Artykuły

Jubileusz Józefa Szajny

- Jestem człowiekiem pewnej integracji, nie potrafię być tylko reżyserem, tylko aktorem, nie potrafię być tylko autorem dramatu, ale łączę te rzeczy. Słowo zamieniam w obraz, obraz w życie, a życie w teatr - mówi scenograf, reżyser JÓZEF SZAJNA.

Skończył właśnie 85 lat, obchodzi jubileusz 60-lecia pracy artystycznej. W tym roku mija również 35 lat od chwili, kiedy stworzył Centrum Sztuki Studio. 19 marca w Teatrze Studio odbędzie się jubileuszowy wieczór Józefa Szajny.

Do Warszawy przyjechał w 1971 roku. Powierzono mu dyrekcję Teatru Klasycznego, który mieścił się w Pałacu Kultury i Nauki. Na afiszu królowały lektury szkolne, spektakle muzyczne. A Józef Szajna całkowicie to miejsce odmienił. Nie tylko zmienił nazwę na Studio. Otworzył tu galerię, urządzał pokazy filmowe, koncerty, a jego głośne spektakle jeździły po całym świecie.

Dorota Wyżyńska: Jakie miał Pan obawy, obejmując w 1971 roku dyrekcję Teatru Klasycznego?

Józef Szajna: Propozycję przyjazdu do Warszawy przyjąłem z dystansem. Urodzony w Rzeszowie, dobrze czułem się w Krakowie i w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie. Wiedziałem, że muszę dbać o swoją niezależność twórczą, a przyjeżdżając do stolicy, ryzykowałem.

Kiedy Gierek doszedł do władzy, uznano, że potrzebne są zmiany w kulturze. Tłumaczono mi: "Warszawa popadła w kulturalną mulinę. Chciała odnowy artystycznej, ale jednocześnie się przed tym broniła. Słowo "odnowa" było przyjmowane z zadowoleniem, nowatorstwo - również, ale awangarda - niech pan Bóg broni.

A Pan właśnie chciał do Teatru Klasycznego wprowadzić "awangardę"?

- Wokół mnie przez wiele lat przewijały się różne pojęcia, aż dorobiłem się jednego: "artysta kontrowersyjny".

W Nowej Hucie dostawałem baty za to, że teatr nazywa się Ludowy, a ja czyniłem go awangardowym. Kiedy trafiłem do Teatru Klasycznego, obawiałem się, że będę musiał uprawiać teatr lektur szkolnych.

Jedno słowo, które do dziś z trudem przechodzi mi przez usta, to kompromis. Rozwiązanie było proste, zmienić nazwę teatru i jego strukturę.

Długo myślałem, jaką nazwę przyjąć, wszystko wydawało mi się zbyt wyszukane albo ograniczające. I wtedy zaczęło chodzić mi po głowie pojęcie "studyjny", "studio". Teatr Klasyczny nazywał się wcześniej Teatrem Młodej Warszawy, był adresowany do studentów. Po nawiązaniu do charakteru tamtej sceny, nazwałem go Studio. Teatr galeria z programem Centrum Sztuki. Tutaj powstało też Studium Scenografii ASP w Warszawie.

Trudno było zmienić Teatr Klasyczny w Studio? Jak przyjął Pana zespół aktorski?

- Człowiek, który ma obawy, staje się odważny. A ja tego zespołu nie znałem. Wiedziałem, że od niego zależę. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz przekraczałem mury PKiN, moją uwagę przyciągnął rozlepiony na drzwiach plakat śpiewogry: "Dziś do ciebie przyjść nie mogę". Ja dałbym inny tytuł: "Dziś do siebie przyjść nie mogę".

Nie wszyscy się ze mną zgadzali. Ale to przejście z Teatru Klasycznego do Studia - mam dziś wrażenie - odbyło się w sposób naturalny. I w Teatrze Studio pojawił się zalążek sztuki nowoczesnej. Mieliśmy galerię, odbywały się koncerty, projekcje filmowe, doszło nawet do wymiany kulturalnej z zagranicą, co było rzadkością w tamtych czasach.

Pana głośny spektakl "Replika" powstał na zamówienie festiwalu w Edynburgu. Był rok 1972.

- Stało się to po wielkim sukcesie mojej kompozycji przestrzennej pt. "Reminiscencje" w 1970 r. prezentowanej na światowej wystawie biennale w Wenecji

To był ewenement w tamtych czasach. Spektakl powstał na zaproszenie, dlatego że chciał go Zachód zobaczyć. "Replikę" próbowaliśmy w wolnym czasie wakacyjnym. Aktorzy pracowali po godzinach, bez dodatkowych honorariów, poza repertuarem teatralnym. To był nasz międzynarodowy sukces, aktorów i mój.

Jak wyglądały próby "Repliki"?

- Na próbach rodził się scenariusz, uzgadniałem go z aktorami. Miałem w głowie kolejne sceny, ale one powstawały tak naprawdę dopiero w zetknięciu z żywym człowiekiem. Na jednej z pierwszych prób powiedziałem: "zaczniemy nie od tworzenia teatru, ale od skreślania wszystkiego, co jest teatrem tradycjonalnym. Redukowaliśmy tekst, szukaliśmy słów w aktorze, w jego ciele. Wybitny twórca teatru pantomimy Henryk Tomaszewski powiedział mi kiedyś, oglądając "Replikę": to nie jest pantomima, to czysty dramat - esencja teatru.

Zespół polubił naszą współpracę. Miałem ich oddanie i wierność. Czułem się członkiem zespołu, a nie dyrektorem i reżyserem. Raczej aktorem, kolegą. Wiedziałem, czego chcę.

Zauważyłem kiedyś, że aktorzy nie słuchają moich słów, oni na mnie patrzą. Ktoś mi powiedział: "więcej czytamy z ciebie niż ze słów, które wypowiadasz".

Miałem w zespole uroczą aktorkę, która debiutowała jeszcze przed wojną, panią Lothe-Stanisławską. Odchodząc na emeryturę, a było to w momencie, kiedy ja odchodziłem z Teatru Studio w stanie wojennym, rezygnując z tzw. stanowiska publicznego, powiedziała: "Ja ci jednego tylko zazdroszczę: tych ról, które zagrałeś w naszym teatrze". To był dla mnie komplement. Rzeczywiście trzeba mieć duszę aktora, żeby brać się do reżyserii. Tego wcześniej nie wiedziałem.

Jestem człowiekiem pewnej integracji, nie potrafię być tylko reżyserem, tylko aktorem, nie potrafię być tylko autorem dramatu, ale łączę te rzeczy. Słowo zamieniam w obraz, obraz w życie, a życie w teatr. I stąd jest te-art - "studio dramatyczne", które żyje 35 lat i łączy teatr ze sztuką.

Jak władza odbierała wtedy Pana awangardę?

- Nie widywałem w moim teatrze generałów czy polityków, więc czułem się wolny, niezależny. Władzy wystarczyło, że cenzura dopuściła do premiery scenariusz. A z tym też miałem łatwiej niż inni. Cenzor był od skreślania słów. Mogłem się na to godzić, bo wiedziałem, że jeśli czegoś nie powiem, bo zostało skreślone przez cenzora, to zawsze mogę pokazać to na scenie.

Kłopoty, które mieliśmy z cenzurą, dziś wydają się banalne. Pamiętam, jak cenzor przyczepił się, że w "Cervantesie" aktor nie mówi "giermek", tylko "gierek". "Proszę mówić wyraźnie, że chodzi o giermka, a nie o Gierka" - pouczał.

Nie podobał się wydźwięk spektaklu "Gulgutiera". A zwłaszcza wątek, że telewizja przyjeżdża do artysty, by osądzić jego dzieła. Dopatrzono się oczywiście mojego krytycznego stosunku do cenzora i polityki kulturalnej. Ale nie to jest najistotniejsze w moim dorobku, ale wystawy, spektakle i wymiana kulturalna z zagranicą. Byliśmy obecni na wielu międzynarodowych festiwalach.

O czym marzy Pan na swój jubileusz?

- Obchodów jubileuszu w ogóle się nie spodziewam. A moje marzenia? Coraz częściej zastanawiam się, co stanie się z moim dorobkiem. Przez ostatnie kilka lat próbuję go uporządkować. Przeglądam stare pisma, recenzje, wywiady. Jestem zajęty, bo mam w tej chwili wielką wystawę w Berlinie. Wystawę, która mówi o Pojednaniu. Nie chodzi tylko o pojednanie Polaków, Niemców, Żydów, Rosjan, ale w ogóle ludzi na świecie. Abyśmy bez urazy, selekcji podchodzili do drugiego człowieka. Tego nauczył mnie Oświęcim. Że ludzie są ludźmi, niezależnie od przekonań, człowiek jest podmiotem, a nie przedmiotem świata. Jubileusz to taki dziwny moment. Żyję, spełniam się, a jedynym moim celem jest odwieczna drabina do nieba i wznoszenie przez zwiedzających Kopca w Oświęcimiu. Dla pojednania nie wystarczy modlitwa i zapalone świece. Bądź aktywny. O sztuce porozmawiamy w przyszłości, może jutro.

***

Józef Szajna

Urodzony w 1922 r. wybitny malarz, pedagog, scenograf i reżyser teatralny, autor szczególnego języka scenicznego - plastycznego teatru wizji. Jego prace stale były obecne na międzynarodowych wystawach i festiwalach. Należy do pokolenia artystów, na których twórczości wyraźne piętno odcisnęły wojenne traumy. W obozach spędził pięć lat. Temat ten powraca w jego spektaklach.

Absolwent ASP w Krakowie, od 1955 r. był związany z Teatrem Ludowym w Nowej Hucie, pracował też w teatrach: Starym w Krakowie, Śląskim w Katowicach, Współczesnym we Wrocławiu, a potem Centrum Sztuki "Studio", które sam stworzył. Tu powstały jego głośne spektakle, m.in.: "Replika", "Dante", "Cervantes", "Witkacy". W ostatnich latach pracował głównie za granicą. W Berlinie można oglądać wystawę jego obrazów, grafik i instalacji pt. "Czy ktoś jeszcze słucha?" poświęconą tragedii Holocaustu.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x