Artykuły

Czas idola: 70 lat temu urodził się Zbigniew Cybulski (1927-1967)

Gdyby żył obchodziłby dziś 70. urodziny. Czy nadal pozostawałby przede wszystkim Maćkiem Chełmickim z "Popiołu i diamentu", czy też może miałby w dorobku inne, jeszcze wspanialsze role? Jak toczyłaby się artystyczna droga Zbigniewa Cybulskiego, gdyby nie tragiczna i przedwczesna śmierć zimą 1967 roku?

Jakoś trudno wyobrazić sobie Cybulskiego w sytuacji dostojnego jubilata. Rację chyba miała Agnieszka Osiecka, dzieląc się w swoich "Rozmowach w tańcu" taką oto refleksją: "Ludzie twierdzili, że los zabrał tak wcześnie Zbyszka, gdyż on nie miał koncepcji dorosłości. Nie był w stanie, nie potrafił być dorosłym panem z brzuszkiem, samochodem, willą. I ja też inaczej nie mogę go sobie wyobrazić jak tylko jako chłopaka w czarnej kurtce, okularach, wiecznie dokądś biegnącego".

Grać siebie

W tamten fatalny poranek; też się śpieszył. Zginął na dworcu we Wrocławiu, pod kołami pociągu, w sposób rzec można "filmowy", bo przywołujący na myśl scenę z "Pociągu" Jerzego Kawalerowicza. Tragiczny koniec wpisał się w mit, stał się jego częścią. To skłoniło i wciąż skłania do odczytywania biografii aktora poprzez fatum ciążące nad jego losem. Sława, której nie zdołał udźwignąć i jej gorycz, której musiał zakosztować, fascynująca osobowość, szczerość i otwartość w kontaktach z ludźmi, którzy nie zawsze odpłacali uczciwością i lojalnością, życie ponad miarę intensywne, w wiecznym pośpiechu i zawsze trochę na bakier z czasem, talent, który nie w pełni umiano wykorzystać.

We wspomnieniach o Cybulskim uparcie powraca jeden motyw: szukanie analogii między życiem a sztuką, zgodności ekranowego wizerunku z rzeczywistym i prawdziwym. ..We wszystkich filmach grał siebie, przez całe życic grał właściwie tę samą postać" - twierdzą zgodnie krytycy i reżyserzy, aktorzy - przyjaciele. To argument koronny potwierdzający prawdziwość i autentyzm jego aktorskiej sztuki

Dramat sukcesu

W zawodzie aktora, bardziej niż w jakimkolwiek innym, potrzebny jest przysłowiowy łut szczęścia, polegający na spotkaniu odpowiedniej osoby w odpowiednim momencie. Są tysiące znakomitych aktorów, których ta szansa omija. Są i tacy, którym trafia się już u schyłku zawodowej kariery. Pierwsza duża i, jak się później okazało, życiowa rola Zbigniewa Cybulskiego, była tą, która "trafiła w swój czas". Na planie "Popiołu i diamentu" doszło do spotkania dwóch artystów, reżysera i aktora, którzy umieli się znakomicie porozumieć, prezentowali podobne myślenie.

W filmie Andrzeja Wajdy trzydziestojednoletni aktor wykreował postać, która urosła do rangi symbolu, stanowiąc - według jednego z krytyków - elektrokardiogram nastrojów pokolenia. Zgodność wizji reżysera z osobowością aktora, tworzącego swoją kreację nowocześnie i ryzykownie, ba nawet, świętokradczo, bo wbrew stereotypowi młodego konspiratora, dały znakomity rezultat. "Popiół i diament" przyniósł Cybulskiemu sukces, ale i dramatycznie zaciążył na jego karierze. Postać Maćka Chełmickiego stała się bowiem "szufladką", do której zamknięto aktora. Przytłaczała ciężarem, którego nie potrafił udźwignąć. "Zbyszek, peerelowski koleś, z którym każdy typek był na ty" - napisał po latach Tadeusz Konwicki, obrazując konsekwencje tej popularności.

Współpraca z Andrzejem Wajdą, owocna także na deskach teatru ("Kapelusz pełen deszczu" w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku) nie miała, niestety, dalszego ciągu. Za rolą Maćka nie poszły następne - równie ciekawe propozycje. Ani na scenie, ani w filmie.

Jednorazowy autentyzm

To prawda, że lepiej sprawdzał się w filmie niż na scenie. Jan Kreczmar, charakteryzując istotę jego aktorstwa, określił je mianem "autentycznego i jednorazowego". W filmie więc grywał dużo, znacznie więcej niż w teatrze, ale nie umiano go wykorzystać. Zbyt często obsadzano wbrew, z. czego zresztą sam zdawał sobie sprawę. Pragnął ról bohaterów, "którzy są po dobrej stronie" a grywał różne postaci. Marzył o roli Wokulskiego w ekranizacji "Lalki". Chciał się wyrwać z "szufladki". Nie zagrał Wokulskiego, nie otrzymał scenariusza napisanego specjalnie dla siebie, nie zdążył skorzystać z intratnej propozycji wystąpienia w amerykańskiej telewizji w "Tramwaju zwanym pożądaniem". Byłby może pierwszym polskim aktorem, zdobywającym tamtejszy rynek.

Był jednak artystą wszechstronnym, czego dowiódł już na początku artystycznej drogi, jeszcze w Sopocie, dokąd wraz z Lidią Zamkow i grupą kolegów przyjechał z Krakowa po studiach. Wybrzeżowe lata to pierwsze teatralne role, barwny czas "Bim-Bomu" i "Teatru Rozmów". To stąd wyrwał go film i Warszawa, której nigdy nie zdołał polubić.

Czas sprawił, że na "polskiego Jamesa Deana" patrzymy dziś inaczej. To, co w jego aktorstwie kiedyś jednych irytowało, a innych zachwycało nowatorstwem w stylu amerykańskim, inaczej wygląda z perspektywy naszych obecnych filmowych doświadczeń. Spory o nieszczęsną dykcje i braki techniczne wydają się teraz bez znaczenia. Po prostu dlatego, że chociaż nie wszystkie filmy przetrwały próbę czasu, indywidualność Cybulskiego, tego "idola pokolenia Kolumbów" nadal z ekranu emanuje. W komedii, w opowieści kostiumowej, w dramacie.

Nie ma kina bez gwiazd. Ale choć tyle lat minęło i weszło już w życie tyle nowych aktorskich roczników, tylko dwaj artyści mogli z nim się w jakimś stopniu równać. Popularni, bulwersujący, kontrowersyjni: Daniel Olbrychski i Bogusław Linda. Następni buntownicy, rzucający wyzwanie swoim czasom, mówiący z ekranu głosem swego pokolenia.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x