Artykuły

Robocie średniowiecze

- Moim zdaniem to była taka próba pisania dla pokrzepienia serca, własnego serca, że jednak gdzieś tam na samym końcu uda nam się pokonać tyrana i wprowadzić ustrój, który doceni osiągnięcia Trurla i Klapaucjusza - z Wojciechem Orlińskim, autorem leksykonu lemologicznego "Gdzie są sepulki? Wszystko o Lemie" i biografii "Lem. Życie nie z tej ziemi", przed premierą "Bajek robotów" w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie, rozmawia Jakub Roszkowski.

Jakub Roszkowski: Bardzo się cieszę, że udało nam się spotkać. Przyznaję, że w młodości czytałem wiele powieści science-fiction, ale nigdy nie ciągnęło mnie do Lema. Znam wiele osób, które miały podobnie. Lem - mam wrażenie - że jest takim dość osobnym bytem, zawsze pozostaje trochę z boku.

Wojciech Orliński: To jest w ogóle paradoks polskiego życia kulturalnego - trochę być może kompromitujący - że my uwielbiamy te nasze szufladki, że są specjaliści od tego, od tamtego, natomiast ogromna część wydarzeń kulturalnych dzieje się zupełnie poza naszymi plecami, a my nie mamy narzędzi, by je opisywać. I Lem jest tutaj świetnym przykładem. Bo nie jest on pisarzem hołubionym przez miłośników s-f, ale nie jest też autorem tzw. głównego nurtu. Polska jest pełna wybitnych filologów powojennej literatury polskiej, którzy o Lemie niewiele mają do powiedzenia, bo pisał o kosmitach i robotach i jakoś nie bardzo się nadaje, a z drugiej strony mamy grupę miłośników tychże kosmitów i robotów, którzy też go nie czytają. I mamy trzecią grupę, dużo liczniejszą: "normalsów", którzy po prostu bardzo lubią jego powieści i wykupują kolejne dodruki jego dzieł.

JR: Pewnie najczęściej czytane są "Opowieści o pilocie Pirxie" i "Bajki robotów", bo to przerabia się w szkołach. W związku z czym łatwo próbuje się je czasem klasyfikować jako historie dla dzieci i młodzieży. A przecież tak nie jest.

WO: Zupełnie nie. Z literaturą dziecięcą "Bajki robotów" łączy to tylko pierwsze słowo w tytule. Dla Lema żartobliwym zabiegiem literackim było używanie języka stylizowanego na "staroroboci" i próba opowiadania o baśniowych tematach przekładając je na świat elektrosmoków i elektrycerzy.

JR: Lem w jednym z listów napisał, że "Bajki robotów to jest [Jan Chryzostom] Pasek przepuszczony przez Sienkiewicza i wyśmiany przez Gombrowicza".

WO: Tak naprawdę te opowiadania to jest produkt uboczny tego wielkiego umysłu, który w tym czasie pracuje nad dziełem, które uważał za swoje najważniejsze, czyli "Summa technologiae". To faktycznie ważny, choć trudny w lekturze wielki esej, w którym autor rozważał różne wyzwania technologiczne, jakie staną przed ludzkością w przeciągu następnych kilkudziesięciu lat. Niesamowita jest w ogóle aktualność jego wizji, gdyż Lem - wymyślając na to własne neologizmy - pisał tam o nanotechnologii, o Internecie, o inżynierii genetycznej, o rzeczywistości wirtualnej... W każdym razie Lem męczył się nad Summą, a równocześnie pisał "Bajki robotów". I w nich często przewijają się te same wielkie tematy, jego roboty stają przed fundamentalnymi problemami typu: Jak stworzyć idealne społeczeństwo? Czym się różni i czy się różni istota rozumna od swej doskonałej kopii? Skąd się bierze zło? Czy można udowodnić, że Bóg jest, albo go nie ma? i tak dalej. Ubranie tych tematów w taką a nie inną formę, to była tylko zabawa literacka, a nie próba stworzenia czegokolwiek dla młodszych czytelników. Zresztą Lem chyba nie bardzo lubił i nie bardzo umiał pisać dla dzieci.

JR: Opowiada on o robotach, maszynach, ale ja na przykład - kiedy wspominałem tę pierwszą lekturę "Bajek" - to zapamiętałem Trurla i Klapaucjusza (czyli głównych bohaterów wielu opowiadań) jako ludzi.

WO: Prawdopodobnie - bo nie da się ich już o to zapytać - pierwowzorami tych postaci był sam Lem i jego sąsiad i przyjaciel: Jan Błoński. W tamtym czasie nieomal codziennie prowadzili oni zaciekłe dysputy filozoficzne (częstokroć kończące się niemal na rękoczynach). Lem zajmował w tych gorących rozmowach stanowisko pryncypialnie technokratyczne, wierząc że ludzkie problemy mogą mieć finalnie rozwiązanie technologiczne, a Błoński był konsekwentnym humanistą przekonanym, że w samej naturze człowieka wpisane jest coś nadprzyrodzonego, irracjonalnego wobec czego nauki ścisłe są i będą bezradne; więc rozwiązaniem może być raczej religia. Jeden wierzył w naukę, drugi w Boga i człowieka, ale jednocześnie obaj mieli wątpliwości. Więc prawdopodobnie - spierając się - próbowali też sami siebie utwierdzić w zajmowanych stanowiskach. Przykładając ten klucz do "Bajek robotów": Lem siebie pokazuje w postaci Trurla, a Błońskiego w postaci Klapaucjusza i, co ciekawe, w większości tych utworów to Klapaucjusz ma rację.

JR: W powieściach science-fiction często pojawia się zagadnienie sztucznej inteligencji, ale zazwyczaj jednak ubranej w jakiś humanoidalny kształt. To androidy myślące może lepiej, szybciej, ale jednak "po ludzku". Tymczasem Lem konsekwentnie pisze o robotach. Opisuje je jako byty, które zostały stworzone przez ludzi, ale potem stały się doskonalszą formą istnienia. I te roboty patrzą na nas jako na te bardziej pierwotne i już wymierające istoty.

WO: Lem wiedział, że my jako ludzie (czy z punktu widzenia robotów: bladawce) jesteśmy niedoskonałym tworem. Jako niepraktykujący, bez dyplomu, ale jednak posiadający wykształcenie medyczne lekarz, patrzył na nas jak mechanik naprawiający samochody. I tak jak nie ma auta doskonałego tak i w człowieku Lem widział niezbyt udaną maszynę. I zadawał pytania, do jakiego momentu jesteśmy w stanie akceptować tę naszą niedoskonałość? Czy gdyby był jakiś prosty sposób, by nasze dzieci nie odziedziczyły po nas jakichś wad wrodzonych, to czy zrobilibyśmy jakąś małą popraweczkę, by to skorygować? Ale gdzie to udoskonalanie powinno się zatrzymać? W jednym z utworów Lem napisał, że każdy chciałby mieć doskonałe i zdrowe dziecko, ale nikt nie chce zaadoptować komputera. Te pytania zresztą stają się dzisiaj coraz bardziej aktualne i palące. Za chwilę naprawdę możemy podzielić się na ludzi udoskonalonych i nieudoskonalonych genetycznie. To już się dzieje, to nie jest science-fiction. Logiczną konsekwencją jest więc, że powinny pojawić się doskonalsze istoty, które nie mają tych wszystkich wad naszego ciała.

JR: Lem bardzo dowcipnie opisuje nas, bladawców, widzianych oczami robotów.

WO: Jakie to jest awaryjne, purchlowate, bąblowate, zbudowane z maziowatego kisielu My jesteśmy przystosowani do bardzo małego zakresu ciśnienia, temperatury, przeciążeń, promieniowania. W zasadzie nie da się z takimi ciałami sensownie latać w kosmos. Zresztą nawet na ziemi, kiedy wpadlibyśmy samochodem do rzeki, to zegarek przetrwa, telefon straci gwarancję, ale zasadniczo przetrwa, nawet większość części samochodu przetrwa i tylko my nie Już teraz jesteśmy w stanie zrobić rzeczy lepsze i trwalsze od ludzkiego ciała. Więc te maszyny prędzej czy później nas zastąpią. Jak mówił Stephen Hawking: "Sztuczna inteligencja będzie największym osiągnięciem człowieka, i prawdopodobnie ostatnim."

JR: Czy to łączy się jakoś z filozofią wschodu, w której umysł jest czymś ponad ciałem, co trwa pomimo utraty powłoki cielesnej?

WO: Lem w swoim pisaniu trzymał się zawsze takiego zachodniego racjonalizmu i materializmu. On nie wierzył w żadną religię. Stanowczo odrzucał życie pozagrobowe. Nieistnienie to nieistnienie.

JR: A jednocześnie opisywał choćby to nieistnienie - dopiero dziś to zauważam - z ogromnym poczuciem humoru.

WO: Tak. I dziecko nie zrozumie tych wszystkich dowcipów. Dopiero dorosły to wszystko wyłapie. Ale to nie znaczy, że "Bajki robotów" mają czytać tylko ludzie dorośli. Te zasadnicze zagadnienia filozoficzne, które tak Lema fascynowały, to są pytania, które uwielbiają właśnie dzieci, młodzież. Dorośli podchodzą do nich raczej niechętnie i często mają na nie jakieś swoje odpowiedzi. My uważamy się na te pytania już za dojrzali.

JR: To pewnie też kwestia dziecięcej otwartości. Otwartości, którą w sobie później domykamy, racjonalizujemy, katalogujemy w poszczególne szufladki. To też było niezwykłe u Lema, który potrafił zachować tak różne płaszczyzny patrzenia: lekarza, matematyka, naukowca, pisarza, filozofa... Niewiele jest takich osób. Dziś może Jacek Dukaj.

WO: No tak. To może teza dość wyświechtana i chyba Dukaj nie cierpi, kiedy krytycy jej używają, ale on jest takim oczywistym następcą Lema. Właśnie przez tę interdyscyplinarność. A z kolei ta interdyscyplinarność wydaje mi się czymś niesamowicie krakowskim. Nie mówię tu oczywiście o żadnych mistycyzmach - zresztą gdybym coś takiego wygadywał, to duch Lema straszyłby mnie po nocach - ale o czymś bardzo konkretnym: tylko w Krakowie było wtedy możliwe, żeby student wydziału lekarskiego mógł uczestniczyć w konwersatoriach z filozofami, prawnikami, specjalistami z bardzo różnych dziedzin. To było unikalne i dało Lemowi bardzo dużo wiedzy, kontaktów, których tak wtedy potrzebował.

JR: A jak czasy, w których pisał, odbijają się w "Bajkach robotów"? Bo ta pierwsza połowa lat 60. to był chyba dla niego bardzo dobry, płodny twórczo okres.

WO: Sam Lem by się z tym absolutnie nie zgodził. To był moment, kiedy wszyscy artyści odczuli polityczne przykręcanie śruby: ograniczanie ich wolności, coraz ostrzejsze działania cenzury, zmniejszanie przydziałów papieru na druk książek (co dla pisarzy było bardzo odczuwalne, bo było świetnym pretekstem dla władzy, by - mimo braku zakazu cenzorskiego - danej książki nie wydawać). Lem niby nie miał na co narzekać, ale musiał bardzo uważać, by nie podpaść władzy. Z drugiej strony czasami nadmiar wolności słowa źle robi artyście, bo nagle jak mu się pozwoli robić, co chce, to nader często kończy się to na robieniu reklamy jeansów.

JR: Ale Lem odnosił się w "Bajkach" do tamtejszej rzeczywistości politycznej.

WO: To prawda. Bardzo często mamy w tych opowiadaniach grupę robotów - trochę rycerzy, trochę intelektualistów (na przykład Trurla i Klapaucjusza), którzy spotykają na swojej drodze tyrana, który może ich wszystkich pozabijać, ale z drugiej strony jest na tyle głupi, że jakoś udaje się go oszukać, wyprowadzić w pole. To jest niewątpliwie aluzyjny opis krakowskiego środowiska intelektualnego z pierwszej połowy lat 60. walczącego przeciw różnym Machejkom, Moczarom, czy innym osobom będącym ówcześnie u władzy.

JR: Na sam koniec chciałbym zapytać o finalny wydźwięk "Bajek robotów". Bo mam wrażenie, że ich przekaz jest w sumie optymistyczny, i głęboko humanistyczny.

WO: Śledząc korespondencję Stanisława Lema mogłem zobaczyć wysiłek, jaki on wkładał w napisanie tego czy innego dzieła. Prawdopodobnie mogłem to nawet - zwyczajem Lema - jakoś matematycznie ująć, wprowadzić jakąś jednostkę tego wysiłku, liczyć to na przykład w mrożkach, czy kilomrożkach. Pisał w listach na przykład jak męczył się "nad tą Solaryjską francą", lub że "zesrywa się nad robotą literacką tyleż dzielnie, co bezowocnie". Tymczasem "Bajki robotów" jakby wyskakiwały z niego dla przyjemności, w zasadzie nie wiadomo było, kiedy on je pisał, jakby pojawiały się same z siebie. Moim zdaniem to była taka próba pisania dla pokrzepienia serca, własnego serca, że jednak gdzieś tam na samym końcu uda nam się pokonać tyrana i wprowadzić ustrój, który doceni osiągnięcia Trurla i Klapaucjusza. "Bajki" robotów to bajki, które autor sam sobie opowiada dla uspokojenia. To są bajki dla Lema. Żeby to on mógł zasnąć i myśleć, że wszystko jednak dobrze się skończy.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x