Artykuły

Londyński sukces Krakowian

Zespół Starego Teatru z Krakowa występował w czerwcu br. w Londy­nie, w Aldwych Theatre, z przedsta­wieniem "Biesów" w reżyserii An­drzeja Wajdy. Poniżej zamieszczamy omówienie tych występów. W drodze powrotnej zespół zatrzymał się na parę dni w Zurychu, w Szwajcarii, na zaproszenie tamtejszego Schauspiel­haus, dając przedstawienia równie entuzjastycznie przyjęte przez pu­bliczność i krytykę.

"Jaka szkoda, że teraz trzeba będzie czekać cały rok do następnego festiwalu", koń­czył londyński "Times" re­cenzję z występów Starego Teatru na scenie Aldwych. A i wie­le innych recenzji twierdziło, że przedstawienia polskiego zespołu by­ły szczytowym momentem festiwalu pod nazwą Sezon Teatru Światowego, który co roku o tej porze daje pu­bliczności londyńskiej możność obej­rzenia ciekawych przedstawień spro­wadzanych z całego świata. Jeden z krytyków pisał nawet, że przedsta­wienia "Biesów" były nie tylko naj­lepszą pozycją festiwalu, ale po nich "długo, długo nic". Sukces Starego Te­atru, Wajdy i aktorów jest w świetle recepcji spektaklu przez tutejszą publiczność i krytykę bezsporny i pi­sząc o nim nie trzeba robić kurtua­zyjnych uników, cytować starannie dobranych wyjątków. Przeciwnie, na dobrą sprawę można by wszystkie bez wyjątku recenzje przytaczać w całości dla ukazania rozmiarów tego sukcesu. Czy oznacza to, że składały się one z samych pochwał? Bynaj­mniej, ale zastrzeżenia były typu szukania dziury w całym, dotyczyły kwestii ogólnych, takich jak ta, czy {#au#199}Dostojewski{/#} da się w ogóle przenieść na scenę, nigdy natomiast nie kie­rowały się przeciw inscenizacji, ak­torstwu czy scenografii. Nawet ci re­cenzenci, którzy wysuwali wątpliwo­ści w odniesieniu do adaptacji, i za­stanawiali się nad celowością subie­ktywnej wizji reżysera, zaniedbują­cego obyczajową i epicką stronę dzie­ła, stwierdzali następnie sami, że tyl­ko tak wysoki poziom inscenizacji sprawia, iż warto się zastanawiać nad subtelnościami wyższego rzędu. Zresztą nawet i kontrowersyjna su­biektywność ujęcia inscenizatorsko-adaptacyjnego dla niektórych obser­watorów stanowiła zaletę. Krytyk dziennika "Guardian" napisał wprost: "W koncepcji Wajdy szczególnie podo­ba mi się to, że zarzucił mozolne prze­dzieranie się przez te wielką powieść i dał zamiast tego kontrowersyjną, subiek­tywną wizję".

Na sukces polskiego zespołu złoży­ło się kilka przyczyn. Może mniej ważną z nich były sprzyjające oko­liczności zewnętrzne. Festiwal był nierówny, a ponadto zaznaczyło się na nim przesycenie pewnym typem teatru i pojawienie się czegoś cał­kiem odrębnego na zakończenie było akcentem nader pożądanym. Z przed­stawień tegorocznych chyba tylko hiszpański zespół Nuria Espert z "Yermą" Lorki w reżyserii Victora Garcia - ostrą interpretacyjnie, gwałtowną i śmiałą wizualnie - od­niósł pełny sukces jako teatr nowo­czesny. Bo na przykład neapoli­tański teatr Eduardo de Filippo, do­skonały w swym rodzaju, nie ma je­dnak - mówiąc skrótowo - najwyż­szego pułapu sztuki teatralnej i był zresztą reprezentowany na londyńs­kim festiwalu nie po raz pierwszy. Zespół Zulusów z Natalu okazał się "cepeliowski" i brakowało mu auten­tyzmu: tańce murzyńskie były dobre, ale służąca im za kanwę, oparta na "Makbecie" sztuka "Umabatha" nu­żyła. Grecki Teatr Narodowy z "Ore­steją" okazał się dość konwencjonal­ny. Zaś poprzedzający bezpośrednio występy Starego Teatru hinduski te­atr Kathakali z dwunastoma sztuka­mi cyklu "Ramajany" i "Mahabha­raty" był niewątpliwie autentyczny, ale też i hermetyczny (żeby nie po­wiedzieć - muzealny). Ten, kto stu­diuje teatr hinduski, miałby - jadąc na stypendium do Indii - pożytek z jego obejrzenia, dla szerszych rzesz współczesnej publiczności teatralnej jest to propozycja mniej atrakcyjna i na niektórych przedstawieniach sa­la świeciła pustkami.

Druga okoliczność zewnętrzna sprzyjająca Staremu Teatrowi to - Dostojewski, autor bardzo tu popu­larny. Może więc i on sprawił, że wszystkie przedstawienia były wyku­pione z góry. Niemniej jednak, źle zagrany Dostojewski byłby przyjęty źle i nie uratowałby zespołu od klę­ski.

Sukces był jednak absolutny i cał­kowity. A to zawdzięczać należy głównie świetnej inscenizacji i jej wykonawcom. Takie wrażenie od­niosłem osobiście i obserwując wi­dzów, których spontaniczna reakcja była wyrazem zachwytu i entuzjaz­mu rzadko spotykanego w tutejszych teatrach. Myślę, że zamiast dokonać własnej analizy znanego czytelnikom "Życia" spektaklu, zrobię lepiej przytaczając opinie trzeźwych krytyków angielskich, którzy - ręczę za to - nie zostawiliby na przedstawieniu su­chej nitki, o ile by im się nie podo­bało. Pisząc na świeżo, dostęp mam zresztą do szybszych i bardziej spon­tanicznych recenzji w dziennikach i raz na tydzień ukazujących się pis­mach niedzielnych (rzadko się jednak zdarza, żeby oceny w nich zawarte odbiegały radykalnie od osądów pra­sy tygodniowej czy miesięcznej).

Jak już wspomniałem, krytycy zaj­mowali się sporo stosunkiem ujęcia tekstowego Wajdy do powieści Do­stojewskiego, a niektórzy również tym, jak się ma ono do adaptacji {#au#321}Ca­musa{/#}, która posłużyła polskiemu re­żyserowi za punkt wyjściowy. Kry­tyk teatralny "Timesa", Irving War­dle, po zanalizowaniu różnic między tymi wersjami i wskazaniu na ele­menty pominięte w teatralnym opra­cowaniu Wajdy, dochodzi do wnio­sku:

"Lepiej cieszyć się z tego, co jest, niż ubolewać nad tym, czego nie ma. Insce­nizacja ta nastrojona jest na groteskowe okropności książki i gwałtowne kolizje nastrojów, a w tym zakresie oddaje im pełną sprawiedliwość. Dotyczy to również rozwiązania akcji. Inscenizacja jest ró­wnież, w wyznaczonych sobie granicach, absolutnie konsekwentna. Postacie żyją w chorym i rozpadającym się świecie, a po­czucie barbarzyńskiego regresu zaznaczo­ne jest także poprzez dekoracje i kostiu­my... Do tego dodać należy filmowy zmysł konstrukcyjny: krótkie sceny łączą się na zasadzie kontrastujących obrazów i tematów... Inscenizacja podbudowana jest również wspaniałą współgrą Stawrogina i Piotra w wykonaniu Jana Nowickiego i Wojciecha Pszoniaka".

Wardle daje następnie pełen entuzjazmu opis gry i charakterystycznych cech obu aktorów, wymieniając także Andrzeja Ko­zaka (Kiryłowa).

Recenzent popularnej wieczorówki "Evening Standard", Milton Shul­man, narzeka na adaptację:

"Akcja rozwija się zbyt niezgrabnie i skrótowo, aby dać nam coś, co zbliżałoby się do sedna i esencji powieści".

Jednocześnie jednak pisze:

"Jako teatr 'Biesy' (w inscenizacji Waj­dy) przez cały czas przykuwają uwagę, fascynują, nawet przerażają... Zespół ten obfituje w aktorów, którzy potrafią oddać zarówno szerokie gesty jak i melodrama­tyczne niuanse, których postacie Dosto­jewskiego wymagają".

I znowu następują konkretne pochwały pod adresem Nowickiego, Pszoniaka, a także Izabeli Olszewskiej (Maria Lebiad­kin).

Podobnie jak szereg innych recen­zentów, Peter Lewis w "Daily Mail" poświęca wiele miejsca opisowi nie­samowitej aury audio-wizualnej przedstawienia twierdząc, że Wajda stworzył

"potężny, lecz bezkształtny kawał te­atru", "poszczególne sceny docierają do widza z jasnością, jak błyskawice z piorunowej chmury".

"zespół Krakowski... jest najwyraźniej bardzo utalentowany... szkoda jednak, że przywieźli nam próbę wystawienia na sce­nie tego, co się wystawić nie da, choć nie­mal im się to udało".

Ciekawe, że recenzent "Guardia­na", Michael Billington, zaczyna swe uwagi od podobnego co Lewis poró­wnania, pisząc, że patrzenie na kra­kowskie "Biesy" jest

"jak czytanie Dostojewskiego przy świetle - błyskawic. Jest to świetna in­scenizacja, pod jednym warunkiem: że się zna wątek już przedtem".

O ile adaptacja Camusa pełniej u­kazuje postacie poboczne i dokładniej oddaje potraktowanie przez Dosto­jewskiego działań nihilistów rosyjs­kich, to jednak

"szaleńcza metoda Wajdy doskonale u­chwyciła dyszący, gwałtowny ton orygi­nału i odnosi go bezpośrednio do współ­czesnego nam absurdyzmu".

Billingtonowi podoba się w insce­nizacji bardzo wiele: rozpoczęcie od spowiedzi Stawrogina "wprowadza nas od razu w koszmarny świat zła"; "błotnista" scenografia zarówno przypomina o prymitywizmie przed­rewolucyjnej Rosji jak i stwarza wrażenie księżycowej pustki; po­szczególne obrazy - jak scena śmierci starego Wierchowieńskiego - "mają malarski, breughelowski wydźwięk"; widoczna w inscenizacji jest parabola Dostojewskiego o ruinie utopijne­go socjalizmu, jak i konsekwentnie przeprowadzony jest jego obraz bi­blijnych świń pędzących na zatrace­nie. Inscenizacja ta

"daje nam również niezapomnianego Stawrogina w osobie Jana Nowickiego... o morderczym, sardonicznym uśmiechu, bardzo uzewnętrzniającej się introspektywnością oraz zdolności do przemiany gestu pozornej czułości w gest jadowitej odra­zy".

I wreszcie, chociaż inscenizacja ta wy­dobywa "kosmiczny dramat tkwiący w Dostojewskim, przykłada ona należytą u­wagę do realistycznego szczegółu".

Nic więc dziwnego, że w konkluzji in­scenizacja ta stanowi, zdaniem Billingiona, "nader fascynujący punkt szczytowy te­gorocznego festiwalu teatru światowego".

J. W. Lambert, recenzent pisma "Sunday Times", jest zdania, że in­scenizacja i adaptacja Wajdy, kreślą­ca obraz skrajnych terrorystów "z nieubłagana prawdą... jest przeraża­jąco na czasie"..

Wprawdzie "ta imponująca wizja zacie­ra duszną prowincjonalną atmosferę i wytworny ironiczny dystans tonu Dostojewskiego, to nieco z tego zachowało się dzięki doskonałym aktorom, gdy przedzierali się uporczywie przez kluczowe sceny książki". Konkretnie Lambert wy­mienia dwóch aktorów: Nowicki obdarzył postać Stawrogina "ciemnym, pięknym u­rokiem i grozą", ale mimo to wydawała się ona "niczym innym, jak pustym bajrońs­kim fatalizmem" zapamiętanym przez krytyka z powieści Dostojewskiego. "Za­bójczo trójwymiarowy" był natomiast młody Wierchowieński Pszoniaka.

"Może kontrowersyjna to insceni­zacja dla tych którzy lubią mieć swe szlaki teatralne dokładnie wytyczo­ne, ale dla mnie jest to najbardziej fascynujący z bieżących spektakli londyńskich", rozpoczyna swą recen­zję, z "Biesów" Rosemary Say w "Sunday Telegraph". Od pierwszych kakofonicznych dźwięków na zacie­mnionej scenie, aż po końcową sce­nę samobójstwa Stawrogina, spektakl "krakowskiego Starego Teatru trzy­ma wstrząśniętą publiczność za gar­dło". Porównując wersję Wajdy z a­daptacją Camusa, pani Say zdecydo­wanie opowiada się za Wajdą, twier­dząc, że choć Camus dokładnie inter­pretuje wątek oryginału, to "nieste­ty, przez wprowadzenie francuskiej logiki do scenariusza w celu wyjaś­nienia rozmaitych zawiłych punktów, zatracił wiele z ducha tajemniczości przenikającego oryginał". Wajda u­zyskał lepsze rezultaty przez wpro­wadzenie do inscenizacji aury kosz­maru i złowrogiego pośpiechu. Re­cenzentka "Sunday Telegraph" chwa­li również kontrastującą grę Nowic­kiego i Pszoniaka, a w konkluzji stwierdza, że jeśli ma się czas w do­mu na zapoznanie się z zawiłościami wątku, a w teatrze mocną rękę i u­cho dla korzystania z tranzystora do symultanicznego przekładu, "wysiłek opłaci się stokrotnie".

John Mortimer, dramaturg i adwo­kat londyński (upamiętniony jako o­brońca w zeszłorocznym procesie re­daktorów "Oz"), a także krytyk tea­tralny "Observera", deklaruje się w tym piśmie jako, być może, większy nawet zwolennik "Biesów" od An­drzeja Wajdy, bo nazywa tę książkę: "kto wie, czy nie największą powie­ścią, jaką kiedykolwiek napisano". Ale rozwodząc się nad genialnością książki, bynajmniej nie jest nastawiony negatywnie wobec dramatyza­cji, która - sam Wajda to przyznaje - mogła tylko fragmentarycznie przekazać treść tego arcydzieła. Kry­tyk "Observera" żałuje, że Wajda koncentruje się na terrorze i polityce, pomijając tematykę religijną książki, nie podobają mu się natrętne alego­rie i symbole, a zwłaszcza ilustra­cja akustyczna.

"Dźwięk ten, choć symbolicznie uzasad­niony, niestety, angielskiemu sceptykowi przywodzi na myśl nie więcej jak tylko pociąg duchów na molo w Brighton".

Ale wypowiedziawszy swe zastrze­żenia. Mortimer dodaje:

"Jednakże Andrzej Wajda, ogromnie u­talentowany reżyser filmowy, twórca 'Po­piołu i diamentu', najwyraźniej odznacza się równą świetnością w teatrze. Wszelka krytyka jego inscenizacji 'Biesów' może być tylko przyjemną debatą na najwyż­szym możliwym poziomie. Inscenizacja ta jest stale fascynująca, wizualnie prze­kazuje coś z przestrzeni i dramatu za­wartego w malarstwie rosyjskim XIX wieku, a aktorzy kierowani są ze sło­wiańską siłą".

Aktorami Mortimer wprost się za­chwyca. Nowicki wydaje mu się "nie­mal tak silną osobowością scenicz­ną jak Finney" i jest "całkowicie wiarygodnym Stawroginem". Pszo­niak "jest równie dobry jako Piotr Wierchowieński". Wreszcie "Izabela Olszewska jest cudownie pozbawiona sentymentalizmu jako szalona i ku­lawa Maria".

Krytyk "Observera" kończy swą recen­zję słowami:

"To smutne, że zespół krakowski odjeż­dża po tak krótkim pobycie i że te uwagi muszą być pożegnaniem a nie serdecznym powitaniem".

Ja, który słowa te tłumaczę i po­wtarzam już po wyjeździe Starego Teatru, mogę tylko dorzucić parę in­nych angielskich słów, wyrażających pragnienie, które byłoby - obiekty­wnie rzecz biorąc - w pełni uzasad­nione: Come again! - Przyjeżdżaj­cie znowu!

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x