Artykuły

Wydarzenie w Teatrze Starym

Przyznam, że z niepokojem szedłem na premierą "Bie­sów" {#au#199}Dostojewskiego{/#} - {#au#321}Camusa{/#} w reżyserii Andrzeja Wajdy. Niepokój ów kilka miał przyczyn. Po pierwsze, zawsze w przypadku adaptacji teatralnej czy filmowej wiel­kiej klasyki obawiam się spłycenia - i pod tym wzglę­dem jestem konserwatystą. Po drugie - nie bardzo umia­łem sobie wyobrazić, jak po­dejdzie do dzieła Dostojew­skiego, pełnego gwałtownych namiętności i dysonansów - Andrzej Wajda, którego skłon­ności do wyjaskrawień i sym­boliki (zwykle w dobrym ga­tunku) są znane z filmu, czy nie przesadzi? Wreszcie - Dostojewski jest piekielnie trudny w aktorskiej interpre­tacji. Na dokładkę w przed­dzień premiery zmarł na pró­bie generalnej Kazimierz , grający Tichona.

Niech mi będzie wolno w tym miejscu złożyć hołd pa­mięci znakomitego aktora, którego role niejednokrotnie podziwiałem w pracy recen­zenckiej.

Wątpliwości rozwiały się już po części I przedstawienia. Po części ostatniej mogę napisać tylko jedno, mimo że nie je­stem zwolennikiem entuzjasty­cznych wykrzykników: mamy spektakl znakomity! Ze sceny Teatru Starego przemawia wielki Dostojewski, pisarz, bez którego nie można sobie wyo­brazić literatury XX wieku. Przemawia zakomponowany w sceniczne obrazy, w specyficz­ną i urzekającą atmosferę przedstawienia - groźną, ponurą, patetyczną a jednocze­śnie pełną najczarniejszego humoru. W pięknej scenografii Andrzeja Wajdy i Krystyny {#os#1120}Zachwatowicz (dlaczego ta scenografka jest stosunkowo mało wykorzystywana przez teatry krakowskie?), w opracowaniu muzycznym Zygmun­ta Koniecznego - rozgrywa się misterium zbrodni i sza­leństwa, namiętności i miło­ści.

Skoro już zaczęliśmy od sce­nografii: wydaje się, że sce­nografia wydatnie pomogła Andrzejowi Wajdzie. Przed­stawienie ma tempo i montaż typu filmowego, z "cięciami na kadrze", zmianą planów, ujęć - na tyle, na ile w tea­trze da się wykorzystać do­świadczenia filmu. Scenogra­fia, bardzo pomysłowa i w swej surowości wymowna, za­komponowuje scenę tak, aby podołać szybkim zmianom sy­tuacyjnym. Czasami wystar­czy inne ustawienie mebli, czasami - niewielka ścianka, symbolizująca wnętrze. "Mon­taż" odbywa się poprzez ściemnienie, przy pomocy ta­jemniczo odzianych postaci - Erynii przedstawienia, i przy akompaniamencie dźwięków, będących skrzyżowaniem konfesjonalnego szeptu i przed­śmiertnego bełkotu. Pochwa­ła należy się Zygmuntowi Ko­niecznemu, który znakomicie wypunktował dramatyzm sy­tuacji.

Trójce realizatorów oddali swe najlepsze chęci i możliwo­ści aktorzy. W ostatnim "Ży­ciu Literackim" Maria Mala­tyńska opublikowała coś w rodzaju reportażu o realizacji "Biesów" pt. "Nad 'Biesam' z Wajdą w Teatrze Starym". Ciekawych kuchni teatralnej i szczegółów odsyłam tam właśnie. Dowiedzą się, jak ze­spół wykuwał kształt przedsta­wienia wśród rozterek, wahań, improwizacji i eksperymentowania. Gra zespołu jest kon­certowa i jeśli wyróżnimy nie­których wykonawców, to na zasadzie: "najlepsi wśród do­brych".

Przede wszystkim - Jan Nowicki. Niezupełnie mu się udała rola w {#re#23307}"Fauście"{/#} {#au#1778}Mar­lowe'a{/#}. W "Biesach" udowod­nił, że ma duże predyspozy­cje do wielkiego repertuaru, że bardzo inteligentnie potrafi interpretować rolę trudną i nie­jednoznaczną. Jego Stawrogin zawiera wszystkie elementy pierwowzoru z dzieła Dostojewskiego, widzianego oczyma egzystencjalisty (adaptacja) Camusa: zbrodniczość i czu­łość, grzech i skruchę, namięt­ność i pewien rodzaj szaleń­stwa. Nie przesadził Nowicki z demonizowaniem owej posta­ci, i słusznie: robią to za nie­go współpartnerzy, zgodnie z duchem "Biesów".

Bardzo dobrą kreację poka­zała Zofia Niwińska jako Bar­bara Pietrowna Stawrogin, matka bohatera. Jest wielką damą, pełną kompleksów, nie­obliczalnych odruchów. Jej partner to stary liberał, okrut­nie przez Dostojewskiego wy­szydzony - Stiepan Trofimo­wicz Wierchowieński (Wiktor Sadecki), przedziwny okaz in­telektualisty-kabotyna, piecze­niarza i tego, któremu pisarz da szansę "nawrócenia się" - jako jedynemu bohaterowi powieści. Zwłaszcza scena po­żegnalnej kłótni Stawroginy i Wierchowieńskiego - w naj­wyższym stopniu tragiczno-komiczna - zasługuje na duże brawa.

Bardzo interesującą - i ży­wiołowa - rolę ma Wojciech Pszoniak (Piotr Stiepanowicz Wierchowieński), twórca kon­spiracyjnej organizacji, nihi­lista i w rezultacie zbrodniarz. Wśród wielu epizodów, wy­różnić trzeba zwłaszcza ten, kiedy Wierchowieński błaga Stawrogina, aby został przy­wódcą organizacji, kreśląc przed nim rozległe plany destrukcji świata. Jest posta­cią groźnie groteskową, jed­nym z "biesów" szczególnie niebezpiecznych i szaleńczych. Syn zmarłego aktora, Aleksan­der Fabisiak, stworzył tragicz­ną postać podejrzewanego przez organizację o zdradę studenta Iwana Szatowa - jednej z owych bezradnych, szlachetnych i nie przystosowa­nych do życia figur Dostojew­skiego, które skazane są na zagładę. Niesłychanie trudną - a mimo to dobrze wygraną - rolę ma Izabela Olszewska (Maria Timofiejewna Lebiad­kina), poślubiona "dla kawa­łu" przez Stawrogina, psychi­cznie chora. Bolesław Smela - upadły, zapijaczony kapitan Lebiadkin, błazen-filozof - zabłysnął szczególnie w scenie zbiorowej w salonie Stawrogi­ny. Wreszcie na wyróżnienie zasługują: Celina Niedźwiec­ka (Praskowia Drozdow), Woj­ciech Ruszkowski (Szigalew), Hanna Halcewicz (Liza Droz­dow), Maria Rabczyńska (Da­sza Szatow) oraz Elżbieta Kar­koszka (Maria Szatow).

"Biesy" w reżyserii Wajdy są przedstawieniem pełnym mocnych, ale nie przejaskra­wionych efektów, nie pozba­wionym symboliki, przywo­dzącej na myśl zarówno lite­raturę XX w. (np. Kafkę), jak i film (choćby wizje {#au#253}Bergma­na{/#}). Nie mam tu na myśli za­pożyczeń, chciałem po prostu powiedzieć, że to bardzo współczesny Dostojewski. Na wypunktowaną przez Camusa warstwę egzystencjalną: pro­blematykę wolności, "bycia dla siebie" i "bycia dla innych" - nałożyła się jadowita krytyka carskiej Rosji i jej fałszywych "zbawców" spod znaku nihi­lizmu. Historycy literatury do­wiedli nawet, że wiele postaci w "Biesach" miało swoje dość bliskie i oczywiste wzory - np. Piotr Wierchowieński jest portretem, głośnego nihilisty-"rewolucjonisty" - zbrodniarza, Nieczajewa, zaś jego poglądy (także częściowo poglądy Stawrogina) są uderzająco po­dobne do "Katechizmu Rewo­lucjonisty" Bakunina i Niecza­jewa. Ale warstwa historycz­na - niewątpliwie ważna dla właściwego zrozumienia ideo­wego wydźwięku spektaklu - schodzi na plan drugi wobec tematyki egzystencjalno-etycz­nej.

Czym jest zło, jak się rodzi i jakie przybiera kształty? Dlaczego człowiek ulega jego fascynacji? Czy jest ono cho­robą, czy koniecznością, czy też - błędem w systemie świata? Gdzie jest granica sa­motności człowieka, poza któ­rą zaczyna on - nienawi­dzić? Pytania podobne można mnożyć. Ale refleksje zostaw­my widzom, Teatrowi Staremu składając gratulacje, zaś jego krytykom memento: obyśmy w każdym krakowskim teatrze mieli przynajmniej jedno ta­kie przedstawienie w sezonie!

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x