Artykuły

Nikt nikogo tam nie skrzywdzi...

Na popularną praktykę uteatralniania powieściowych gatunków patrzymy raczej z rezerwą, podejrzliwie. Myślę, że z uzasadnieniem używam tu liczby mnogiej. Zbyt wiele było doświadczeń - nie tyle może smutnych, ile żenujących. A adaptacje, które były niewątpliwymi sukcesami scenicznymi?

Wtedy jedno z dwojga: albo w samym utworze niescenicznym immanentnie tkwiły wartości sceniczne, które adaptacja wydobyła i ujawniła - albo na kanwie wersji oryginalnej powstawało nowe dzieło, bardzo tylko ogólnie związane z pierwowzorem. W praktyce obie te możliwości splatają się, a ilość wariantów rozwiązań, od takich np. Martwych dusz po Matkę Gorkiego - Brechta, nieprzebrana.

Ze wspomnianą powieścią Steinbecka jest trochę inaczej. Niczego tu w gruncie nie trzeba ujawniać i wydobywać, przynajmniej w warstwie tekstowej. Nie trzeba nawet dawać własnego układu scen. Teatr nie wychodzi poza dialog powieści, drobne retusze tekstowe nie maga być istotne. Dwa razy scena w plenerze, trzy dekoracje, wnętrz. Poważniejsze uscenicznianie kompozycji i dialogu, wszelkie większe odstępstwa od oryginalnego układu, są nie tylko niepotrzebne - byłyby właśnie dla specyfiki teatralnej szkodliwe. Wypadek gatunkowej zbieżności oryginalny, wskazuje też chyba, że skondensowanej materii literackiej Myszy i ludzi bardziej termin noweli, niż powieści się godzi.

Teatr nie wychodzi tu poza powieść. Ale czy powieść w całości "przekłada się" na scenę? Nie. Zależność przypomina tu dwa koła tak wzajemnie usytuowane, że jedno mieści się w całości w drugim. Nie ma nawet wspólnego punktu środkowego. Teatr daje mniej. Inaczej, mimo zgodności dialogu, schematu akcji i kompozycji. Czy gorzej? Powiedziałem: inaczej, nie gorzej czy lepiej.

Bardzo oszczędne w słowa opowiadanie Steinbecka zaczyna się od sporego opisu zarośli nad kalifornijską rzeką Salinas. Pojawienie się ludzi poprzedza przyroda. Rytm ich kroków wtapia się w rytm intensywnej ciszy upalnego wieczoru. "Na piaszczystym brzegu siedziały króliki nieruchomo jak małe, szare, rzeźbione kamienie". Potem króliki bezszelestnie znikają, czapla "ciężkim lotem spłynęła w dół rzeki", "przez chwilę wszystko zamarło w ciszy zupełnej". I wtedy wchodził dwóch bohaterów.

Żaden teatr nie zagra takiego preludium. Próby teatralnych ekwiwalentów byłyby żałosne, śmieszne. Można bardziej lub mniej taktownie zaznaczyć tylko miejsce pierwszej sceny. Tak też postąpił nowohutnicki Teatr Ludowy. I ta pierwsza scena będzie na scenie nieuchronnie inna. Lennie i George będą mówić te same słowa, ale już picie wody z rzeki tu będzie teatralnym gestem bez znaczenia, tam było ważnym momentem sytuacyjnym, nastrojowym, "siedziało" organicznie w obrazie. W zakończeniu pierwszego obrazu nie usłyszymy skowytania kojota, nocny wiatr nie kołysze sykomorami.

Przyroda obecna jest w całej opowieści. Nie jest tłem, jest ważnym współaktorem. Historia psa-starca na scenie jest nieuchronnie tylko epizodem, który już na zasadzie tylko intelektualnej łączymy z finałem tragicznym przyjaźni dwóch najemników. Rozbudowanie sprawy psa, historii ze szczeniakiem, myszami - nadanie tym sprawom takiego wymiaru, jaki mają u Steinbecka - byłoby scenicznym nietaktem, nie mogłoby się udać, najsprawniejszy naturalista temu nie podoła.

Scena morderstwa żony Curleya w stajni. Niedziela po południu: "Wypoczywające konie kończyły zwolna resztki siana, tupały nogami, gryzły zębami drzewo żłobów i potrząsały łańcuchami kantarów. Popołudniowe słońce prześlizgiwało się przez szpary w ścianach szopy i kładło jasne smugi na sianie. W powietrzu rozchodziło się rozleniwione buczenie much". W tej świetlnej, akustycznej i "biologicznej" atmosferze odbywa się monolog Lenniego ze zdechłym szczeniakiem. Po uduszeniu żony Curleya "cisza rozpostarła się w szopie". "Ta sama cisza, która opada w upalne popołudnie na rancho." Gołąb przelatuje przez otwarte drzwi. Tylko suka nad swymi szczeniętami z cicha zawyła. "Żona Curleya leżała przykryta do połowy sianem. Całe jej moralne ubóstwo, jej niezadowolenie z życia, jej plany na przyszłość i pożądanie zwrócenia na siebie uwagi znikły z jej twarzy. Stała się całkiem ładna i pełna prostoty, twarz jej nabrała słodyczy młodości." Mała, głupia kurwa stała się już tylko częścią przyrody. A cisza w szopie, "jak to nieraz bywa... trwała znacznie dłużej niż chwilę. Dźwięk zanikł i ruch zanikł na dłużej, znacznie dłużej niż chwilę". A potem "czas stopniowo odzyskał swoje prawa i obudziwszy się ruszył..." Teatralna pauza nie może skończyć się ponownym ciężkimi stąpaniem "odczarowanych" z ciszy koni za przegrodą.

Jeszcze przykład. Ostatnia scena tragedii. Ta sama zielona, głęboka zatoka nad rzeką Salinas. Wieczór, cisza, spokój, daleko słońce na zboczach gór Gabilan. Przyjemny cień. "Wąż wodny prześliznął się gładko, przekręcając swoją podobną do peryskopu głowę z jednej strony na drugą. Przepłynął przez całą zatokę aż ku nogom czapli stojącej bez ruchu na płytkiej wodzie. Głowa jej i dziób wykonały tylko jeden, absolutnie bezdźwięczny ruch i uchwyciły węża koło głowy. Zniknął w dziobie, z którego przez moment widać było ogon miotający się rozpaczliwie." Potem powiał wiatr, nastała znowu cisza, ukazuje się Lennie.

Przyroda w powieści Steinbecka jest obserwowana rzetelnie. To nie mitologia, nie antropomorfizm, nie symbolizm, ale Kalifornia, określone okolice, określone pory dnia. Jeżeli nawet zapada niezwykła cisza, to autor przypomina, że tak "nieraz bywa", tak rzeczywiście bywa w upalne popołudnia w miejscach odludnych. Pełna sprawdzalność obrazów przyrody nie znaczy tu jednak, że jej obecność sprowadzona jest do funkcji tła, dekoracji. Współistnienie przyrody z akcją ludzką jest bardzo trudnym do określenia elementem dodatkowym tragizmu. Toteż nie symboliczne dublowanie losów ludzkich, ale raczej ukazanie dwóch kręgów istnienia: natury i człowieka. Jeden jest wielki, toczy się wedle żelaznych praw - krąg spraw ludzkich jest mniejszy. W świecie natury jest prawda, bezlitosna, zawsze ta sama. W życiu ludzkim są marzenia o kraju, gdzie "każdy będzie dobry", gdzie "nie będzie już żadnej biedy ni zmartwienia". Zdziecinniałemu idiocie mówi o tym bajkowym, innym życiu jego przyjaciel. Potem strzela mu w łeb. Przyroda nie marzy. Przyroda nie zabija z miłości. Oba kręgi toczą się razem, ale losy ludzkie, tak przecież mocno i beznadziejnie od przyrody zależne, są jednak inne. Przyroda nie bywa tragiczna. Jej wszechobecność podkreśla to co własne, nasze, w biologicznym początku i świadomym końcu.

W teatrze owa współakcja natury niemal znika. Charakter utworu się zmienia. Ludzkie sprawy wychodzą na scenę bez przymieszki. Bardziej społecznie; mniej filozoficznie. Z większą konkretnością, a jednocześnie ubożej. To niewątpliwie i plusy i minusy zarazem. Pierwsza scena jest nieuchronnie uboższa. Sceny w dosłownym sensie kameralne wypadają bardziej równoważnie. Wydaje mi się, że plusem teatralnej, wizji Myszy i ludzi jest mocniejszy akcent na stosunkach Lenniego z Georgiem. Oczywiście, na takiej ocenie mogła zaważyć wybitna i głęboka realizacja tych dwóch ról w Teatrze Ludowym. Ale chyba nie tylko. Dialogowy ekstrakt Myszy i ludzi, jaki pokazano nam ze sceny, jest tragiczną opowieścią o przyjaźni. Opowieść o wiernej przyjaźni "jest tragiczna, to prawda. Ale w tragizmie, w mężnym przeciwstawieniu się losom, tkwi zawsze coś wielkiego. Beznadziejna nawet walka nie jest poddaniem. Lennie i George są silni, bo są dwaj, bo: "My sobie nawzajem pomagamy i dlatego w piekle damy sobie radę i sam diabeł na to nie poradzi". W powieści Steinbecka węże wodne przepływają przez zatokę zielonej rzeki Salinas. Co pewien czas, ze statyczną dokładnością przyrody, czapla chwyta płynącego węża. Tego w teatrze nie możemy zobaczyć. W ostatniej scenie śmierć Lenniego jest logicznym, jedynie ludzkim finałem jego wielkiej przyjaźni.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x

Używamy plików cookies do celów technicznych i analitycznych. Akceptuję Więcej informacji