Artykuły

Prosimy częściej

Są doznania artystyczne, które - zwłasz­cza formułowane na gorąco - można przekazać wyłącznie w kategorii wrażeń. Są, jeśli idzie o teatr, przeżycia tak wiel­kie, że ocenianie tego, co je wywołało na zasadzie "podobało mi się" wydaje się być po prostu nietaktem. Są wreszcie odczucia takiej miary, że każde słowo próbujące je określić brzmi banalnie i fałszywie.

Tym być może nieco egzaltowanym wstępem chciałabym zastąpić truizmy w rodzaju: wielkie wydarzenie teatralne, wy­bitny spektakl, a odnoszące się do krakow­skich "Biesów" pokazywanych wczoraj we Wrocławiu po raz pierwszy. Że wydarzenie i to wybitne pisano zresztą niejednokrot­nie. Spektakl Wajdy stał się już niemal legendą. Po trzech latach mamy okazję konfrontować legendę z rzeczywistością.

Spróbujmy po prostu. Gościmy we Wroc­ławiu teatr znakomity. To też truizm, ale cóż poradzić. Gościmy teatr, który oprócz wirtuozerii warsztatowej proponuje potęż­ny bagaż intelektualny. Mamy możność o­glądać {#au#199}Dostojewskiego{/#}, dzieło najwyższej klasy światowej w adaptacji Alberta {#au#321}Ca­musa{/#} i mistrzowskiej wersji scenicznej Andrzeja Wajdy. W wykonaniu artystów, których role przynajmniej niektóre, można określić mianem kreacji.

I znów ogólniki. Ale jak opisać wrażenie, które wywołuje po wygaśnięciu świa­teł potworny (a raczej upiorny) jazgot gi­tar elektrycznych i towarzyszące mu nie­artykułowane dźwięki mowy ludzkiej, i rozpędzona widmowa trojka pędząca zdaje się wprost na widownię z olbrzymiego ekranu w głębi. I nagle cisza. W ascetycz­nej czerni sceny na tle szarych kłębiących się dymów pojawia się Stawrogin. Nowicki (najpełniejsza kreacja) zaczyna swój wiel­ki monolog-spowiedź, ilustrowany niemymi obrazami w najdramatyczniejszych mo­mentach. I znów jazgot, i dźwięki przypo­minające ni to sygnały z kosmosu, ni to jęki z zaświatów. Wchodzi narrator - Ma­lak (świetny). Nie chłodny, obojętny infor­mator o ludziach i zdarzeniach, ale jeden z nich, zaangażowany świadek i uczestnik tego, co się rozgrywa. I znów ciemność, dźwięk, rozjaśniony ekran. W półciemności w czerń spowite postacie w kapturach u­stawiają sprzęty do następnej sceny. Tak będzie do końca. Tego rodzaju przerywni­ki rozdzielają wszystkie kadry.

Jazgot, wyciemnienie. Z góry zjeżdżają żyrandole. Scena w salonie. W środku Ma­ria Lebiadkin (Izabela Olszewska). Ułom­na, wariatka. W długiej sukienczynie i chuście na ramionach, z różowym kwiatem na czubku głowy. Jest kolejno przerażona, nieśmiała, pragnąca dorównać damom w salonie, uległa wobec Stawrogina. To wiel­ka, największa chyba scena Olszewskiej.

I znów ciemność, znów piekielna muzy­ka. Następny kadr. Stawrogin ze swym "małym biesem" Wierchowieńskim (Jerzy Stuhr), z matką Barbarą Pietrowną (Zofia Niwińska - prawdziwa wielka dama ro­syjska). W momencie, kiedy następuje dra­matyczne spięcie, gwałtowny gest, błyska­wicznie wchodzi przerywnik.

I finał. Postaci w kapturach już nie peł­nią roli pomocników sceny. Są widoczni, stoją w pełnym świetle. Wiążą sznur w pę­tlę, wchodzą za zamknięte drzwi. Dokona­ło się już wszystko, całe zło możliwe do dokonania. Został jeszcze Stawrogin. Bieg­nie do niego Dasza. Postaci w kapturach otwierają usłużnie drzwi. I widać jak na dłoni. Biesy osaczyły do końca Stawrogina - księcia zła. Jednym zdaniem narrator dopowiada to, co trzeba.

Oczywiście nie tylko tyle wypełniło trzy­godzinny spektakl. I nie w takiej kolej­ności były sygnalizowane tu sceny. Chodzi­ło mi głównie o przekazanie ogólnych wra­żeń, nastroju widowiska, po którym ręce same się składają do oklasków dla wszyst­kich, dzięki którym można było coś takie­go obejrzeć, usłyszeć. Prawdziwy, mądry teatr pokazali krakowianie. Teatr, o któ­rym niektórzy zapomnieli już jak wygląda. Dlatego chwalić i hołubić, i naśladować, jeśli się da, należy to rzadkie zjawisko. A póki jest okazja korzystać z tego, że przy­jechał do Wrocławia.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x