Artykuły

Osiem lat, jedenaście miesięcy, i trzy dni, które wstrząsnęły

"Bzik tropikalny" w reż. Horsta D'Albertisa (Grzegorza Jarzyny) w Teatrze Rozmaitości w Warszawie. Pisze Maryla Zielińska w Didaskaliach.

Ostatnie przedstawienie Bzika tropikalnego zgromadziło 21 grudnia 2005 roku tłum, który szczelnie wypełnił widownię TR Warszawa - niby nie sztuka, sala nie grzeszy przecież przesadną pojemnością. Zainteresowanie musiało jednak przerosnąć przewidywania dyrekcji: kto nie zachował czujności i nie zarezerwował biletu odpowiednio wcześnie, mógł usłyszeć w kasie tylko zimne "spektakl zamknięty". Na widowni, na szczęście, nie tylko "znajomi Królika", trochę cywilów, jak starszy pan obok, który trafił na Marszałkowską z przewodnikiem po stolicy w ręku. Dla wielu była to podróż sentymentalna, do tego zimowego dnia sprzed blisko dziewięciu lat - 18 stycznia 1997 roku - kiedy niczego niespodziewająca się publiczność kolejnej premiery Teatru Rozmaitości zobaczyła debiutanckie dzieło Grzegorza Horsta d'Albertisa, nielicznym znanego wcześniej w Krakowie pod nazwiskiem Jarzyna. Była to podróż do zdziwionego entuzjazmu, pomieszania wzruszenia i śmiechu, które stworzyły tego wieczoru wyjątkową więź między twórcami a publicznością - jej wyrazem był spontaniczny dziki taniec, jaki wykonał przed kurtyną reżyser... w masce demona (w wywiadzie przyznał kiedyś, że działał w transie).

Koincydencja spontanicznej ekspresji oraz entuzjazmu, wzruszenia, śmiechu stworzyła nowy, zwłaszcza w Warszawie, kod porozumiewania się sceny i widowni - bezpośredniość, autentyzm obcowania, bez teatralnego konwenansu i sztampy. W pakiecie Rozmaitości znalazł się też poważny stosunek do warsztatu pracy, żadnej taniochy (co nie znaczy, że były tam później tylko udane premiery). Sukces Bzika tropikalnego był ożywczą niespodzianką, dał wiarę i siłę zespołowi, kupił wierną publiczność. Bez kredytu zaufania widzów, który otrzymał wtedy Jarzyna, Rozmaitości nie byłyby tak mocne. Choć kolejne dwie premiery zrealizował poza tym teatrem (niektórzy aktorzy szli za nim), to właśnie tu skupili się "ludzie Jarzyny". Po premierze Bzika... wyznał "Didaskaliom": "Pierwszy raz udało mi się stworzyć coś w rodzaju zbiorowej odpowiedzialności zespołu i doświadczyć odczuwanej wspólnie radości teatralnej przygody". Tak chyba jest do dziś.

Zielony spektakl, czyli ostatnia prezentacja tytułu schodzącego z afisza, rządzi się anarchicznymi prawami, artyści nie tylko widzom, ale także sobie nawzajem robią dzikie niespodzianki. Tej anarchii nie było wiele w środowy grudniowy wieczór: zaproponowano kilka przygotowanych wcześniej numerów. W jednej ze scen-snów z Nowego Wyzwolenia Henryk Fierce (Ryszard III) wyrzuca fatalnym mieszkańcom zamku w Anglii, że musiał w tej "poronionej farsie" uczestniczyć "osiem lat, jedenaście miesięcy i trzy dni".

W finale słowa Sydneya Price'a wypowiedziane do Ellinor w salonie Goldersów - "nieszczęście jest we mnie. Jest dwóch jakichś ludzi, którzy straszliwie walczą we mnie samym o kogoś trzeciego. Tym kimś mógłbym być, gdyby któryś z nich zwyciężył." - realizują się w zaskakujący sposób. Po raz pierwszy i ostatni nastąpiło wyzwolenie trzeciego "ja"... niestety, bliźniaczo podobnego do dwóch poprzednich. Jak pamiętamy, Golders i Jack tuszują zamordowanie Price'a przez Elli, pozorując samobójstwo. Za chwilę "klon" Sydneya lewituje z boku sceny. W zielonym przedstawieniu padł strzał, ale po wyciemnieniu na scenie zobaczyliśmy dwa ciała Sydneya Price'a, co w żaden sposób nie dziwiło Goldersów i Jacka, znów wyciemnienie i trzecie wcielenie Price'a ruchem zaklinanego węża podciągnęło się ku górze. Niczym dżin wypuszczony z butelki.

Ten ruch miał prefigurację w palarni opium, gdzie w podobny sposób z rąk zdumionego Jacka wysuwała się butelka. Sytuacji tej zabrakło w zielonym przedstawieniu.

W roli Jacka Brzechajło Adama Nawojczyka zastąpił Rafał Maćkowiak. Postać została ustawiona bardziej farsowo. Nie było w niej tej spontanicznej pasji doznawania tajemnic życia, ciekawości tego, co zakazane, jaką cieniował rolę Nawojczyk. W Jacku Maćkowiaka była jakaś beznadziejna pustka, ślad wcześniejszych doświadczeń, a entuzjazm do nowych doświadczeń życiowych wydawał się stylem bycia, który dziś nazwalibyśmy dubbingiem. Być może sprawił to bagaż ról zagranych przez tego aktora w Rozmaitościach (i nie tylko), przeważnie w realizacjach tak zwanej nowej dramaturgii.

W tę samą stronę zmierzała niegdyś dublura Magdaleny Cieleckiej w roli Ellinor Fierce-Golders. Jej Elli była wyrachowana, cyniczna, swym chłodem rozpalała mężczyzn do białości. Lodowatość charakteru i żar tropików - to była kolejna opozycja (świetnie znaleziona) tego przedstawienia, zbudowanego na rozmaitych dualizmach.

Już wtedy było widać, że teatr Jarzyny idzie za osobowością aktora, wsłuchuje się w jego wrażliwość, budując z niej świat spektaklu. Cielecka i Maćkowiak stworzyli bardzo dobre role, bardziej jednak odpowiadał mi wariant Bzika... oparty na nieoznaczonościach, w których gubili się nawet tacy wyrafinowani gracze, jak Ostaszewska w roli Elli. Jej perfidia nie mogła zagłuszyć wycia egzystencjalnej pustki (przykładem atak histerii kończący się wybuchem muzyki rockowej), nazwać tajemnicy przeznaczenia, które każe jej mordować kochanka po kochanku..

Przedstawienie u swego kresu podryfowało ku płyciznom atrakcyjnej komedii, zatracając głębie "zagadnień psychofizycznych" - mówiąc językiem Witkacego. Konstrukcja scenariusza, inscenizacji, reżyseria trzymają się mocno, bez zarzutu, aktorzy wciąż są bardzo sprawni, ale grają tak, jakby ich to tylko bawiło, jakby nie znajdowali już w Bziku... materii do wyrażania samych siebie, obchodzących ich tematów. Niegdyś, grając niemal realistycznie czy psychologicznie, uprawdopodobniali Witkacowskie pseudouniesienia, pseudometafizykę. Spektakl zmierzał ku odmętom pierwotności, tętnił dziwnymi rytuałami, które ogarniały faunę, florę, ludzi, kosmos - najwyraźniej podkreśliła to realizacja telewizyjna, za sprawą montażu gmatwająca linearnie prowadzoną w teatrze akcję. Pozbawione tych subtelności widowisko obnażyło szwy - grę konwencji i gatunkowych cytatów (tak niegdyś spektakl wypadł na festiwalu w Nitrze). W niej też można się rozsmakowywać, co udowodniło Zaryzykuj wszystko, ale wolałam tamten duszny klimat, konwulsyjny rytm, poezję, która rozładowywała się w śmiechu. Stary Bzik... był malowany światłem, bogatą sferą dźwięków, ten wydał się tylko sprawnie zmontowany.

Zielony Bzik tropikalny uświadomił z dojmującą siłą, jak daleko zaszedł ten teatr, a zwłaszcza aktorzy Rozmaitości, jak bardzo w ciągu tych dziewięciu lat, które upłynęły od premiery, zmieniło się pojmowanie przez nich gry, a w rezultacie jej wyraz. Działo się to za sprawą pracy z takimi a nie innymi reżyserami, nad takim a nie innym repertuarem, w rezultacie wyprowadzania aktorów z budynku teatralnego w rozmaite nieoswojone teatralną konwencją przestrzenie. Mimo że stanowią raczej konstelację niż zamkniętą grupę, bombardowani są aktorskimi "desantami" z zupełnie nowych środowisk, miejsc, a nawet krajów, stworzyli wyraźny styl, by nie powiedzieć: szkołę gry.

Okupioną zapewne dużymi kosztami własnymi (o to trzeba by ich precyzyjnie wypytać), ale skutkującą tym, że cień rutyny, słabsze zaangażowanie wewnętrzne natychmiast brzmi scenicznym fałszem. Mało mają sobie równych. To za ich sprawą wizyty w wielu innych teatrach wydają się podróżami w minioną epokę, w świat udawactwa.

Ostatniemu Bzikowi... towarzyszył gromki śmiech widzów, spektakl mógłby być tak grany jeszcze latami. Pytanie jednak, po co? Jako dowód na to, skąd wyszliśmy i dokąd zmierzamy? Słaby argument. Doskonale rozumiem, dlaczego Grzegorz Jarzyna jako dyrektor TR i reżyser przedstawienia zdjął je z afisza. To już była maskotka. A że nie powtórzył już dzikiego tańca (ale może to on zagrał sobowtóra Sydneya!?), tylko grzecznie ukłonił się ze sceny i z uśmiechem rzucił w publiczność balony... Nie ten przekaz, nie ta energia. Jan Kott radził, by Witkacego grać jako sztukę swego czasu. Przez pierwsze sezony Bzik tropikalny znakomicie wypełniał to zadanie, odpowiadał też miejscu, w jakim znajdował się zespół Rozmaitości. Teraz "ludzie Jarzyny" penetrują inne rejony, inną literaturę. Szkoda i nie szkoda. TR Warszawa stara się być żywym organizmem, dyrektor artystyczny co i raz podłącza go do generatora i zmienia fazę prądu.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x