Artykuły

Cudowne wariactwa

- W dzisiejszych czasach zajmowanie się sztuką wachlarza jest absurdem. I to mi się właśnie podoba, że zajmuję się czymś, co jest nikomu do niczego niepotrzebne Moje wachlarze pobudzały moją wyobraźnię, analizowałam je, podobnie jak tekst literacki, i w ten sposób przybliżały się do mnie, ożywały- mówi MARTA STEBNICKA o swoim "Polowaniu na wachlarze".

Urocza jest ta Pani książeczka "Polowanie na wachlarze", której promocja odbędzie się dziś w krakowskiej PWST...

- Mnie też się podoba i jest dla mnie bardzo ważna.

Wachlarze, które zbierała Pani przez wiele lat zaprzyjaźniając się z tymi niecodziennymi przedmiotami, stały się pretekstem do podróży odbytej przez Panią w różne miejsca i epoki. Opowiadając o wachlarzach...

- ...opowiadam kawałek swojego życia. Tę książkę nazywam notatnikiem, sztambuchem. Sztambuchy rodzinne zawierają fotografie antenatów, moja książka zawiera fotografie wachlarzy i opisy moich z nimi spotkań. Zbierałam je przez czterdzieści lat i włączyłam do swojej rodziny. Z czasem część rozdałam, część się zniszczyła, bo używałam ich podczas prób ze studentami i przedstawień. Te eksponaty, które w kolekcji pozostały, przekazałam przed kilkoma laty szkole teatralnej.

"Dostał się w moje ręce biały, ze strusich piór, drżący jak motyl, schowany w szkielet z ażurowych pałeczek masy perłowej. Było to w roku 1949, na scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego w czasie próby sztuki Jarosława Iwaszkiewicza "Maskarada". Reżyserował Karol Frycz. Drugi wachlarz trzymała Halina Mikołajska. Machałyśmy tymi wachlarzami obie, ale widać nie tak, jakby życzył sobie reżyser" - to Pani opis pierwszego jej spotkania z wachlarzem. Już wtedy zachwycił Panią ten delikatny przedmiot?

- Tak, właśnie swoją kruchością, delikatnością. Pamiętam, jak wykwintnie, ruchami pełnymi gracji, poruszał nim Frycz. "Wachlarze - drogie panie - to nie krowi ogon, którym to zwierzę ogania się od much" - powiedział do nas wielki Karol Frycz i zaczął opowieść o tym niewielkim przedmiocie. Tę historię opisałam w pierwszym rozdziale mojej książki.

Dowcipna i wzruszająca zarazem jest też anegdota o pewnej paniusi, która wtargnęła do teatru na Pani próbę i rozłożyła na scenie swoją kolekcję lwowskich wachlarzy.

- Tak, dowiedziała się od kogoś, że je zbieram, więc postanowiła mnie odszukać. Aktorki, Ania Sokołowska i Marta Bizoń kupiły od niej bardzo piękne egzemplarze, a ja dostałam chyba ten najpiękniejszy.

Wraz z Panią i Pani wachlarzową "rodziną" odwiedzamy Kraków, Paryż, Londyn, Barcelonę, ale i Egipt...

- ...w którym nigdy nie byłam. Ale dzięki osobie prowadzącej bibliotekę archeologii śródziemnomorskiej UJ przeglądnęłam dziesiątki książek, albumów i rysunków dotyczących wachlarzy faraonów i teraz mogłam je opisać. Te najwspanialsze widziałam na wystawie w Londynie - w tym zachwycający "złoty wachlarz", atrybut władzy najwyższego kapłana.

Policzyła Pani te zebrane przez siebie "cudeńka"?

- Nie, nigdy. Moja kolekcja składa się z przeróżnych wachlarzy: kupionych, podarowanych i zrobionych specjalnie dla teatru, jak ten zmontowany z listów Berangera, a zaprojektowany przez Anię Sekułę do przedstawienia muzycznego, które robiłyśmy w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. Były to oczywiście kopie listów kompozytora ułożone półkoliście i spięte starą, srebrną, grawerowaną łyżką.

Wyróżnia Pani jakiś jeden - najukochańszy, najpiękniejszy i najbliższy sercu wachlarz?

- Nie, wszystkie są dla mnie ważne, bo z każdym z nich spotkałam się w ważnym momencie życia. Jeden z piękniejszych podarowałam Eli Zającównej. Szczególnie mi bliski, to zapewne ten teatralny, przedstawiający stu piętnastu najwybitniejszych lwowsko-krakowskich aktorów, począwszy od Heleny Modrzejewskiej. Portrety tej aktorskiej rodziny, moich teatralnych antenatów, wydrukował Stanisław Kocher ze Lwowa. Wachlarz dostałam od Jadwigi Woycickiej, żony kierownika literackiego Teatru im. Słowackiego. Poszedł w znakomite ręce - podarowałam go Andrzejowi Sewerynowi. A on powiesił go w swojej paryskiej garderobie "Comedie Francaise".

Lubi Pani kolekcjonować "różne różności"?

- Zbieractwo to wspaniały sposób na życie. Kolekcjonując jakieś przedmioty, stwarzamy sobie odrębny świat, niezależny od wszystkiego, co się wokół dzieje. To daje poczucie wolności. Należę do pokolenia wojennego i zbieractwo często ratowało mnie w różnych trudnych sytuacjach. Moje wachlarze pobudzały moją wyobraźnię, analizowałam je, podobnie jak tekst literacki, i w ten sposób przybliżały się do mnie, ożywały. W dzisiejszych czasach zajmowanie się sztuką wachlarza jest absurdem. I to mi się właśnie podoba, że zajmuję się czymś, co jest nikomu do niczego niepotrzebne. Cudowne, naprawdę cudowne wariactwa ofiarowuje nam pasja zbieractwa. I to mnie zachwyca.

Nie piknęło Pani serce, gdy przekazywała kolekcję krakowskiej szkole teatralnej?

- Nie, bo ja się już tymi wachlarzami nacieszyłam. A szkoła zawsze była dla mnie miejscem bardzo ważnym, przeżyłam w niej połowę życia i zawsze było mi tam dobrze. Od pewnego czasu wszyscy, od portierów po zespół administracyjny, wciąż pytali: "Co z tymi wachlarzami, pani Martusiu?" No, więc podarowałam je, niech cieszą innych i niech będą jakimś pozostawionym po mnie śladem. A jeśli Szanowni Czytelnicy "Dziennika Polskiego" zechcą bliżej poznać losy mojej wachlarzowej "rodziny", to zapraszam w poniedziałek, 3 marca, o godz. 19 do szkoły teatralnej na promocję mojej książki.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x