Artykuły

Dobra, mądra robota

Tydzień temu zabrnąłem w optymistyczne rozmyślania o krakowskiej aurze artystowskiej. Żałują, że tak się mało i mało wymownie napisało. Sympatyczne to wszystko bardzo, pouczające - już chociażby w teatrze specjalnie krakowska "jedność przeciwieństw" manifestuje się przykładowo. Od Szaniawskiego na jednej scenie, do Bałuckiego na drugiej. Od zdyscyplinowanego intelektualizmu "Antygony" po programową pozatreściowość "Kineform". Autentyczne starożytności, mniej pono autentyczny Adamov, stara moderna, młoda moderna. Paryskie żurnale sprzed pierwszej i sprzed trzeciej wojny. Sam smak. Wszakże niefikcyjny stosunek do krakowskiego akademizmu i krakowskiej moderny chwyta się dopiero poza Krakowem. W Nowej Hucie.

Projektodawcy nowego miasta mieli, jak wiadomo, nie tylko czysto ekonomiczne cele na widoku. Nie spodziewali się jednak pewnie, że akurat teatr w Nowej Hucie potrafi w pewnym momencie stać się jakąś całkiem realną przeciwwagą poczynań artystycznych potężnego sąsiada. Ostatnia premiera Teatru Ludowego w Hucie jest mocną przeciwwagą, jest zarazem uzupełnieniem wachlarzyka krakowskich "izmów". To jeszcze inna, mądra propozycja współczesnej sztuki teatralnej.

Zespół Teatru Ludowego, pracujący pod kierownictwem Krystyny Skuszanki, nie potrzebuje w roku 1957 ani reklamy prasowej, ani życzliwych zachęt. Jeżeli słyszy się jeszcze wątpliwości, czy geograficzna lokalizacja tego zespołu akurat w Nowej Hucie jest najszczęśliwsza, to zmilkły jednak bezczelne porady, czym to ten teatr ma być, jak ma grać. Porady te należy tak właśnie charakteryzować - jako bezczelne - gdyż dawano je przy akompaniamencie wielkiego biadania nad brakiem indywidualności twórczych, własnego stylu, własnego profilu artystycznego zespołów itp. Jak już taki własny styl, profil, indywidualność właśnie jest (a jak często się z tym spotkać?) to przynajmniej nie przeszkadzajmy!

Zespół Teatru Ludowego nie potrzebuje zachęt, bo upartą, konsekwentną serią dobrych premier zdobył powszechne uznanie. Oczywiście, młody ten zespół bardziej się spodobał starym majstrom z wiedeńskiego Burgu, niż równie starym luminarzom narodowym, ale to zrozumiałe. Ostatnią premierą, jaką widziałem w Teatrze Ludowym, i był "Jacobowsky i Pułkownik" Franciszka Werfla *). Jest to - mym przynajmniej zdaniem - najciekawsze z dotychczasowych przedstawień nowohutnickich. To rzetelny sukces, a kilka tej rangi przedstawień już by starczyło, by między bajki włożyć krakanie o ogólnym w Polsce kryzysie sztuki teatralnej (sztuki, nie ekonomiki teatralnej).

"Komedia pewnej tragedii" Werfla to utwór o wszelkich cechach dojrzałej politycznej satyry. Może nawet trzeba powiedzieć szerzej: to na polityczne tło rzucona analiza mentalności społecznej. Bohaterem i głównym przedmiotem analizy jest polski szlachcic i pułkownik Tadeusz Umieralski. Kontrbohaterem jest S. L. Jacobowsky, z pochodzenia polski Żyd, człowiek, który "w ucieczce i traceniu zyskał rutynę". Rzecz dzieje się w czerwcu 1940 we Francji. Obaj bohaterowie uciekają przed inwazją hitlerowską. Losy ich wzajemne są bardzo oryginalnie splątane - wspólny samochód, kobieta, ratowanie sobie życia, cała seria awanturniczych perypetii i tragicznych perspektyw - starcia ich mentalności wśród tych osobliwych sytuacji dają asumpt autorskim analizom. Sztuka Werfla obiegła sporo już scen w Europie. U nas nie grana dotąd, pewnie przez wzgląd na podwójne niebezpieczeństwo przedstawienia pary tytułowej (Żyd - szlachcic).

Reżyser (Jerzy Krasowski) nie brutalizował satyry, nie uprościł Wertlowskich paradoksów o szlacheckim, polskim i wojskowym animuszu pułkownika. Przeciwnie, "dal mu szansę", a Jerzy Przybylski zagrał Umieralskiego z perfidią świadczącą wspaniale o jego aktorskim kunszcie: pułkownik jest szlachetny, odważny, ba, sympatyczny często - jednocześnie zaś anachronicznie, absurdalnie śmieszny. Zamiast jakiegoś smętnego bebeszenia w wiecznych przywarach narodowych (bo można by na siłę i w tym kierunku sztukę orientować) dostaliśmy ostro przyprawioną, racjonalną humorystykę.

Równie subtelnie jest postawiony na nowohutnickiej scenie cywilizacyjny i ideowy oponent pułkownika, S. L. Jacobowsky (Jerzy Horecki). To absolutnie nie jest pokazywanie "dobrego" w zestawieniu ze "złym". Ideowa aktualność sztuki i inscenizacji Krasowskiego nie polega na takim prymitywizowaniu. Jacobowsky swoim istnieniem, swoją ludzką normalnością i ludzką godnością ośmiesza heroizmy pułkownika, dewaluuje je. Ludzka normalność Jacobowskiego obiektywnie może w określonych sytuacjach stać się autentycznym bohaterstwem. Styl życia i myślenia Umieralskiego, anachroniczny i śmieszny, może w tych samych sytuacjach graniczyć z czystą głupotą i z czymś gorszym.

Reżyseria jest subtelna i precyzyjna nie tylko w wypadku pary tytułowej. Mamy tu do czynienia z wybitnie udaną "kompleksowością" pracy teatralnej. Nie na zasadzie abstrakcyjnej równorzędności elementów widowiska, ale na zasadzie mądrego użycia tego wszystkiego, co stało do dyspozycji. A tego było dużo. Zespół aktorski Teatru Ludowego jest w sposób widoczny lepszy, niż przed jakimś rokiem. Nie dlatego, że Danuta Korolewicz była sympatyczną Marianną, że doskonały był sługa i ordynans pułkownika Szabuniewicz (Franciszek Pieczka), że Edward Rączkowski, z temperamentu i głosu aktor komiczny, tak pięknie zagrał Tragicznego Pana. Rzecz chyba nie polega nawet na tym, że aktorsko przedstawienie było w całości udane, że z przyjemnością patrzyło się na jakiś epizod z Szoferem (Edward Skarga), czy na doskonałego Oberżystę (Wojciech Rajewski). Po prostu widać po przedstawieniu Werfla, jak cały zespół doskonali swój styl, jak jest dobrze zgrany. Swobodne operowanie konwencją realistyczną, zdolność do szczęśliwego łączenia celowej scenicznej umowności ze sprawdzalną treścią ludzkiego działania - te cechy teatru Skuszanki wydają się specjalnie cenne. Zespół nie odchodzi tak sobie z machnięciem ręką od starej iluzjonistycznej zasady aktorstwa. Ma ambicje szukania nowej, bardziej wszechstronnej formuły realizmu, opartej o solidne tradycje sprawności warsztatowej, wzbogaconej umownością współczesnej techniki.

W pełnej harmonii z reżyserem był scenograf. I kostium i plastyka sceniczna w ręku Józefa Szajny balansuje na krawędzi groteski, realizmu, czystej formy teatralnej, syntetyzującej aluzji. Scenografia nie jest barwnym obrazem dla siebie, ze swej strony pracuje z wielkim powodzeniem nad tym, co nazwaliśmy formułą nowego realizmu. Kostium Marianny jest trójkolorowy jak sztandar francuski, a jest też ciekawie skrojoną suknią. Tak właśnie jak Marianna sama jest na pograniczu metafory i zwyczajnej codzienności. Pułkownik ogląda przed ucieczką z Paryża dwie chabety - pojawiają się tylko groteskowe cienie ich łbów na ekranie, inne konie byłyby w tej reżyserii i całości plastycznej nieznośne. Urządzenie baru jest całkowitą fikcją, stoliki stoją na oddzielnych osobliwych podeścikach, a przecież nie tylko taka aluzja do kształtu zwyczajnego wystarcza - tylko taka aluzja jest właśnie niezbędna dla sensowności całej sprawy. To nie może być ani abstrakcyjny dialog postaw, ani "bytowa" historyjka o ucieczce przed Niemcami.

Scenograf trafił równie dobrze jak reżyser w nasz, aktualny sens wystawiania Werfla. W styl aluzji intelektualnej. Szkoda aż, że reżyserowi nie zmieściła się w koncepcji scena ucieczki przed Niemcami na wspólnym tandemie św. Franciszka i Żyda Wiecznego Tułacza. Ta scena była akurat pisana do scenograficznej wersji "Jacobowskiego", jaką dał Szajna.

Spektakl doskonały, mądrze i efektownie zrobiony, politycznie aktualny, skrzy się od inteligencji żywej, ostrej, odświeżającej. Są, jak mnie informowano, kłopoty finansowe ze sprowadzeniem tego przedstawienia do stolicy. Nie powinno ich być.

*) Teatr Ludowy Nowa Huta. Franciszek Werfel: "Jacobowsky i Pułkownik". Przekład Juliusza Kydryńskiego i Edmunda Osmańczyka. Reżyseria Jerzego Krasowskiego. Scenografia: Józef Szajna. Muzyka: Jerzv Breisticzker. Polska prapremiera: 20.I.57.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x