Artykuły

Nowy Jork. Monumentalna "Wojna i pokój" w MET

Metropolitan Opera rozpoczęła sezon przedświąteczny monumentalną inscenizacją "Wojny i pokoju" Sergiusza Prokofiewa. W operze bierze udział 52 solistów śpiewających 68 ról, 118 chórzystów, 41 tancerzy, 227 statystów w 1200 kostiumach oraz jeden koń. Inscenizacja trwa cztery godziny, a większość scen rozgrywa się na kopule imitującej wzgórze.

To nie pierwszy raz, kiedy Metropolitan Opera wystawia epickie arcydzieło Prokofiewa. Jego inscenizacja z 2002 roku, która powstała we współpracy z petersburskim Teatrem im. Kirowa, była kamieniem milowym dla Matropolitan Opera oraz Walerija Giergiewa, który stanął na czele produkcji oraz, z absolutną pewnością siebie, dyrygował gigantyczną partyturą.

Jak entuzjaści nowojorskiej opery zapewne pamiętają, w 2002 r. premierę "Wojny i pokoju" w reżyserii Andrieja Konczałowskiego zakłócił wypadek. W ostatniej scenie, statysta wcielający się w rolę żołnierza armii napoleońskiej, wycofującej się w trakcie burzy śnieżnej, poślizgnął się i spadł, zatrzymując się na chwilę na specjalnie zainstalowanej siatce bezpieczeństwa, po czym runął do fosy orkiestry.

Wypadek ten wywołał obawy dotyczące bezpieczeństwa scenografii zaprojektowanej przez George'a Tsypina, zdominowanej przez wzniesienie o stromych zboczach z obracającym się wierzchołkiem. Akcja opery - obejmującej 13 scen oraz chóralny epigraf - przenosi się z sal balowych Petersburga i Moskwy na pola bitwy w czasie nieudanej kampanii napoleońskiej w Rosji w 1812 r. - czyli w zasadzie rozgrywa się na szczycie wzgórza.

Tym razem jednak jedyną rzeczą, jaka wylądowała w siatce bezpieczeństwa, był wałek z salonowej sofy. I żeby oddać sprawiedliwość ekipie - takie wypadki jak ten z premiery w 2002 r. już się nie powtórzyły.

Jednakże kopuła na scenie nadal stanowi element problematyczny. Z jednej strony umożliwia stworzenie uderzających obrazów, takich jak ten, gdy w pierwszej scenie książę Andriej Bołkoński zauważa Nataszę, przepiękną córkę hrabiego Rostowa, stojącą na balkonie swojej sypialni i zastanawia się, czy to właśnie ta młoda kobieta uratuje go z głębin egzystencjalnej filozoficznej rozpaczy. Kiedy stoi na szczycie kopuły, mając za sobą rozświetlone gwiazdami niebo, młody charyzmatyczny baryton Aleksiej Markow, ekscytujący śpiewak o aksamitnym głosie debiutujący na deskach Metropolitan Opera, wygląda przejmująco bezbronnie, niczym Mały Książę Saint-Exupéry'ego na swojej opuszczonej planecie.

A kiedy kopuła pokryta jest chropowatymi szarymi matami, mającymi przypominać wzgórza i pył, sprawia, że sceny bitewne wydają się bardziej realistyczne. Z drugiej zaś strony, kiedy aktorzy poruszają się ostrożnie po scenie, wyglądają, co zrozumiałe, na nieco wystraszonych. Oglądamy więc wzruszające wykonanie monumentalnego dzieła, a jednocześnie nie możemy się pozbyć obaw o bezpieczeństwo jego uczestników.

Rosyjska epopeja narodowa w wersji śpiewanej

Prokofiew zmuszony był brutalnie skrócić powieść Lwa Tołstoja. W pewnym sensie ideą opery było przedstawienie serii wymownych scen, zrozumiałych dla publiczności doskonale znającej dzieło. Prokofiew miał kłopoty z napisaniem partytury, tworząc kilkanaście wersji, począwszy od wczesnych lat 40., aż do swojej śmierci w 1953 roku.

Długie wywody Tołstoja na temat wojny i historii zastąpione zostały poruszającymi refrenami Rosjan przysięgających bronić swojej ojczyzny oraz scenami bitewnymi, włącznie z wybuchającymi bombami, wyrzucającymi w powietrze ziemię i ciała żołnierzy w najnowszej inscenizacji. Tragizm podkładu muzycznego towarzyszącego tym epizodom dodaje wzniosłości operze.

Podczas intymnych scen zalotów i życia towarzyskiego, postacie Prokofiewa rozmawiają ze sobą w lirycznych frazach pełnych dwuznaczności, ulotnych, powściągliwych, lecz przejmujących. Daje się również wyczuć ironiczny podtekst w warstwie muzycznej, naśladujący ton narracji Tołstoja.

Poza debiutem Aleksieja Markowa, także urocza młoda sopranistka Marina Popławskaja po raz pierwszy stanęła na deskach Metropolitan Opera, i to z dużym sukcesem. Zaśpiewała ona partię Nataszy, głębokim i wzruszającym głosem, chwilami o chłodnym zabarwieniu. Jej duety z młodziutką Sonią, kuzynką Nataszy, w którą wcieliła się obdarzona słodkim głosem mezzosopranistka Jekatierina Siemienczuk, były porywające.

Angielski tenor Kim Begley nie dał się przytłoczyć rosyjskim śpiewakom, wcielając się, w sposób poruszający, w hrabiego Pierre'a Bezuchowa, przedmiot docinków snobistycznego petersburskiego towarzystwa ze względu na tuszę, zamiłowanie do książek oraz przyzwoity charakter. Jednakże to właśnie Pierre podejmuje najbardziej heroiczne działania, gdy jego ojczyźnie i najbliższym grozi niebezpieczeństwo w wyniku inwazji napoleońskiej. Innym śpiewakiem spoza Rosji, niebojącym się wyzwań, jakie niesie ze sobą "Wojna i pokój", był urodzony w Kansas weteran scen operowych, bas Samuel Ramey. Ponownie wcielił się on w rolę ogorzałego feldmarszałka Kutuzowa, przywódcy armii rosyjskiej. Ostatnio w głosie Rameya wyraźnie słychać drżenie, ale nadal potrafi elektryzować widownię mrożącą krew w żyłach siłą i powagą.

Kalendarz Walerija Giergiewa jest jak zwykle napięty. Kursuje on między Nowym Jorkiem a Waszyngtonem, gdzie w Centrum Kennedy'ego występuje Teatr im. Kirowa. Jednakże nie ma drugiego dyrygenta, który z podobnym wyczuciem i pasją podchodziłby do takich dzieł jak "Wojna i pokój". Giergiew sprawił, że orkiestra nowojorskiej opery, chór i niezliczona obsada wykonali swoje partie w sposób porywający i emocjonujący, nawet jeżeli chwilami nierówny.

Spójrzmy na operę z innej strony. Mimo, że scenografia wymaga od obsady wytrzymałości fizycznej, by utrzymać równowagę stojąc na kopule, to do czasu, gdy przedstawienie zejdzie z afisza, zarówno śpiewacy, jak i chórzyści czy statyści, na pewno wyrobią sobie mięśnie łydek.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x