Artykuły

Zygmunt Konieczny: Teraz przygotowuję się do koncertu, ale potem może być przecież muzyka filmowa

Należy do najwybitniejszych polskich kompozytorów współczesnych. Stworzył muzykę do ponad stu filmów i spektakli teatralnych. Współpracował z najlepszymi reżyserami. Debiutował w krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Nazywany jest "wesołym kompozytorem smutnych piosenek". Ostatnio zajmuje się tworzeniem dużych form muzycznych. Niedawno napisał koncert fortepianowy.

Jest krakusem od urodzenia, zatem trudno się dziwić, że umawiamy się w Rynku, w historycznej Cafe Restaurant "Europejska". - Teraz to już odnowiony lokal, ale kiedyś, jeszcze w latach 60., wyglądał zupełnie inaczej. To była jedna z najbardziej znanych krakowskich kawiarni. Lubię tu się spotykać.

Lekko utyka. Dwa miesiące temu miał wypadek. Na przejściu dla pieszych najechał na niego samochód.

- Wchodziłem przy zielonym świetle, a kierowca zamiast zahamować, przyspieszył. Uderzył mnie i uciekł. Przewróciłem się na chodnik. Przez tydzień byłem w szpitalu. Do dziś boli mnie kostka, ale właściwie już to zapomniałem. Taka przykra przygoda.

Przygotowuje ważne wydarzenie artystyczne z okazji Roku Wyspiańskiego. - Będzie to koncert w Centrum Kongresowym w Krakowie. Kilka lat temu pisałem muzykę do tekstów Stanisława Wyspiańskiego dla teatrów krakowskich do "Wyzwolenia", "Wesela", "Nocy listopadowej" oraz do wierszy. Z chórem i orkiestrą. Rok temu napisał koncert fortepianowy; będzie go wykonywał Piotr Latoszyński, młody pianista z Warszawy.

- Teraz jestem w trakcie pisania kolejnej muzyki, na orkiestrę smyczkową i perkusję. Ma być wykonana 23 października w Krakowie, a być może koncert zostanie powtórzony w Warszawie. To się dłużej komponuje aniżeli muzykę do filmu - większa odpowiedzialność. W filmie bowiem szefem jest reżyser, a ja piszę tylko fragmenty, które wchodzą w trakcie filmu. Jak coś nie odpowiada, reżyser wyrzuca.

Przypomina, że jego specjalnością jest pisanie muzyki do tekstów.

- W niemłodym już wieku komponuję coś nowego. To nie jest muzyka rozrywkowa, lecz poważniejsza i spotkanie z nową estetyką. Z pewnością jest to dla mnie wyzwanie. Czuję się, jakbym zaczynał. Takie inne, dziwne początki. Życiowo jestem osobą nieśmiałą. Ale wżyciu artystycznym lubię ryzyko. Wyżywam się w tym i doskonale się w tym odnajduję. Większe napięcie, większa trema, bo nie wiadomo, co z tego wyjdzie. Każda premiera to niewiadoma. Mimo obaw i różnych doznań artystycznych podjąłem jednak to ryzyko i czekam, jaki będzie efekt Ważne, że nie muszę się spieszyć, gdyż ten koncert będzie za jakiś czas.

Urodził się w Krakowie, młodość spędził niedaleko Limanowej, w Szczyrzycu. - Potem rodzice wrócili do Krakowa. Matka zawsze modliła się, abym był skrzypkiem. Nie zostałem, ale jednak coś z tego pozostało. W domu nie było muzycznych tradycji. - No, może poza dziadkiem, który był organistą. Ojciec lubił słynny menuet Ignacego Paderewskiego, więc musiałem mu go grać.

Gry na fortepianie uczył się prywatnie. Potem poszedł do Liceum Muzycznego. Podobało mu się, lecz wiele rzeczy chciał poprawiać, w tym utwory mistrzów. -Ale tak jest w wieku 8-9 lat. Człowiek chce wiele zmieniać, ma się inklinacje do nowych rozwiązań. Awangarda jest domeną młodości, lecz czasem wynika z nieodpowiedzialności, i tej dobrej, i tej złej. Nauczycielka była na mnie wściekła. Lała mnie po łapach, kiedy chciałem poprawić wielkiego Beethovena. Miała rację, ale zrozumiałem to dopiero po latach.

Kontynuował naukę w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Krakowie. Nie skończył tej uczelni. Śmieje się, że nikomu by nie doradzał swojej drogi życiowej. - Nie byłem typem kujona, raczej leniwy. Ale już pisałem muzykę, byłem bowiem w klasie kompozycji... Bo szkołę trzeba skończyć. Poza techniką uczy bowiem artystycznego smaku. A potem można iść swoją drogą. Ja poszedłem trochę za wcześnie...

W tym czasie, jak wspomina, Piwnica pod Baranami to było już kultowe, choć niszowe miejsce. - Dowiedziałem się, że działa tam kolega, Mieczysław Święcicki. I poprosiłem go, aby mnie tam wprowadził. Powiedział, że to zrobi, jak napiszę mu piosenkę. A ja tak bardzo chciałem, że napisałem mu aż dwie. Okazało się, że nie każdy ma "piwniczną duszę". - Ja jednak miałem i zostałem w Piwnicy ponad 40 lat.

W kabarecie literackim Piwnica pod Baranami zadebiutował w 1959 r., jeszcze w czasie studiów. Napisał muzykę do piosenki "Ballada o ogonie" do słów Tadeusza Kubiaka. Przez kilka lat był jedynym profesjonalnym kompozytorem w tym miejscu. Jak pisano, "stworzył oryginalny styl piosenki, w której muzyka interpretuje poetycki tekst, wydobywa znaczenia, stwarza emocje". Dziś już sam nie pamięta, ile utworów skomponował dla wykonawców z Piwnicy. Na pewno jednak stał się twórcą piosenki literackiej. Mówiono, że doskonale potrafi dźwiękowo zrealizować to, co dzieje się w poezji.

Pracował z wybitnymi artystami, stawiał im wymagania, narzucał swój styl. Do tych najwybitniejszych należała Ewa Demarczyk, z którą współpracował od 1962 roku.

Jak i w jakich okolicznościach się poznali? Wspomina, że w Klubie "Pod Jaszczurami" usłyszał młodą, zdolną artystkę, o której już wcześniej opowiadał mu kolega Przemek Dyakowski. - Poszliśmy tam razem z Piotrem Skrzyneckim, aby jej posłuchać. Rzeczywiście, była zachwycająca. I zaproponowaliśmy jej przejście do Piwnicy pod Baranami. Niestety, nie chciała, gdyż związana była z kabaretem Cyrulik. Po jakimś czasie pojawiła się jednak w Piwnicy. I tak zaczęła się nasza współpraca.

Związali się artystycznie na dziesięć lat. - Kilka razy wykonywała to, co napisałem wcześniej, a potem już komponowałem tylko dla niej. Śpiewała m.in. "Karuzelę z madonnami" do słów Mirona Białoszewskiego, "Czarne anioły" tekstem Wiesława Dymnego czy "Deszcze" do słów Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.

Zanim poznał Ewę Demarczyk, wydawało mu się, że tworzy trochę na wyrost, że nie wszyscy są w stanie to wykonać. - A Ewa spełniała wszystkie wymogi. Dlaczego odeszła? Miała już swój zespół muzyczny, była gwiazdą. Piwnicy nie było na nią stać. Nasze drogi się rozeszły.

Ze studiów zrezygnował, gdy okazało się, że musiał wyjeżdżać z Ewą Demarczyk za granicę na koncerty. - A tak naprawdę, to szkoła zrezygnowała ze mnie - dodaje z uśmiechem. - Zbyt wiele zajęć opuszczałem. Odszedłem z uczelni po III roku. Zaangażował się w prace dla Piwnicy. Czuł ten klimat, ludzi, podobało mu się to miejsce pod każdym względem. To była jego Piwnica, jego pasja, jego życie. W tym samym czasie, jeszcze w czasie studiów, pisał dla teatru. Zadebiutował muzyką do sztuki "Widok z mostu" Arthura Millera w reżyserii Jerzego Golińskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

- Wszelkie propozycje, jakie dostawałem, padały najczęściej w Piwnicy. Tam bywali bowiem różni artyści, reżyserzy i tam proponowali mi potem współpracę. Pracował z najlepszymi. W latach 60. związał się z Teatrem Starym. Komponował muzykę do wielu wybitnych spektakli reżyserowanych przez Andrzeja Wajdę, Konrada Swinarskiego, Jerzego Jarockiego. - To była wielka trójka. Dyrektorem Teatru był wówczas Jan Paweł Gawlik. Stworzyłem muzykę m.in. do "Dziadów", Wyzwolenia" "Nocy listopadowej".

Pisał również dla innych znamienitych reżyserów, takich jak Tadeusz Łomnicki, Krzysztof Nazar, Maciej Englert, Jan Szurmiej. Opowiada, że najwięcej komentarzy zebrała "Noc listopadowa" w reżyserii Andrzeja Wajdy. - Opinie były diametralnie różne. Ale ludzie chętnie to oglądali i słuchali..

- W Piwnicy byłem do śmierci Piotra. Potem u wielu artystów pojawił się dylemat, czy przerwać działalność, czy nie? - Ja byłem za i przerwałem. Inni kontynuowali tam pracę i czynią to do dzisiaj.

Skoncentrował się na muzyce filmowej i teatralnej. Najpierw były to obrazy dokumentalne. W filmie fabularnym zadebiutował w 1967 r., u Henryka Kluby w "Słońce wschodzi raz na dzień". Jest autorem muzyki do takich filmów jak "Monidło" i "Zaklęty dwór" Antoniego Krauzego, "Zmory", "Klucznik" i "Ucieczka z kina Wolność" Wojciecha Marczewskiego, "Golem" Piotra Szulkina, "Dolina Issy" i "Lawa" Tadeusza Konwickiego, a także do kilku obrazów Jana Jakuba Kolskiego. Ostatni raz skomponował muzykę do filmu fabularnego Marthy Meszaros "Imre Nagy" ("Niepochowany") w 2004 r.

Ze swojej przygody z filmem wspomina pracę do obrazu animowanego "Niebieska kula" wyreżyserowanego przez Mirosława Kijowicza. - Postanowiłem zrobić muzykę widowiskową. Zaprosiłem kilkanaście osób do chóru, które śpiewały, klaskały i tworzyły pewne tło. Problem i mój błąd polegał na tym, że bohater, pajacyk, był bardzo delikatny, rysowany cienką kreską, a ja go zgwałciłem moją muzyką. Nagrywaliśmy to w Warszawie, w nocy I pod koniec reżyser zniknął. Odnaleźliśmy go w WC. Wyszedł i powiedział: "Zniszczyłeś mi film. Muzyka zniszczyła obraz". Nie odebrał tego w kategoriach porażki. - To była raczej nauka, że jeśli mamy jeden obraz, czyli tylko scenę, to muzycznie nie można robić widowiska.

Miał jeszcze kilka podobnych przygód. - Pewien reżyser dał mi scenariusz sztuki. Wszystko, co proponowałem, uważał za wspaniałe. Po miesiącu nagrywamy, a on mówi, że ta muzyka jest nie do tej sztuki. Nie było łatwo, ale znaleźliśmy jakiś kompromis. Opowiada, że każde zlecenie traktował poważnie. - / bez znaczenia było, czy to był film trudny, czy lekki. Nie miało to także wpływu na czas pisania. Wszystko jest kwestią pomysłu. Zawsze jednak miałem wrażenie, że to, co mnie czekało, było trudne.

Do filmu ostatni raz napisał muzykę osiem lat temu. Był to wyreżyserowany przez Macieja Wojtyszkę obraz o samochodzie Karola Wojtyły "Święty interes". Natomiast dla teatru dwa lata temu skomponował muzykę do przedstawienia "Fantazy" w Teatrze Współczesnym w Warszawie w reżyserii Macieja Englerta; teraz pisze muzykę do "Wesela" Stanisława Wyspiańskiego w Teatrze "Gardzienice".

Do Piwnicy pod Baranami zagląda rzadko. Przy okazji jakiegoś jubileuszu albo opłatka. - To taki mój obowiązek i szacunek do tego miejsca. Kilka razy coś napisałem, ale stałego związku z Piwnicą nie mam... Teraz przygotowuję się do koncertu, ale potem może być przecież muzyka filmowa. Na nic się nie zamykam. Najlepiej jednak czuję się w komponowaniu do tekstu. Wtedy dotykam sedna, pewnych znaczeń psychologicznych. Chwilowo tego nie czynię, ale to najbardziej mnie inspiruje. I jak myślę, i na to przyjedzie jeszcze czas.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x