Artykuły

Życie piwniczne

Kraków odwrócił się od Piwnicy. Dawni piwniczanie nie zaglądają do kabaretu, bo za dużo wspomnień, jakiś smutek, tęsknota za czasem, który przeminął. Młoda, artystyczna i intelektualna elita Krakowa omija Piwnicę wielkim łukiem. Mają swoje kluby. Mimo to Piwnica żyje - o fenomenie krakowskiej Piwnicy pod Baranami pisze Katarzyna Janowska w tygodniku Polityka.

Kraków, ponure lata 50. Bal u Plastyków. Na scenę wychodzi młodzian z kręconymi włosami, otwiera parasol i mówi: "Pada na nas deszcz nudy! Musimy stać pod parasolami, bo ta nuda nas zadusi, rzeczywistość przygniecie". To Piotr Skrzynecki [na zdjęciu]. Skrzynecki, historyk sztuki, przewodnik po Krakowie, magnetyczna osobowość. To on, otoczony zawsze tłumem wielbicielek i wielbicieli, zaprowadził przyjaciół do piwnicy w Pałacu pod Baranami. Nikomu wówczas nie przychodzi do głowy, że dwie czarne od sadzy i węgla salki staną się legendą Krakowa.

Zawirowało, zaszumiało, zagrało. Na tle scenografii ze szmat, papieru, tiulu występują Wiesław Dymny, Mirosław Obłoński, Barbara Nawratowicz, Kika Lelicińska, Krzysztof Litwin, Tadeusz Kwinta. W kącie stoi i przygląda się milczący Krzysztof Penderecki. Po latach przyzna, że był onieśmielony piwniczanami. Do kabaretu zagląda rzeźbiarz Bronisław Chromy. Po latach spod jego dłuta wyjdzie pomnik piwniczan. Pod Baranami pojawia się Zygmunt Konieczny. Koledzy mówią o nim Zygmunt Odnowiciel. Przed nim nie było w kabarecie profesjonalnego kompozytora. On tworzy styl piwniczny, który najkrócej sam opisuje jako muzyczną interpretację tekstów.

Dziś nikogo nie zaskakują piosenki poetyckie, ale pół wieku temu zaśpiewać "Grand Valse Brillante" Juliana Tuwima czy wiersze wojenne Baczyńskiego to było coś. Na piwniczną scenę wkracza Ewa Demarczyk. Ich wspólne piosenki zawojują nie tylko Piwnicę, ale i festiwal w Sopocie. Kabaret jest już wtedy sławny.

Źle się czujemy z marnymi słowami

Marek Pacuła, w Piwnicy od lat 70., po śmierci Piotra (1997 r.) występuje jako konferansjer: - Jesteśmy dziećmi paryskiego kabaretu Czarny Kot. Czarny Kot najpierw pomieszka! w Zielonym Baloniku, potem się schował, by pojawić się za sprawą Gałczyńskiego w "Przekroju", a w końcu na dobre zadomowił się w Piwnicy. Byliśmy i jesteśmy kabaretem literackim.

Ola Maurer, w Piwnicy od lat 70. do dziś: - Dla nas zawsze najważniejszy był tekst. Źle się czujemy z marnymi słowami.

Teksty dla kabaretu wyszukuje Piotr Skrzynecki, Janina Garycka (nieformalny, jak wszystko w Piwnicy, jej kierownik literacki), Joanna Ronikier (w przyszłości kronikarka piwnicznego życia). Najwyższej klasy poezja sąsiaduje z tekstami z gazet, ze skeczami, z często wymyślanymi naprędce żartami.

Jan Kanty Pawluśkiewicz uważa, że istotą Piwnicy była forma. Wzięło się to z fascynacji Skrzyneckiego kulturą francuską. Treść mogła być ulotna, nieważka. W kabarecie mógł wystąpić każdy, od sprzątaczki po wielkiego artystę. Piotr każdemu poświęcał tyle samo uwagi, ale pod warunkiem, że ten ktoś potrafił swoim pomysłom nadać formę, która sprawdzi się na scenie.

Piwnica zdobywa wierną publiczność. Co sobotę w podziemiach Pałacu pod Baranami bawią się lekarze, prawnicy, profesorowie. Artyści i widzowie wzajemnie podnoszą sobie poprzeczkę, wspólnie tworzą piwniczny styl. Na przekór rzeczywistości jedni i drudzy wierzą, że życie może być poezją i zabawą.

Czym była Piwnica w tamtym czasie? Azylem, przestrzenią wolności, ale i miejscem, gdzie można było utonąć - powtarzają ludzie, którzy w Piwnicy występowali, szukali szczęścia lub po prostu bywali. Jan Kanty Pawluśkiewicz: - Kiedyś do Piotra przyszedł ojciec chłopaka, który stale przesiadywał w Piwnicy, zmartwiony, że syn mu się zdegeneruje. O, proszę pana, on już się dawno zdegenerował - odpowiedział Piotr.

W Piwnicy wódki piło się dużo, ale jednocześnie obowiązywała dyscyplina, kreatywność, pewien styl bycia, prowadzenia rozmów. Jeśli ktoś nie trzymał poziomu, czuł się skrępowany i wypadał z towarzystwa. Grzegorz Turnau: - Piotr powtarzał, że można dużo pić, jeśli się jednocześnie dużo pracuje. I w tym był konsekwentny.

Nie wolno było rozmawiać o pieniądzach, dzieciach i chorobach. Jan Kanty Pawluśkiewicz:- W Piwnicy nauczyłem się wszystkiego, co ważne w sztuce i w życiu. Mój katalog wartości wyniesionych stamtąd brzmi: pozory nie wchodzą w grę, egoizm dopuszczalny jest tylko do pewnego stopnia, dobra doczesne nie mają znaczenia, z równą czułością należy pochylać się nad sprawami wielkimi, jak i nad drobiazgami. Wiesiek Dymny mawiał, że małych trzeba wyciągać na wierzch, a wielkich przycinać.

Lekcja Piwnicy trwa, choć wielkiego mistrza ceremonii już nie ma. Agata Ślazyk, która przystała do Piwnicy już po śmierci Piotra, z obowiązujących tu zasad zapamiętała: "Pośpiech poniża" i "Artyści to nieśmiali ludzie".

Piotr, wokół którego wszystko się kręciło

Grzegorz Turnau, w kabarecie od połowy lat 80., odszedł po śmierci Piotra Skrzyneckiego: - Piotr był gwiazdą, wokół której wszystko się kręciło. On wprawiał ten mechanizm w ruch.

Jan Kanty Pawluśkiewicz: - Miał w sobie żar, tajemnicę, której do dziś nie umiem rozgryźć. Nie miał zegarka, nie pamiętał o rachunkach, przychodził spóźniony, wychodził spóźniony. Żył poza czasem i wbrew niemu.

Grzegorz Turnau: - To były pozory. W rzeczywistości Piotr przez cały tydzień pracował na sobotę. Spotykał się z artystami, podsuwał teksty, obmyślał kolejność numerów.

Ola Maurer: - Umiał zauważyć w ludziach coś wyjątkowego, jakąś dziwność. Zestawiał te dziwności ze sobą i z tego powstawał kabaret.

Nie miał talentu muzycznego, scenograficznego, nie pisał tekstów kabaretowych.

Miał talent do ludzi i instynktowne wyczucie, co jest dobre. Konrad Swinarski, Andrzej Wajda zapraszali go na próby swoich spektakli i słuchali jego uwag.

Jan Kanty Pawluśkiewicz: - Pamiętam taki szalony, pijacki wieczór, był wówczas z nami młody poeta, który chciał się popisać znajomością filozofii i cytował Tomasza z Akwinu. W pewnym momencie, gdzieś o czwartej nad ranem, Piotr mówi: Ale w tym cytacie to pan się myli. On brzmi inaczej. Następnego dnia dzwoni do mnie ów poeta i mówi: Ty wiesz, że on miał rację. Piotr imponował erudycją.

Był zazdrosny o swoich artystów, nie lubił, gdy występowali gdzie indziej. Jeśli zdrajca pojawił się w kabarecie, Piotr mówił do publiczności: Za chwilę usłyszycie państwo chałturnika; jego występ nie jest wliczony w cenę biletu. Skutecznie strącał z piedestału tych, którym się wydawało, że mają prawo na nim stać. Jeśli na przyjęciu znalazł się artysta, który akurat odniósł ostatnio sukces, wiadomo było, że Piotr nie zamieni z nim słowa.

Ola Maurer: - Piotr domagał się, by rodzina i dzieci były na drugim miejscu. Dąsał się i obrażał, że coś może być dla nas równie ważne jak Piwnica. Faworyzował tych, którzy nie mieli niczego poza Piwnicą. Za przykład podawał Joannę Ronikier, która na chwilę wstydliwie zniknęła i urodziła dziecko, ale zaraz z powrotem była w kabarecie. Po występie nie wolno się było spieszyć do domu. Na tradycyjnym opłatku i jajku w Piwnicy obecność była obowiązkowa. Odpadały więc rodzinne wyjazdy na weekendy czy święta.

Jan Kanty Pawluśkiewicz: - Piotr uwielbiał Intrygować. Plotki miały swoją cenę. Zwykłe były po złotówce, ciekawsze po pięć złotych, a za sto złotych musiała być absolutna bomba. Piotr motał, prowokował kłótnie, spięcia. To była jego metoda rządzenia piwnicznym towarzystwem.

Były miłości, zdrady, przyjaźnie, rywalizacja i zawiści. Grzegorz Turnau wspomina, że kiedy na scenie w kabarecie pojawiała się młoda, ładna dziewczyna i na dodatek z dobrym głosem, za kulisami atmosfera przypominała żmijowisko.

Piotr Skrzynecki miał w sobie wdzięk. Lubiły go kwiaciarki z Rynku Głównego, przyjaźnił się z profesorami i artystami. Jan Kanty Pawluśkiewicz: - Pewnego razu Piotr mówi: Moja praczka pojechała do Davos. Okazało się, że to pewna zaprzyjaźniona pani profesorowa, która od czasu do czasu robi mu pranie.

Ale zawsze otoczony ludźmi, bywał bardzo samotny. Pawluśkiewicz: - Kiedyś żona zaproponowała, żebym zaprosił Piotra na Wigilię. Byłem przekonany, że ma dziesiątki propozycji, ale zebrałem się na odwagę i zapytałem, czy ma już jakieś plany. A on, że nie i że chętnie przyjdzie. Od tamtej pory przez siedemnaście lat spędzał z nami wigilijne wieczory.

Nie miał niczego, nie bardzo było wiadomo, gdzie mieszka. Pod koniec życia Krystyna Zachwatowicz wystarała się o mieszkanie dla niego. Był prawdziwie wolnym człowiekiem.

Dorota Ślęzak, artystka piwniczna, zaproszona do kabaretu jeszcze przez Skrzyneckiego, mówi, że on albo od razu kogoś akceptował bez. żadnych zastrzeżeń, albo nie. -Jeśli mu się podobało, potrafił tak zapowiedzieć występ, że człowiek przez chwilę sam wierzył, że jest niezwykły.

Piwniczanie są zgodni: Skrzynecki nadawał kierunek, pilnował poziomu.

Numer z kaczuszką

Marek Pacuła: - Ciągle się zastanawiam, jaka jest dziś Piwnica, i nie umiem sobie na to pytanie odpowiedzieć. To jest Piwnica bez Piotra, więc na pewno inna niż kiedyś.

Po śmierci Piotra odeszło wielu artystów. Leszek Wojtowicz, Beata Rybotycka, Anna Szałapak, Grzegorz Turnau, który tłumaczy: - Jego śmierć była dla mnie znakiem, że wszystko się kiedyś kończy, że trzeba zejść ze sceny. Do dziś nie jestem przekonany, czy kontynuowanie kabaretu w tej samej formule było słuszną decyzją.

Piotr Skrzynecki, jak na człowieka wolnego przystało, nie zostawił testamentu. Kiedy leżał w szpitalu, poprosił Marka Pacułę, żeby go zastąpił podczas spektaklu kabaretu. -Mówił: zrób to, bo inaczej wszystko się rozleci. Do dziś wypełniam tę prośbę - opowiada Pacuła.

Po śmierci Piotra dyrektor Piwnicy Piotr Ferster wydał oświadczenie, że z dniem 27 kwietnia 1997 r. Kabaret Piotra Skrzyneckiego przestaje istnieć. Pozostaje Piwnica pod Baranami. Andrzej hrabia Potocki, właściciel Pałacu pod Baranami, obiecał, że póki Skrzynecki będzie żył, Piwnica będzie trwała. Po jego śmierci syn hrabiego ustalił kabaretowi czynsz na zasadach rynkowych. Zdaniem piwniczan Ferster co miesiąc dokonuje cudu i zdobywa wymaganą sumę pieniędzy.

Od dawnych gwiazd kabaretu można usłyszeć, że dzisiejsza Piwnica to smutna karykatura tego, co stworzył Piotr. Ola Maurer: - Odkąd pamiętam, mówiło się, że Piwnica przeżywa kryzys, że się powtarzamy. Przyzwyczailiśmy się do tego. Piotra nie ma, ale my przez lata wspólnie z nim tworzyliśmy kabaret, styl. Dlaczego mamy teraz z niego rezygnować?

Grzegorz Turnau opowiada, że Piwnica funkcjonowała jak doskonały ekosystem. Gdy artysta z niej odchodził i za jakiś czas wpadał, okazywało się, że jest już ktoś na jego miejsce. Skrzynecki przyciągał talenty, szukał świeżej krwi. Teraz tego brakuje, uważa Turnau.

Agata Ślazyk przystała do zespołu trzy lata temu. Po niej nikt nowy nie został przyjęty do zespołu. Przez rok przyjeżdżała z Częstochowy, by śpiewać przed spektaklem: - Piwnica nie była moją miłością od pierwszego wejrzenia, ale spodobało mi się, że artyści mają tu poczucie wolności. Jestem w komfortowej sytuacji, bo nie śpiewam legendarnych piosenek. Nikt mnie z nikim nie porównuje.

Kabaret niechętnie otwiera się na nowych ludzi czy na radykalne zmiany w programie. Nie możemy zrezygnować z naszych najbardziej znanych piosenek i numerów, bo publiczność na nie czeka - uważają piwniczanie.

Marek Pacuła, szef artystyczny Piwnicy, zaprasza artystów, którzy nie traktują tego miejsca jedynie jako atrakcyjnego punktu w cv. Po latach do kabaretu wrócili Miki Błoński (kiedyś najpiękniej śpiewał hymn Piwnicy) i aktor Tadeusz Kwinta, prezentujący nieśmiertelny numer z kaczuszką, który ciągle do łez rozśmiesza publiczność. Zespół liczy trzydzieści osób i nie powinien się rozrastać.

Jakiś smutek i tęsknota

Kraków odwrócił się od Piwnicy. Dawni piwniczanie nie zaglądają do kabaretu, bo za dużo wspomnień, jakiś smutek, tęsknota za czasem, który przeminął. Młoda, artystyczna i intelektualna elita Krakowa omija Piwnicę wielkim łukiem. Mają swoje kluby. Mimo to Piwnica żyje. Co sobota maleńka widownia wypełnia się do ostatniego miejsca. Publiczność za każdym razem inna, najczęściej przyjezdna. Ale są i tacy, którzy popisują się znajomością tutejszych dowcipów.

"Wiadomości z ostatniej chwili - czyta ze sceny Krzysztof Janicki. - Przodek Donalda Tuska zabił Kaina. Siostra Tuska tłumaczy, że w domu nie mówiło się o tej zbrodni. Donald prawdopodobnie nawet nie wiedział, że Kain został zabity". Publiczność płacze ze śmiechu. Dorota Ślęzak, czyli rudowłosy anioł (Ewa Demarczyk była czarnym aniołem Piwnicy, Anna Szałapak - białym), śpiewa piosenkę "Jeżeli jest gdzieś niebo" Agnieszki Osieckiej z własną muzyką. I znowu Krzysztof Janicki oznajmia, że 60-kilometrowa autostrada łącząca Kraków z Katowicami zostanie wykorzystana jako odcinek specjalny w rajdzie Paryż-Dakar.

A zaraz potem Andrzej Talkowski - zmęczony życiem magik - pokazuje kolejno same bardzo dobre numery, obnażając przy okazji kulisy swojego fachu. Na scenę z impetem wkracza 70-letnia Bożena Lutczyn, która śpiewa piosenki Edith Piaf z takim żarem, że publiczność nie przestaje klaskać, a artystka spłoniona jak pensjonarka dyga na scenie.

Francuzi, którzy parę lat temu obejrzeli kabaret, uznali, że jest to jedyne miejsce na świecie, gdzie starsi ludzie mogą występować i czuć się gwiazdami. Tym sposobem Piwnica znów jest w opozycji do tego, co modne, popularne i łatwe. Przez dwie godziny mieszają się żarty z poezją, wysokie z niskim. I kiedy na koniec artyści wspólnie śpiewają "Dezyderatę", po plecach jak zawsze chodzą dreszcze.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x