Artykuły

Śrubka na pożegnanie

Była dumna, że Jej zespół tańczy, śpiewa i stepuje na przeróżnych spotkaniach towarzyszących festiwalom na całym świecie. Nawet była podekscytowana krótkimi, a czasami burzliwymi romansami, które wybuchały między członkami świeżo spotkanych zespołów aktorskich - LEOKADIĘ SERAFINOWICZ, wieloletnią dyrektor Poznańskiego Teatru Lalek i Aktora "Marcinek" wspomina Krzysztof Deszczyński, były aktor "Marcinka".

Zmarłą 24 listopada wybitną reżyser i wieloletnią dyrektor Poznańskiego Teatru Lalek i Aktora "Marcinek" Leokadię Serafinowicz [na zdjęciu] wspomina impresario Krzysztof Deszczyński, aktor "Marcinka" w latach 1968-1982:

Poznałem Leokadię Serafinowicz w sierpniu 1968 roku. We wrześniu rozpocząłem pracę w zespole artystycznym Poznańskiego Teatru Lalki i Aktora "Marcinek" w charakterze adepta. Od momentu kiedy poznałem poniższy wiersz z Piwnicy pod Baranami, chciałem Pani Dyrektor ten tekst powiedzieć. Dla żartu. Mieliśmy przy św. Marcinie teatralny klub. Grywał tam Jerzy Milian, autor muzyki do musicalu "Tygrysek" H. Januszewskiej. Opijaliśmy tam premiery. Witaliśmy gości z całego świata. Po każdym powrocie z zagranicznego tournee opowiadaliśmy kolegom, dziennikarzom, przyjaciołom teatru jak było. Żarty. Anegdoty. Było wesoło i miło. Antek Kończal śpiewał słynną "Inez" Pawluśkiewicza, Alek Zwierzyński parodiował siebie: chórzystę z opery. A ja ciągle marzyłem, żeby powiedzieć wierszyk "Leokadia". Byłem wielokrotnie bliski tego momentu. Im dłużej byłem w teatrze, im dłużej znałem panią Leokadię, tym trudniej było z decyzją. Wiedziałem, że lubi żartować. Że ma duże poczucie humoru. Jest skora do zabawy.

Była dumna, że Jej zespół tańczy, śpiewa i stepuje na przeróżnych spotkaniach towarzyszących festiwalom na całym świecie. Nawet była podekscytowana krótkimi, a czasami burzliwymi romansami, które wybuchały między członkami świeżo spotkanych zespołów aktorskich. A jednocześnie wierzyła, że Jej aktor w czasie próby "Wesela" Wyspiańskiego, mówiąc tekst: "ogniem piernął, ogniem błysnął"... puścił bąka i to głośno. Wierzyła w to święcie. Opowiadała ten tekst jako anegdotę, towarzyszącą próbom do premiery "Wesela" w scenografii J. Berdyszaka, z muzyką Z. Bujarskiego. Henryk Jurczak grał Wojtka. Próbę mieliśmy w garderobie. Stara kochana garderoba przy św. Marcinie. Podłoga lśniła mahoniową pastą. Heniu siedział na podłodze i mówiąc tekst o Wernyhorze, jak to ogniem piernął, poruszył nogą. Pociągnął podeszwą po mahoniowej paście i efekt był bezwonny, acz piorunujący. Uwierzyła i koniec. Taka była.

Szanowana w środowisku, elegancka, znała francuski. Nie przeklinała. Nie pamiętam, by jakieś niecenzuralne słowo wyrzuciła z siebie w chwili wzburzenia. Ale też nie gorszyła się, gdy ktoś rzucił "wiązankę".

Ostatnie próby "Wesela". Ustawianie świateł. Późna godzina, wszyscy zmęczeni. Aktorzy trzymaniem lalek, realizatorzy oporem materii. Serafinowicz i Berdyszak świadomi naszego zmęczenia, mimo wszystko ciągle szukają odpowiedniego światła. Lalki były zrobione ze słomy, białe okotarowanie. Trudna ekspozycja. Trochę światła i wszystko jasne. Nasz elektryk Stanisław Sabiniewicz to był mistrz. Mistrz od światła i poczucia humoru. Powtarzał ciągle: "Lenin mówił, że najważniejsza jest elektryfikacja, bo elektryfikacja to postęp"... Tak zwanych punktów świetlnych w naszym starym Marcinku było mało. Stara nastawnia na tyrystorach. Nagła zmiana światła, marzenie inscenizatorów, była niemożliwa do wykonania. Pani dyrektor z głębi mrocznej, oświetlonej tylko małą lampką widowni, woła: "Panie Stasiu, jeszcze niech Pan zapali po prawej stronie, tam na Rachelę"...cisza..., światło nie wchodzi. Pani dyrektor powtarza prośbę. My na scenie słyszymy sapanie Stasia, który okrągły był. Berdyszak woła "Stasiu na Rachelę". Stasiu sapie, zsuwa się powoli po stromej drabinie z nastawni na scenę. Wchodzi na nią i swoim charakterystycznym tenorem mówi "Co? Jeszcze jedną? Chyba sobie w d... wkręcę!". Koniec próby. Żart udany. Wszyscy w dobrych humorach opuszczamy teatr.

Byliśmy kiedyś w Wielkiej Brytanii. Cały miesiąc z "Don Kichotem" wg Cervantesa. Graliśmy w małym miasteczku w północno-wschodniej Walii o nazwie Mold. Mold to ośrodek administracyjny hrabstwa Flintshire. Królowa Wielkiej Brytanii zbudowała w tym miasteczku supernowoczesny teatr. Mamy rok 1978 lipiec i teatr, w którym komputer decyduje, kiedy zapala się reflektor i który oraz kiedy w głośnikach pojawia się dźwięk. To był koszmar. "Bianko" i "najn" sromotnie przegrało z techniką. Leokadia Serafinowicz nie mogła zrozumieć, jak można spektakl teatralny zapisać w komputerze na podstawie czasu trwania przedstawienia. Wprowadzanie danych do komputera trwało wieczność. W rezultacie graliśmy bez próby. Nasz brak znajomości współczesnej, nowoczesnej techniki zjadł nam wszystkie nerwy. W czasie spektaklu światło pojawiało się nie w tym momencie Gdzie zawsze. Muzyka wchodziła nie wtedy, kiedy miała się pojawić. W tym świecie Serafinowicz i Sabiniewicz, którzy mogli sobie wszystko powiedzieć, byli przegrani. Właśnie w takiej atmosferze po przedstawieniu, rozmawiałem z Sabiniewiczem o Leokadii. Chciałem ten tekst powiedzieć, by zmienić nastrój. Przejść w nasz świat tyrystorów i śrubek. Mówił: "Krzyś, wal śmiało. Dyrektorce też się jakiś żart należy". Nie powiedziałem. Nie powiedziałem nigdy. Im byłem starszy, tym bardziej świadom wielkości Leokadii. Szacunek do artysty, mojego przewodnika po świecie sztuki teatralnej i świecie w ogóle. Gdy dowiedziałem się, że Leokadia Serafinowicz umarła, pomyślałem, że to ostatnia szansa, żeby powiedzieć "ja Ci śrubkę wkręcę w radio", no to mówię...

"Mej miłości chcę Ci dać próbkę / Stoję w oknie, błagam Cię nocą / Ach pozwól w radio wkręcić Ci śrubkę / Sam nie wiem po co".

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x