflarskiej na okładce. Jest tam wydrukowana data, cena (15 zł) i na całą stronę portret pięknej dziewczyny o pełnych ustach, wysokich brwiach, z włosami spiętymi spinką. - Eee... nigdy nie byłam piękna - twierdzi Danuta Szaflarska. - 155 centymetrów wzrostu i uważałam, że mam krzywe nogi. Ze sceny mogę tak wyglądać - przyznaje aktorka i cytuje pewną suflerkę teatralną, która nie mogła się nadziwić i pytała Szaflarską: "Jak ty to robisz, że jesteś w cywilu taka brzydula, a jak wchodzisz na scenę, to jesteś ładna?''.

Ale przecież była ładna. Smukła, drobna, sam urok i wdzięk. Chłopcy wciąż się wkoło niej kręcili. Z Janem Ekierem rozstali się dość szybko. "Zawód aktorski zagraża trwałości małżeństwa" mówiła w jednym z wywiadów prasowych. - Byłam gościem w domu. On, artysta, potrzebował opieki - dodaje dzisiaj. - Ręce, palce pianisty, to rzecz najcenniejsza, żaden wypadek nie może się przydarzyć. Bywało, że dźwigałam wiadra z węglem. Za to nigdy się ze sobą nie nudziliśmy. Pamiętam te artystyczne spory: on mówi, że pianistyka jest zawodem twórczym, a aktorstwo nie. Ja na to tłumaczę: "Ty masz nuty do grania, ja mam tekst do wygłoszenia i to, co każde z nas z tym zrobi jest twórczością".

Prac domowych nigdy nie lubiła, prasowania, gotowania. Codzienne, nudne, powtarzające się czynności przyprawiały ją w trudniejszych okresach o frustrację. Za to uwielbiała wędrować po górach, pływać jachtem, podróżować dokąd się dało i... latać. Kiedyś przyjaciel załatwił jej loty wojskowym samolotem. To był mały, otwarty aeroplan, gdzie pilot siedzi z tyłu za pasażerem. Maszyna wykonywała akrobacje, obracała się do góry nogami nad Polem Mokotowskim. - Śmiałam się tak, że kapitan myślał, iż zwariowałam - wspomina Szaflarska, - Janek to widział i nie mógł wyjść ze zdumienia, że robię takie niebezpieczne rzeczy, mając małe dziecko. "Możemy zostać razem - powiedział któregoś dnia jej mąż, wirtuoz fortepianu - jeśli rzucisz teatr". "Rzucę teatr - odparowała sławna polska aktorka - jeśli ty przestaniesz grać". Od drugiego swego męża Danuta Szaflarska także odeszła. Był spikerem radiowym. On także cierpiał, że żona, nawet gdy zapyta go o radę i tak robi tylko to, co sama uważa za słuszne. Druga córeczka Szaflarskiej, Agnieszka, w wózeczku, zaopatrzona w butelki z jedzeniem, jeździła z mamą do teatru.

Ja się przez was zabiję

Nigdy dla żadnego mężczyzny nie rzuciłaby teatru. Nigdy też nie zakochała się w żadnym aktorze. To Zelwerowicz nauczył swoich studentów traktować się wzajemnie jak bracia i siostry. - Teatr to choroba nieuleczalna, to pasja mojego życia - przyznaje pani Danuta. Jednocześnie (powtarzała to wielokrotnie dziennikarzom) zdecydowanie broniła swej prywatności. Nagabywana, odpowiadała zawsze to samo: "Miałam dwóch mężów, mam dwie córki, jesteśmy kochającą się rodziną. Koniec. Kropka. Reszta to moja sprawa".

Był okres, gdy nie obsadzano jej w filmie, bo emploi było nie dość robotniczo-chłopskie, a i ona nie widziała siebie w waciaku na traktorze. Wówczas grała tylko w teatrze. To były rozmaite role, zarówno dramatyczne jak i komediowe, w różnych teatrach, a najwięcej u Erwina Axera we Współczesnym. Twórca przyznał parę lal temu, że to najbardziej utalentowana aktorka nie tylko swojego pokolenia, do którego należały Mikołajska, Mrozowska, Śląska, "Każda jej rola błyszczy jak kryształ. Praca z nią należy do największych przyjemności reżysera. Ona jest tym kamertonem, który pozwala oceniać czystość gry całej orkiestry". Zawsze pragnęła, wychodząc z teatru po przedstawieniu, po próbie, wskoczyć natychmiast we własną skórę. Jednak okres obmyślania nowej roli przeżywała tak intensywnie, iż zdarzało jej się nieraz, gdy szła ulicą lub jechała w tłoku, że zapominała, gdzie jest. Kiedyś w takim napięciu rozważała pewien sceniczny szczegół - jak ma usiąść wypowiadając kwestię - że dopiero po dłuższej chwili zauważyła zdumienie pasażerów autobusu, obserwujących ją jak wciąż wstaje i na nowo siada, za każdym razem innym sposobem.

- Aktor nie powinien zatracać się w przeżywaniu - tak uważałam zawsze. Jednocześnie namiętności granej postaci udzielają się, aktor gra swoim wnętrzem, rola wchodzi mu w ciało, dopiero wtedy jest dobrze. Zdarzają się takie momenty, gdy to staje się niebezpieczne. W jednej ze scen, w "Ladacznicy z zasadami" Sartre'a, trzymała w ręku prawdziwy ciężki pistolet. Gdyby był drewniany... ale ona celowała w partnera z prawdziwej broni. Poczuła coś niesamowitego, coś, co się może czuje, chcąc zabić naprawdę. To był ułamek sekundy, a jednak przestraszyła się samej siebie. Bardziej typowe, mrożące krew w żyłach aktora chwile w teatrze to te, gdy zapomni się roli albo przewróci się na scenie. Wszystko to przydarzało się i Szaflarskiej. Parę lat temu w "Czarującym łajdaku", wywołana zza kulis przez Kobuszewskiego i jego sceniczną żonę, potknęła się o szynę spinającą dekoracje i padła jak długa na sam środek. Koledzy zamarli z przerażenia, ona zaś zawołała ze złością: "Ja się przez was zabiję!". A publiczność była przekonana, że o to właśnie w tej scenie chodziło.

Będę tańczyć w powietrzu

Od 1982 roku, od "Doliny Issy", Danuta Szaflarska bardzo często pojawia się na planie filmowym. Oprócz tego nie przestaje grać w teatrach, bywało, że w czterech jednocześnie. Jeździ z przedstawieniami za granicę, na festiwale, ostatnio z teatrem Grzegorza Jarzyny. Jej ulubioną filmową reżyserką jest Dorota Kędzierzawska, u której zagrała w "Nic" i "Diabły, diabły". Nagrodzono aktorkę za te role Złotymi Lwami w Gdyni, a reżyserka wyznała, że mogłaby paść przed nią na kolana. - Najbardziej lubię grać stare wiedźmy. A jak umrę, będę latać... - mówi Szaflarska, spoglądając filuternie. - Będę tańczyć w powietrzu, boja całe życie uwielbiałam tańczyć. Nawet podczas sprzątania wykonuję taneczne ruchy. To moja jedyna gimnastyka.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x