Artykuły

"BIESY" DOSTOJEWSKIEGO CZY WAJDY?

ZAKOŃCZYŁY się niedawno w Londynie występy "Starego Teatru" z Krakowa w ramach "Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego". Zjechał nad Tamizę zespół teatru im. Heleny Modrzejewskiej z miasta Stanisława Wyspiańskiego, jednego z najznakomitszych twórców i reformatorów polskiego teatru. Powitaliśmy w Londynie krakowskich aktorów jak najgoręcej. I tych ze starego pokolenia, znanych nam jeszcze z czasów przedwojennych, i tych młodych, którzy zdobyli szlify aktorskie w ostatnim dwudziestoleciu. Jakże inaczej mogliśmy ich tutaj powitać, aniżeli słowami Hamleta, skierowanymi do aktorów, przybyłych do zamku w Elsynorze: "Witajcie, mości panowie! Cieszę się że oglądam was w dobrym zdrowiu! ...O stary!... I ty piękna damo!... Witajcie nam wszyscy bez wyjątku... Będziemy jak francuscy łowcy rzucać się na wszystko, co ujrzymy...".

Zjechał więc "Stary Teatr" krakowski po raz pierwszy do Londynu, by dać ostatni akord tegorocznego festiwalu. Nad wejściem za kulisy umieszczono po napisach greckich, hiszpańskich, indyjskich czy włoskich, napis w języku polskim: "Wejście na scenę". Jest to tradycyjne, symboliczne powitanie zespołów teatralnych, które zjeżdżają na festiwal do teatru Aldwych. Wreszcie po pięciu latach nieobecności pojawił się znowu teatr z Polski. Grały tu przed laty teatry warszawskie. Rozbrzmiewał wiersz Fredry w "Dożywociu", błyszczały dialogi "Wesela", radował uszy soczysty, staropolski język Mikołaja z Wilkowiecka w "Historyi o Zmartwychwstaniu" cudownie przez Dejmka i nieodżałowanego Andrzeja Stopkę zmajstrowanej. Spektakle te wraz z utworami Sławomira Mrożka: "Zabawą" i "Czarowną Nocą" zostawiły trwały ślad w pamięci widzów londyńskich i wzbudziły prawdziwe zainteresowanie dokonaniami naszych teatrów.

"Stary Teatr" z Krakowa zaprezentował obecnie przeróbkę "Biesów" Dostojewskiego. Dzieło sceniczne głośnego reżysera filmowego Andrzeja Wajdy, wystawione w Krakowie w kwietniu ub.r. Trylogia filmowa Wajdy - "Pokolenie", "Kanał" i "Popiół i Diament" - należy już do klasycznego repertuaru współczesnego filmu europejskiego; jest powtarzana często na ekranach filmowych i telewizyjnych. Podziw wzbudził również jego ostatni film: "Krajobraz po bitwie". Wajda wystąpił obecnie w roli reżysera i inscenizatora teatralnego. Zapewne - jest to atrakcja dla widzów, ale o "Starym Teatrze" wiemy że należy pod względem repertuaru do najciekawszych teatrów w Polsce. Niedawno wystawił "Nieboską Komedię" w inscenizacji Konrada Swinarskiego, utwór, którego prorocza tematyka może z pewnością trafić do międzynarodowego widza, gra też obecnie z olbrzymim sukcesem "Szewców" Witkacego w reżyserii Jerzego Jarockiego. Spektakl ten mógłby wprowadzić Witkacego na sceny angielskie. "Stary Teatr" nie przywiózł jednak do Londynu żadnej, choćby z wymienionych tutaj sztuk, tylko adaptację "Biesów" Dostojewskiego. W latach poprzednich grany tu był "Idiota" z niezapomnianą, wstrząsającą kreacją Smoktunowsky'ego, w inscenizacji Teatru Gorkiego z Leningradu; widzieliśmy także "Zbrodnie i Karę" przywiezioną przez Teatr Powszechny z Warszawy. Teraz znowu - teatr z Krakowa prezentuje Dostojewskiego. Niestosowność tego wyboru odczuli także Anglicy, usprawiedliwiając w prasie tę decyzję przypomnieniem że Dostojewski miał w sobie także krew polską. Czułbym wielki żal do czynników, które tego wyboru dokonały, gdybym nie wiedział że decyzja leżała w rękach kierownika londyńskiego festiwalu, Piotra Daubeny.

Zaważyły chyba na jego decyzji dwa głośne nazwiska: Dostojewskiego i Andrzeja Wajdy. Teatr nie miał wyboru. A raczej miał tylko negatywny. Mógł w ogóle na festiwal nie przyjechać. Ale takiej decyzji nie można od żadnego teatru świata wymagać. Mógł tylko postawić twardo żądanie dołączenia do spektaklu "Biesów" kilku przedstawień, choćby "Szewców". Inaczej wyglądałaby wówczas wizyta naszego teatru. Grecja przywiozła w tym roku "Oresteje", Hiszpania - dramat Garcii Lorca, nawet Włochy - rodzimą farsę neapolitańską, tylko teatr polski poprzestał na przeróbce powieści genialnego, ale obcego pisarza.

Musiałem ten żal z siebie zrzucić, zanim zajmę się naszym widowiskiem. Trzeba z góry zaznaczyć że żaden spektakl polskich teatrów nie spotkał się w Londynie z tak wielkim zainteresowaniem publiczności i krytyki, jak właśnie ta przeróbka "Biesów".

Przekonywująca i odkrywcza była zwłaszcza inscenizacja plastyczna utworu. Można było w niej łatwo rozpoznać mistrzowską rękę i styl Wajdy. Ukazał on jakby błotnistą, szeroką drogę, czy słynny rosyjski trakt, jakieś roztopy, ciągnące się daleko aż po nawisły ciemnymi chmurami horyzont. Ten teren, z błyszczącymi kałużami, poryty śladami kół, rozmokły, błotnisty, jesienny, tworzył wraz z ciemnym, chmurnym niebem najwłaściwsze ramy dla utworu Dostojewskiego. Przedstawi tu Wajda - scenograf w syntetycznym skrócie atmosferę beznadziei, przepełniającej dusze bohaterów Dostojewskiego. Przejawił się tu charakterystyczny styl Wajdy, znany choćby z ostatniej sceny "Popiołu i Diamentu" - (śmierć Maćka na olbrzymim śmietnisku), czy teren "Krajobrazu po bitwie" - poryte granatami, rozdarte lejami od bomb, nie zarosłe nawet trawą, jałowe pobojowisko. Ten sam chwyt scenograficzny święci i w "Biesach" zasłużone sukcesy. Tworzy w jednej chwili właściwą atmosferę dla powieści Dostojewskiego.

Wątpliwości budzi jednak przeróbka sceniczna utworu. Wajda niszczy świadomie moment tajemniczości, która okrywa przeszłość i winę Stawrogina, odsłaniając już w pierwszej scenie "spowiedzi" grzech jego młodości - zgwałcenie 12-letniej dziewczynki i spowodowanie jej śmierci. Scena spowiedzi nie została, jak wiadomo, włączona do pierwotnego tekstu powieści. Nie ma jej także w świetnym polskim przekładzie "Biesów" pióra Tadeusza Zagórskiego. W teatrze umieścił ją Wajda jako prolog widowiska, czym nie tylko zniszczył tajemniczość i zainteresowanie niedopowiedzianą postacią bohatera, ale zagubił logikę powieści, nadaną jej przez autora. "Biesy" rozpoczął Dostojewski od ironicznego tonu satyry, potem przeszedł do komedii obyczajów, by w końcu dojść do dramatu i wstrząsającej tragedii. To stopniowanie utrzymał także w swej przeróbce Camus. W adaptacji Wajdy bohaterowie nie obnażają się przed nami w trywialnościach życia prowincji, nie poznajemy ich naprzód intymnie, nie śmieszą nas, pozostają dla nas obcy, dlatego w tragicznych splotach finałowych nie mogą nas wzruszyć. Zabrakło też charakterystycznego tonu ironii w opowiadaniach narratora.

Urywane, postrzępione scenki nie pozwalają skupić się na jednym, chociażby najważniejszym wątku, reżyser splata akcję z krótkich jakby scen filmowych. Nie dysponując w teatrze tak istotnym środkiem ekspresji, jakim jest w sztuce filmowej powiększenie i operowanie fragmentem postaci, próbuje zastąpić te konwencje - odpowiednim natężeniem świateł reflektorów, nie zawsze szczęśliwie. Ta urywkowość (wada zresztą wielu przeróbek scenicznych z powieści) nie pozwala rozegrać się, rozgrzać aktorom, utrudnia im nawiązanie nici porozumienia z widzami; znamy postacie tylko od zewnątrz, natomiast ich wnętrza pozostają dla nas zamknięte. Chyba pomyłką Wajdy było nieuwzględnianie żywej widowni. Nie liczy się on z obecnym na spektaklu widzem, którego reakcje i emocje stanowią przecież istotny czynnik sztuki teatru. Dlatego też widowni teatru Aldwych w Londynie nie przejęły losy bohaterów Dostojewskiego, nawet sugestywnie ukazana scena samobójstwa Stawrogina, nie przyspieszyła bicia serc. Wiele pięknie skomponowanych scen straciło przez to konieczną sugestywność.

Diabłom czy biesom, ukazanym w czarnych kapturach, jakby Ku-klux-klanu, wyznaczył Wajda podwójną rolę. Spełniały czynności maszynistów teatralnych, zmieniając scenerię, czy ustawiając meble, a równocześnie mieszając się w sprawy ludzi. Opętanym dopomagały w ich dziele niszczenia siebie i innych. Czarna postać biesa, siedzącego na wozie chłopskim podczas śmierci starego Wierchowienskiego pozostanie mi na długo w pamięci. Podobnie w scenie finałowej, diabły niosą sznur wisielczy, one to zakładają pętlę, w którą włoży głowę Mikołaj Stawrogin. A może to także tylko teatralni maszyniści przygotowują potrzebny rekwizyt? Ta podwójna rola techniczna i strukturalna budziła wątpliwości. Nie byłem jeszcze w piekle, ale przeraźliwe wycia z głośników, rozmieszczonych na sali, trzaski, świsty i wzmocniona do niemożliwości kakofonia głosów nie dopomagały w tworzeniu diabelskiej atmosfery widowiska, przeciwnie, raziły jakimś prymitywnym trikiem. Czasem można było dosłyszeć jakieś przyciszone chichoty i przyspieszone słowa; na nich należało poprzestać.

Zdyscyplinowany zespół "Starego Teatru" dawał ze siebie wszystko, co tylko mógł, w tych niewdzięcznych dla siebie warunkach. Może Jan Nowicki w roli Mikołaja Stawrogina mógłby stworzyć postać bardziej przekonywującą i znaleźć w sobie ten nieprzeparty urok, którym bohater powieści uwodzi i czaruje zarówno kobiety jak i mężczyzn, gdyby jego sceny nie były tak niemiłosiernie okrojone i poszatkowane. Stworzył w każdym razie pamiętną sylwetkę. Piotr Wierchowienski w wykonaniu Wojciecha Pszoniaka to jedna z najciekawiej ujętych postaci sztuki. Klaunowsko ruchliwy, bezpośredni, przemieniający się w jednej chwili ze służalca w konspiratora siejącego zło i zbrodnię, fascynował swymi nieoczekiwanymi przemianami. Trzy zadurzone w Mikołaju kobiety, Liza, Dasza i Maria znalazły doskonałe odtwórczynie w Annie Halcewicz o nieprzeciętnej wiośnianej urodzie, Marii Rabczyńskiej, pełnej słodyczy kobiecej, i Izabeli Olszewskiej, która dała przejmującą i bardzo prawdziwą sylwetkę kulawej, na pół obłąkanej Marii Lebiadkin. Nie dał reżyser większego pola popisu świetnej aktorce Zofii Niwińskiej, odtwarzającej władczą, silną matkę Stawrogina, Warwarę Pietrowną. Za to wyglądała pięknie, wnosząc na scenę klasyczną, arystokratyczną urodę dziewiętnastowiecznej damy. Musze podkreślić znakomite wprost kostiumy Krystyny Zachwatowicz. Nie przekonała mnie jednak zbyt współczesna marynarka księdza w prologu i niepotrzebnie groteskowy strój popa w scenie śmierci Wierchowienskiego.

Na zakończenie trzeba stwierdzić że widowisko było dziełem nieprzeciętnej osobowości twórczej Andrzeja Wajdy, ale nie było to właściwie w pełni dokonanie teatralne. Ujrzeliśmy nie najlepszą przeróbkę sceniczną obcego, chociaż genialnego pisarza w opracowaniu świetnego reżysera filmowego i scenografa, jakim jest niewątpliwie Wajda. Wątpię jednak czy można ten spektakl nazwać dziełem reprezentacyjnym słynnego "Starego Teatru" z Krakowa.

Ze smakiem i interesująco urządzona w foyer teatru Aldwych wystawa dokonań "Starego Teatru", ukazuje na fotograficznych planszach historię tej sceny od czasów, gdy występowała na niej Helena Modrzejewska. Daje też przegląd bogatego repertuaru teatru od "Nieboskiej Komedii", poprzez "Sen Nocy Letniej", "Tango" Mrożka, "Małą dziewczynkę" Różewicza, do "Szewców" Witkacego.

Wystawa ta mówi wiele o możliwościach i dążeniach artystycznych "Starego Teatru" i jego obecnego dyrektora, Jana Pawła Gawlika, autora jednej z najciekawiej ujętych książek o sztuce aktora p.t. "Twarze teatru". Będziemy oczekiwać następnej wizyty zespołu "Starego Teatru" z Krakowa, ale tym razem już z polskim repertuarem.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x