Artykuły

Trójkąt, koło, kwadrat. 40-lecie teatru STU

Ten trójkąt znalazłem u Artauda i narysowałem go na ścianie w pierwszej siedzibie przy ul. Brackiej 15. W kole umieściłem go po "Spadaniu", a całość w kwadracie, gdy osiedliśmy na stałe przy ul. Krasińskiego - pisze Krzysztof Jasiński. Firmowy znak STU przez czterdzieści lat rozrastał się, zmieniał i stabilizował, całkiem jak ten teatr - pisze Joanna Targoń każdego Gazecie Wyborczej - Kraków.

Dla każdego pokolenia czy półpokolenia (bo w teatrze czas biegnie szybciej) widzów, nazwa STU oznacza co innego. Teraz STU to "Hamlet" z gwiazdorską obsadą, laserami i prawdziwym basenem, kabarety Rafała Kmity, a także spektakle, na których można się zabawić, posłuchać piosenek, popatrzeć na gwiazdy z bliska, bo sala niewielka, a scena otoczona widownią z trzech stron. Dla starszych nieco widzów - królestwo Bogusława Schaeffera w klasycznych już i wzorcowych wersjach familii Grabowskich i Jana Peszka. I "Opisu obyczajów" Grabowskiego. Jeszcze starsi wspominają pierwsze przedstawienia przy ul. Krasińskiego, w których grała stara gwardia STU - "Donkichoterię" czy "Tajną misję". Wcześniej był cyrkowy namiot na ul. Rydla, gdzie po "Pacjentach" wg "Mistrza i Małgorzaty" STU pokazywało rozbuchany witkacowski musical "Szalona lokomotywa", "Ubu Króla", "Operetkę". Dla wielu starszych jeszcze widzów ten prawdziwy teatr STU to "Spadanie", "Sennik polski" i "Exodus" - legendarne przedstawienia z pierwszej połowy lat 70., najlepszej epoki teatru nazywanego wówczas w Polsce studenckim, a gdzie indziej offowym czy alternatywnym. Najdawniejsze wspomnienia to druga połowa lat 60., kiedy studenci krakowskiej PWST założyli teatr.

Trójkąt

W pierwszych przedstawieniach założonego 20 lutego 1966 r. STU grali - i tworzyli je - głównie studenci PWST. Jan Łukowski, Krzysztof Jasiński, Jerzy Trela, Olgierd Łukaszewicz, Wojciech Pszoniak, Jerzy Schejbal, Wiesław Wójcik, Danuta Maksymowicz... Już w pierwszym sezonie działalności STU dało dziewięć premier; były to przeważnie współczesne sztuki z niewielką obsadą (Mrożek, Ionesco, Lagerkvist, Cocteau), wcześniej próbowane we fragmentach w szkole teatralnej. Najsławniejszym przedstawieniem (nagrodzonym na studenckim festiwalu w Erlangen) pierwszego etapu istnienia STU był "Pamiętnik wariata" wg Gogola, wyreżyserowany przez Jana Łukowskiego, z Jerzym Trelą, Mieczysławem Franaszkiem i Janem Łukowskim. Trela, absolwent liceum plastycznego, był też autorem scenografii. Jan Łukowski, świetnie zapowiadający się reżyser, dwa lata później wraz z grupą kolegów kończących studia przeszedł do teatru Rozmaitości (dzisiejszej Bagateli), gdzie założył grupę Proscenium. Jego tragiczna śmierć w 1970 r. zakończyła działalność grupy.

Krzysztof Jasiński od początku miał szerokie plany: widział STU jako teatr prowadzący kilka scen, pracujący kolektywnie nad przedstawieniami, biorący wspólną odpowiedzialność za kształt artystyczny i ideowy. Aby uniezależnić się od PWST, szybko powołał studio aktorskie. W 1968 r. teatr zyskał pierwszą siedzibę - pokój z kuchnią przy ul. Brackiej 15, gdzie na widowni mieściło się zaledwie 35 widzów.

"Jurek Stuhr kuł bruzdy w ścianach pod nowoczesne instalacje elektryczne, Jurek Trela wynosił gruz, a Krzysztof Miklaszewski szorował podłogi. Włodek Staniewski miał tam wesele, Franek Muła i Włodek Jasiński tam po prostu mieszkali, potem wprowadził się Xięciu - Andrzej Kuczmiński i grafik Jan Sawka. Jan Polewka zrobił tam pierwszą dekorację do Pożądania schwytanego za ogon Picassa, w którym Jurek Stuhr zagrał swoją pierwszą główną rolę, a Staszek Bysiewicz wyposażył scenę w jedwabną kurtynę napędzaną silnikiem magnetofonu Szmaragd. Przez Bracką 15 przewinęły się nas setki, aż się spaliła. Ja też tam jakiś czas mieszkałem. Popijałem wiśniówkę z Jaśkiem Łukowskim. Przychodził Wiesiek Dymny. Przyjeżdżał Jerzy Grotowski. Odbywały się pierwsze wigilie i pierwsze STU-lecia" - wspomina Jasiński w wydanej właśnie książce "Rodzina STU".

Koło

Kolektywna praca przyniosła świetne efekty. Bo choć początki STU były - według świadków - interesujące, teatr zdobył sławę i przeszedł do historii "pokoleniowo-polityczno-narodowym tryptykiem" (jak pisał Tadeusz Nyczek), czyli "Spadaniem", "Sennikiem polskim" i "Exodusem". "Spadanie", którego trzonem był poemat Różewicza ("człowiek współczesny spada we wszystkich kierunkach równocześnie to w dół w górę na boki na kształt róży wiatrów"), stało się głosem pokolenia; spektakl idealnie wstrzelił się w czas. Na najważniejszym wówczas festiwalu młodego teatru w Łodzi dostał główną nagrodę; był grudzień 1970 roku, ogłoszenie nagrody zbiegło się z przemówieniem Gierka... "Spektakl był gorący, posługiwał się bezpośrednim dialogiem z publicznością, uderzał w najczulej wówczas nastrojone struny społecznej wrażliwości, wywoływał emocje natychmiastowe" - pisał dziesięć lat później Tadeusz Nyczek.

Rok później odbyła się premiera "Sennika polskiego" (też na festiwalu w Łodzi); na tymże festiwalu zaprezentowały się z ostrymi spektaklami politycznymi inne gwiazdy teatru studenckiego - Teatr 77 ("Koło czy tryptyk") i Teatr Ósmego Dnia ("Jednym tchem"). "Sennik" - z podtytułem "wiwisekcja duszy polskiej" - był inny. Nyczek pisał: "Otóż rzecz dotyczyła naszego polskiego - jednostkowego i zbiorowego - stosunku do rzeczywistości bieżącej, do historii, do rozumienia samych siebie i innych ludzi. Przy pomocy polskiej literatury skonstruowano sceniczny kolaż, w którym dokonano analizy przyczyn aktualnego stanu zachowania i myślenia narodu". Literatura ta to m.in. Słowacki, Mickiewicz, Wyspiański, Kaden-Bandrowski, Konwicki, Gombrowicz, Mrożek... No i rozbudowana forma teatralna, muzyka Krzysztofa Szwajgiera, precyzja aktorska.

Trzeci spektakl tryptyku to "Exodus" (rok 1974) wg poematu Leszka A. Moczulskiego. Spektakl-obrzęd, pełen symboli, prostych prawd, muzyki, śpiewu, ognia, wody, dymu, nagości. Przyjmowany różnie - od zachwytów po wątpliwości. Wątpliwości dotyczyły zbyt wielkiego stopnia uogólnienia, a także formy, w momencie powstania spektaklu mocno już wyeksploatowanej. Nawiasem mówiąc, eksploatowanej niemiłosiernie przez kilkadziesiąt lat w różnych teatrach offowych. "Był to już tylko łabędzi śpiew pewnej formacji myślowej, także artystycznej" - pisał Nyczek. I dalej: "Kończyła się burzliwa młodość, zaczynał wiek męski".

Kwadrat

Pierwszym spektaklem "wieku męskiego" byli "Pacjenci" (1976). I pierwszym w nowej przestrzeni (bo trudno tu mówić o budynku). STU zyskało co prawda nowy lokal przy al. Krasińskiego, ale prawdziwą sceną był wielki cyrkowy namiot przy ul. Rydla. Praca nad "Mistrzem i Małgorzatą" Bułhakowa trwała prawie rok; spektakl rozgrywał się - zgodnie z tytułem - w szpitalu wariatów. Cyrkowa przestrzeń świetnie służyła "widowisku buffo" (taki był podtytuł), pełnemu zapierających dech scen, ognia, muzyki, groteskowemu i lirycznemu jednocześnie. Potem była w tymże namiocie "Szalona lokomotywa", musical wg Witkacego, z muzyką Marka Grechuty i Jana Kantego Pawluśkiewicza, z gwiazdami - Marylą Rodowicz, Jerzym Stuhrem, Markiem Grechutą. Według zwolenników - świetna, rzeczywiście szalona i anarchiczna zabawa, według innych - odejście Jasińskiego od tego, co było w jego teatrze ważne i skierowanie się w stronę komercji. I "Operetka", teatr zaskakująco tradycyjny, choć w namiocie.

W wyremontowanym budynku przy ul. Krasińskiego powstała "Donkichoteria", spektakl próbujący podjąć tematy "Spadania" i "Sennika polskiego", tyle że w innej rzeczywistości (premiera w grudniu 1980 r.). Ale "Donkichoteria" nie miała już takiej siły jak tamte przedstawienia. STU powoli zmieniał oblicze - stawał się miejscem, do którego zapraszano przedstawienia, aktorów i reżyserów, teatrem impresaryjnym. W latach 80. i 90. modna zresztą była teoria, że takie sceny to panaceum na wszelkie choroby strukturalne teatru. Powstawały też oczywiście spektakle Krzysztofa Jasińskiego, ale teatr nie miał własnego zespołu, więc zapraszano aktorów z zewnątrz. Największym tego typu przedsięwzięciem jest powstały na 35-lecie teatru "Hamlet", w którym każdą rolę obsadzono podwójnie (albo i potrójnie). Dopływ świeżej krwi zapewnił rodzinno-towarzyski zespół Mikołaja Grabowskiego. Sztuki Bogusława Schaeffera, a przede wszystkim świetny "Opis obyczajów" Mikołaja Grabowskiego wg Kitowicza (1990), który - innymi środkami - przypomniał złote czasy STU, teatru trafiającego w czas i nastroje społeczne. Od lat w STU panuje eklektyzm - występy gwiazd, recitale, kabarety, rozrywka sąsiadują z (niezbyt licznymi) pracami dyplomowymi studentów PWST czy dopiero rozpoczynających karierę reżyserów. Teatr okrzepł, osiadł i zmieszczaniał. Chyba nie mogło być inaczej; czterdziestolatek nie może już biegać po piasku, zresztą bieganie po piasku już nie w modzie.

Korzystałam z książek: Tadeusz Nyczek "Pełnym głosem" Kraków 1980, "Teatr STU" pod red. Tadeusza Nyczka i Macieja Szybista, Warszawa 1982, "Rodzina STU", Kraków 2006

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x