Artykuły

Cichy powrót teatru aluzji

Kilkanaście lat po zniesieniu cenzury do teatru powróciła polityczna aluzja. Publiczność dopatruje się polityki nawet tam, gdzie jej nie ma - pisze Roman Pawłowski w Gazecie Wyborczej.

Na scenie ustawiają się rzędem półnadzy aktorzy. Jeden z nich za pomocą lekarskiej igły przypina do gołej piersi kawałek płótna z wizerunkiem żółtej kaczki. Pozostali jak na komendę spinają sobie usta za pomocą klamerek w kacze dzióbki. I przy wtórze bębnów oddają wiernopoddańcze hołdy udekorowanemu przywódcy. Gdyby zamienić kaczkę na sierp i młot, mielibyśmy typowe przedstawienie polityczne z czasów PRL-u, jedno z tych, jakie powstawały w studenckich teatrach i kabaretach w latach 70. i 80. Jednak spektakl Teatru Wiczy z Torunia, z którego pochodzi scena z kaczkami, nie powstał w czasach komunistycznych. Premiera odbyła się w listopadzie ubiegłego roku, kilka tygodni po ostatnich wyborach, które wygrała partia braci Kaczyńskich.

Obywatel Wałęsa

Oficjalnie "Cesarz" Teatru Wiczy [na zdjęciu scena ze spektaklu] to przedstawienie nawiązujące do słynnej książki reporterskiej Ryszarda Kapuścińskiego o cesarzu Etiopii Hajle Sellasje. Jednak publiczność nie ma cienia wątpliwości, że chodzi tu nie o etiopskiego satrapę, ale o rodzimych przywódców z drobiem w nazwisku.

Jeszcze rok temu spektakl oparty na mruganiu okiem do publiczności byłby nie do pomyślenia. Aluzja, która była obowiązującym kodem w teatrze okresu komunistycznego, po zniesieniu cenzury straciła rację bytu. To, co poprzednio ukrywano między wierszami, po 1989 r. można było powiedzieć wprost.

Najpierw teatr stracił zainteresowanie tematyką polityczną, a gdy na początku nowego wieku do niej powrócił, mówił zupełnie nowym językiem. Jak w sztuce Macieja Kowalewskiego "Obywatel M." wystawionej w 2003 r. w Legnicy, inspirowanej biografią Leszka Millera, urzędującego wówczas premiera i szefa SLD. Czy w dramacie Pawła Demirskiego "Wałęsa. Historia wesoła, a ogromnie przez to smutna" opartym na wspomnieniach przywódcy "Solidarności". W obu przypadkach mówiono wprost, kto jest bohaterem przedstawień, w obu przypadkach na premiery zaproszono pierwowzory. Wałęsa przybył osobiście, Miller przysłał w zastępstwie jednego z ministrów. Obaj nie byli specjalnie zadowoleni z tego, że teatr tak otwarcie i krytycznie opowiada o ich biografii. Ale taka jest cena demokracji.

Publiczność wie swoje

Dzisiaj teatr wraca do języka z poprzedniej epoki, opartego na aluzjach, półsłowkach i parabolach. Co ciekawe, doraźne, polityczne znaczenie poszczególnym spektaklom narzuca sama publiczność. Tak jest w przypadku najnowszej inscenizacji "Tartuffe'a" w Teatrze Narodowym. Reżyser Jacques Lassalle nie umieścił w niej żadnych odniesień do współczesnej Polski, przeciwnie, na każdym kroku podkreśla, iż rzecz dzieje się w XVII-wiecznej Francji. Aktorzy noszą peruki, buty z klamerkami, surduty i kapelusze o średnicy bocianiego gniazda, w konwencjonalny sposób siadają i kłaniają się. Publiczność jednak wie swoje i wyławia z historii o religijnym szalbierzu, który omotał rodzinę Orgona, całkiem aktualne znaczenia.

Po słynnych "Dziadach" w reżyserii Kazimierza Dejmka, które wywołały Marzec '68, pozostały raporty odnotowujące wszystkie kwestie nagradzane oklaskami. To cytaty związane z władzą i Rosją: "Otóż jacy stoją na narodu czele", "Jeśli kto władzę cierpi, nie mów, że jej słucha", "Oni wyszukują przyczyny, by uniwersytety znieść", "Jak z Moskwy w Polskę nasyłają samych łajdaków stek".

Można by sporządzić spis kwestii, które wywołują żywe reakcje na spektaklach "Tartuffe'a" w Narodowym. Oto przykład: w jednej ze scen syn Orgona Damis odgraża się, że zabije Tartuffe'a. Przyjaciel domu Kleant (Jacek Mikołajczak) uspokaja krewkiego młodzieńca: "Zapanuj, proszę cię, nad emocjami, / Bo w naszych czasach, pod tymi rządami / Gwałtem się żadnych spraw nie rozwiązuje". Publiczność nagradza go rzęsistymi brawami.

Żywe reakcje wywołuje także następna kwestia Kleanta o przebiegłości Tartuffe'a: "Za mniejsze rzeczy intryga sądowa / W niezłą kabałę potrafi wpakować" - jakby nie chodziło o intrygi sądowe w XVII-wiecznym Paryżu, ale o któregoś ze współczesnych pieniaczy, na przykład o ministra Wassermanna i jego słynną wannę. Prawdziwy festiwal braw, śmiechów i komentarzy wywołuje finał przedstawienia, w którym wysłany przez króla Oficer (Marek Barbasiewicz) każe uwolnić Orgona i aresztować oszusta Tartuffe'a. Reżyser umieścił aktora w loży, w której często na premierach zasiadają przedstawiciele rządu. Stąd padają m.in. słowa: "Mamy monarchę! On tępi krętaczy; / On czyta w sercach, gdy wzrokiem nas mierzy; / Jego nie zwiodą knowania szalbierzy". Widzowie śmieją się i klaszczą, bo ta pochwała prawa i sprawiedliwości brzmi ironicznie - na scenie Orgon (Jerzy Radziwiłowicz) czeka jak zbity pies na wyrok, zdany na łaskę i niełaskę władcy.

Inteligencja wysiaduje kacze jaja

Atmosfera jest dziś tak naładowana politycznym napięciem, że nawet przedstawienia sprzed wyborczego zwycięstwa prawicy nabierają nowych znaczeń. Tak jest z "Samobójcą" Nikołaja Erdmana, którego wystawiła w Teatrze Współczesnym w Szczecinie Anna Augustynowicz. Satyra na Rosję sowiecką z lat 30. odbierana jest jako rzecz o aktualnej sytuacji politycznej w Polsce. Żywe reakcje wywołuje zwłaszcza monolog Aristarcha Grand-Skubika o inteligencji, którą autor przyrównuje do kur wysiadujących kacze jaja. Kaczuszki z kolei oznaczają u Erdmana proletariat. Grający Aristarcha Wiesław Cichy śpiewa ten monolog w konwencji pieśni z Piwnicy pod Baranami.

- Na premierze w lutym ubiegłego roku publiczność nie reagowała na treść, ale na śpiewaną formę. Wszystko zmieniło się po wyborach. Dzisiaj, kiedy śpiewam: "Wiele lat przesiedziała inteligencja na proletariacie, a proletariat ją wsadził do więzienia", ludzie umierają ze śmiechu - opowiada aktor.

Cichy przyznaje, że nie przepada za braćmi Kaczyńskimi, ale jego intencją nie było nadawanie monologowi aktualnych skojarzeń.

- Widocznie to jakoś podświadomie wylazło.

Z siebie się śmiejecie

Wybitny krytyk teatralny Konstanty Puzyna twierdził przed laty w tekście "Kilka słów o teatrze politycznym", że widz chce reagować politycznie w teatrze, "kiedy ma poczucie ważności swojej reakcji, kiedy czuje, że jako członek społeczeństwa ma w tym społeczeństwie coś do powiedzenia". Puzyna pisał te słowa pod koniec 1968 r., w momencie gdy wolność polityczna była brutalnie tłumiona.

Czy dzisiaj, w warunkach wolności słowa, aluzyjny teatr ma sens?

- Cieszą mnie te reakcje, widać, że teatr jest sztuką żywą. Ludzie natychmiast łapią, o co chodzi, a że odczytują spektakl w sposób przez nas niezamierzony, świadczy to tylko o ich inteligencji - mówi Wiesław Cichy.

Aluzyjny odbiór ma jednak dwa końce. Ożywia przedstawienie, ale redukuje jego sens. Publiczność ma satysfakcję, że dostrzegła ukrytą rzekomo krytykę, ale nie bierze jej do siebie. Śmieje się z władzy, zamiast śmiać się z siebie.

Czy nie lepiej mówić otwartym tekstem? Tak robi Przemysław Wojcieszek w najnowszej sztuce "Darkroom" wystawionej w Teatrze Polonia. Rzecz dzieje się w Warszawie po jesiennych wyborach, jeden z bohaterów opowiada publiczności, że poszedł do głosowania pijany i nad urną urwał mu się film. - Przez takich jak ja przegraliśmy - mówi.

Ten teatr robiony jest z myślą o widzu zamiast o nieistniejącym cenzorze. Czy to nie jest lepsza metoda niż puszczanie oka?

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x