Artykuły

A cappella ABBA

"Moja Abba" Tomasza Mana w reż. autora w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej XX Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Chciałoby się powiedzieć o tym tekście, że jest pokoleniowy, choć kalendarz się trochę nie zgadza. Gdy w roku 1976 szwedzki zespół ABBA wystąpił w polskiej telewizji - i był jedyną popową gwiazdą tego kalibru, którą udało się ściągnąć za żelazną kurtynę - Tomasz Man, autor sztuki "Moja ABBA" miał osiem lat. Aliści jeśli nawet sam nie doświadczył był na własnej skórze abbamanii, jaka wtedy zapanowała nad Wisłą, to umiał sobie dziś celnie odtworzyć tamten świat, który młodszym od nas rodakom jawi się jak pozbawiona wszelkiego prawdopodobieństwa, źle napisana fantastyka. Świat z dwoma(!) dostępnymi programami telewizyjnymi, wypełnionymi, jeśli chodzi o rozrywkę wyłącznie gwiazdami rodzimej i sąsiednich, socjalistycznych estrad. Świat w którym nadprzyrodzonym cudem udało się sprowadzić słynny kwartet, nakłaniając ich menadżerów do zgody na nędzne honoraria płacone w walucie niewymienialnej na jakąkolwiek inną, więc właściwie bezwartościowej. Czwórce Szwedów ponoć podobała się Warszawa, po której spacerowali; dziwili się tylko, że w sklepach muzycznych nie ma żadnych ich płyt. Nieszczęśni nie wiedzieli, że jedną ze specjalności programu "Studio 2", gdzie wystąpili, był program "Muzyka lekka, łatwa i przyjemna", bardzo świetny zresztą, polegający na tym, że brało się światowe przeboje, pisało do nich polskie teksty i dawało śpiewać Halinie Kunickiej albo Jerzemu Połomskiemu, oczywiście bez płacenia komukolwiek jakichkolwiek tantiem. Taki to był kraj lat temu czterdzieści, czyli tysiąc.

Błyszcząca świecidełkami, ubrana w stroje wyprodukowane przez obcą cywilizację ABBA była synonimem wszystkiego, czego tu nie było. Od spodni dzwonów po wolność. Mogła ogniskować w sobie całe organiczne pragnienie wyrwania się stąd. Tak w każdym razie opowiada o ABBie Tomasz Man, celnie chwytając nastroje swego dzieciństwa. Jego nostalgiczno sentymentalna sztuka opowiada o kobiecie ciężko trzepniętej na temat ABBy, znającej na pamięć cały repertuar zespołu, zamęczającej ulubionymi melodiami pokolenia dzieciaków w szkole gdzie uczy, tudzież sąsiadów, gdy z balkonu w prowincjonalnym mieście sunie jeden po drugim pamiętne przeboje. Jej obłęd nie jest toksyczny, ani złowróżbny, ale jest zakręcony do imentu, nieokiełznany. Trochę nieznośny, ale sympatyczny, i, powiedziałoby się, łagodny. Z dużym taktem, bez dęcia w trąby tragedii, Man odsłania dramatyczny aspekt swej opowiastki. Chcieli uciec do Sztokholmu - na wielki koncert, w toku tej historii dosłowny i symboliczny naraz. Uciekali szybowcem - jej ówczesny chłopak umiał pilotować. Rozbili się. On zginął, ona wyszła ze szpitala po sześciu miesiącach. Z ABBą w głowie.

Żeby wrócić do tamtych wydarzeń, dramatopisarz wymyśla dość efektowne perypetie, łącznie z podróżą w czasie, podczas której bohaterka rozmawia z sobą samą i ze swoim narzeczonym, usiłując ich odwieść od fatalnego lotu. Te sekwencje sztuki mają fantasmagoryczny, wizyjny charakter, z - co najważniejsze - dobrze usytuowanym gdzieś na granicy realności i dobrze sportretowanym, żelaznym po zaciśnięte zęby pragnieniem ucieczki, bez zważania na koszty i niebezpieczeństwa. To pewnie najlepsze fragmenty sztuki. Gorzej wypada sfera współczesna: satyra na poczciwego męża urzędnika, któremu żona abbistka przynosi wstyd i zakłóca karierę w burmistrzowskim urzędzie, na pazerną córkę, na reżyserka hochsztaplerka z telewizji, co akurat przejeżdżał, zauważył naszą wariatkę i chce zrobić z niej tanie show, takie, jakie się dziś robi. Dość niewyszukane to koncepty. Chociaż przecież sztuka napisana w słupku, rodzajem białego wiersza, z rytmizującym, żywym pulsem mowy, nieomal w głos podpowiada potrzebę osadzania jej w chwytach formalnych, odrealniania, odpotoczniania, umuzyczniania toku mowy. Dotychczas jednak nikt tego nie robił.

I też dotychczas wystawienia "Mojej ABBy" nie były sukcesami, choć, owszem, podobały się publiczności i utrzymywały się dość długo na afiszu - w Katowicach, gdzie reżyserowała Katarzyna Deszcz i w Kielcach, gdzie wystawił sztukę sam autor. W obu przypadkach jednak warstwa satyryczna była dla utworu nieznośnym balastem. Aktorzy grający skarykaturowane postacie męża-urzędnika, córki, reżysera ze stolicy, nie znajdowali dla nich innego tonu niż wygłup z tandetnych kabaretów. Komediowe realia prowincjonalnej Polski z telewizyjną szmirą w tle wypadały ciężko dosłownie, męcząco przyziemnie, cały urok abbowego wariactwa jako antidotum gdzieś się ulatniał. Tyle, że Krystyna Wiśniewska-Sławik w Katowicach i Joanna Kasperek w Kielcach miały wyraźną frajdę ze śpiewania starych przebojów i umiały tę przyjemność przerzucić do nas, na drugą stronę rampy.

I to był właściwy patent.

W kolejnej "Mojej ABBie", wystawionej (znów przez autora) we wrocławskim Capitolu w ogóle nie ma realiów: scenografii, kostiumów, sytuacji. Jest tylko podium: krzesła dla muzyków, pulpity, mikrofony. Kwartet wykonawców zjawia się w czarnych, koncertowych strojach. Śpiewają evergreeny ABBy, rozłożone na cztery głosy, bez instrumentalnego podkładu, a cappella, czasami w stylu, w jakim muzykowali niegdysiejsi Novi Singers, czasami z perkusją imitowaną ustami, niekiedy pojawiają się też gagi typu płyta się zacina. Jest w tych popisowych numerach imponująca swoboda, jest znakomita klasa wykonania. I jest radość, z jaką Justyna Antoniak, Helena Sujecka, Maciej Maciejewski i Konrad Imiela składają się w kwartet, słuchają się nawzajem, wypuszczają na solówki i popisy. Jest ekstaza zbiorowego muzykowania, rodzaj błogiego zapamiętania. Bardzo bliski sensowi opowieści.

A między poszczególnymi przebojami aktorzy muzycy, nie zmieniając pozycji, lekką zmianą tonu, paroma słowami odpowiednio wyliczoną frazą skróconego tekstu, przedstawiają swoje postacie. Rysują je szkicowo, powściągliwie, więc gdzieś się szczęśliwie natychmiast gubi natrętność satyry, ciężka kreska. Konrad Imiela demonstruje prowincjonalną tępotę męża abbistki - i bawi się nią jednocześnie, na chwilę wchodzi w skarykaturowaną postać i już zaraz wraca do śpiewania. Maciej Maciejewski w podobny sposób na parę chwil, na, by tak rzec, parę taktów wciela się w pożal się Boże warszawskiego celebrytę, ale nie na nim się koncentruje, tylko rzuca się w wokalistykę. I dobrze - bo materiału na sceniczną postać ma właśnie tyle: na krótkie wejście. Na uśmiech. Koncepty Heleny Sujeckiej są z lekka za grube (śpiewanie i jedzenie chipsów na raz to lekki koszmarek), za to Justyna Antoniak rozkwita w popisowych numerach ABBy tak, jak rozkwitały jej poprzedniczki. Jej porywający odjazd w śpiewie, jej bez przesady niebiańska przyjemność, jej - i całej czwórki - rozkosz niekłamanej scenicznej wolności, to wszystko razem trzyma w górze tę historyjkę o czasach ze szlabanem na ABBę. Pozwala jej na lot nad szlabanami.

Dobrze, nie żaden kosmiczny, bez przesady. Ale taki w sam raz, by mieć niegłupi wieczór. O ilu widowiskach z dnia codziennego polskiej sceny da się to z taką pewnością powiedzieć?

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x