Artykuły

Dalszy ciąg "Sprawy Dantona"

WROCŁAWSKA prapremiera "Thermidora" to dokonanie repertuarowe i teatralne niemałej miary, to zamknięcie trylogii scenicznej Stanisławy Przybyszewskiej, której twórczość, do niedawna niesłusznie zapomniana, należy z pewnością do najciekawszych zjawisk w dramaturgii lat międzywojennych.

Za życia autorki wystawiono tylko dwa razy, i to bez poważniejszego sukcesu, jej najbardziej ważki utwór - "Sprawę Dantona" (napisaną ostatecznie w r. 1929). Dopiero inscenizacja Jerzego Krasowskiego z roku 1967 stała się swego rodzaju odkryciem i artystyczną nobilitacją tej sztuki, przywróciła jej pełny teatralny blask i rangę. Nie było to oczywiście dziełem przypadku. Twórczość Przybyszewskiej, mieszcząca się w nurcie dramatu politycznego, istotnie odpowiadała reżyserskiemu temperamentowi Krasowskiego. Ten krąg poszukiwań repertuarowych stanowił nie od dziś jego pasję. Dlatego też uzyskawszy zasłużony sukces inscenizator "Sprawy Dantona" pozostał wierny utworom Przybyszewskiej - w roku 1969 zaprezentował we Wrocławiu w teatrze telewizyjnym jej debiut - "Dziewięćdziesiąty trzeci", a obecnie sięgnął po ostatnie już brakujące ogniwo, po "Thermidora".

Te trzy kolejne teksty - mimo wszystkich dzielących je różnic, posiadają jeden wspólny mianownik, jeden wspólny temat, są próbą społeczno-psychologicznej analizy doświadczeń Rewolucji Francuskiej. Jej dzieje wydawały się Przybyszewskiej materiałem obserwacyjnym najbardziej uniwersalnym, modelem sytuacji najbardziej reprezentatywnym. Nawiasem mówiąc - "Thermidor", będący w planie fabularno-problemowym swoistym dalszym ciągiem "Sprawy Dantona" - został napisany wcześniej, bo w roku 1925, i to - na domiar komplikacji - w języku niemieckim. Autorka usiłowała w ten sposób przełamać panującą w kraju zmowę milczenia wokół swoich prób dramaturgicznych. Wprowadzając "Thermidora" na którąś ze scen niemieckich miałaby przecież szansę wypłynąć na szersze wody. Niestety, te ambicje okazały się bezowocne. Dramat nie doczekał się teatralnej realizacji, pozostał wśród materiałów pisarki, skompletowanych przez prof. Stanisława Helsztyńskiego, który dokonał również przekładu sztuki na język polski. Dziś, po raz pierwszy, z opóźnieniem lat kilkudziesięciu, oglądamy ją na scenie.

Powiedzmy to od razu - "Thermidor" nie dorównuje skalą i głębią problematyki "Sprawie Dantona". Nie tyle z tego powodu, że ma inną, znacznie bardziej kameralną strukturę, ale dlatego, że Przybyszewska ukazuje w tym tekście losy Rewolucji Francuskiej, dramat postaw ludzi z nią związanych w sposób poznawczo jednostronny. Widać wyraźnie, że pisarka, nie całkiem panuje nad problematyką i konstrukcją utworu, główny konflikt rozwija się przede wszystkim w kategoriach wąsko psychologicznych, nie troszcząc się o jego wszechstronne i pełne uwierzytelnienie. Dużo tu jeszcze uproszczeń w warstwie motywacji łatwych efektów, pustej modernistycznej elokwencji. A wrażenie to, niestety, potęguje dodatkowo nie najlepszy, dość ubogi językowo i stylistycznie przekład. Autorkę "Thermidora" nie stać po prostu na tak dojrzałą i samodzielną interpretację historii, jaką odnajdujemy w "Sprawie Dantona".

W tamtej sztuce Przybyszewska potrafiła bezbłędnie uchwycić ów charakterystyczny moment pierwszego przesilenia Rewolucji, kiedy lud Paryża - bezpośredni kreator wydarzeń - schodzi już ze sceny, ale pozostaje realną siłą, którą mogą manipulować różne ugrupowania polityczne. Zaczyna się więc okres ich brutalnej rywalizacji, gry o władzę, terroru skierowanego nie tylko przeciwko zwolennikom monarchii, ale i szalejącego bez ograniczeń w samym obozie Rewolucji. Okazuje się, że gilotyna jest narzędziem uniwersalnym.

W te obiektywne realia wpisany został konflikt między Dantonem - pełnym witalności i pasji, zadufanym w swą popularność trybunem ludowym - a "Nieskazitelnym", działającym metodycznie, konsekwentnym aż do fanatyzmu Robespierrem. Pojedynek tych dwóch indywidualności - prowadzony zresztą w wielkim stylu - to najbardziej fascynujący wątek "Sprawy Dantona". Autorka pisząc finałową scenę tej sztuki, scenę rozmowy między Rabespierrem a Saint-Justem, właściwie streściła fabułę "Thermidora". Zwycięzca, wydając na śmierć Dantona, z całą okrutną jasnością rozumie, że w perspektywie wypisuje wyrok i na siebie. Wie, że w zaistniałej sytuacji musi uruchomić mechanizm terroru - cofnięcie się oznaczałoby zgodę na stan pogłębiającej się anarchii - ale jest także świadomy najwyższej, tragicznej ceny tej decyzji.

To względna równowaga racji rozstrzyga właśnie o formacie "Sprawy Dantona". To dzieło bezspornie wybitne. "Thermidor" jest jego dopełnieniem, epilogiem sprawy Robespierre'a. Tym razem konflikt rozgrywa się między nim, a jego sztabem - Komitetem Ocalenia Publicznego. Ale ta konfrontacja jest znacznie mniej dramatyczna, nie ma w niej miejsca na starcie równorzędnych postaw równorzędnych systemów wartości. Pozostaje więc tylko zaskakująco przenikliwe studium gry machinacji i intryg, afery politycznej spreparowanej przez równie tchórzliwych, co bezwzględnych komparsów Robespierre'a. Spisek przeciwko niemu przygotowuje grupa ludzi, którzy czują się zagrożeni, skompromitowaniem własną dotychczasową działalnością. Skazując go na gilotynę, chcą po prostu ocalić siebie, własne kariery, wygody, przywileje. Nie więcej. Gra nie toczy się tu o względy doktrynalne, ale doraźne pragmatyczne. Szykująca zamach stanu koalicja zawiązuje się nie na zasadzie wspólnoty przekonań, lecz jedynie wspólnoty interesów. I "Nieskazitelny" musi ten pojedynek przegrać - nie tyle z opozycją, co z samym sobą, z własnym programem permanentnej rewolucji. Raz puszczonego w ruch mechanizmu terroru nie da się już zablokować. Jest to reakcja lawinowa, której nie zatrzymają żadne, nawet najsłuszniejsze racje. Dlatego końcowe monologi Robespierre'a o potrzebie pokoju, stabilizacji, walki z naturą ludzką w imię "Natury Człowieka" pozostaną tylko litanią pobożnych życzeń, utopią pokonanego przywódcy.

Nie w pełni rozumiem, dlaczego Krasowski wystawił "Thermidora" na scenie Teatru Polskiego. Jest to przecież sztuka obsadowo skromna, dość statyczna, oparta przede wszystkim na warstwie słowa, na bezpośrednim zderzeniu postaw i argumentów wszystkich kontrpartnerów, Usytuowanie dramatu na dużych planach nie pozostało bez konsekwencji. Aktorzy grając przed wielką widownią nie żałują głosu i ekspresji, prowadzą dialog w sposób niekiedy przeakcentowany, zbyt zewnętrzny, zbyt teatralny. Przyjmując ten kierunek Krasowski wyeksponował nieuchronnie pewną retoryczność utworu, nie dość pamiętając o precyzyjnym wycieniowanym psychologicznie rysunku postaci. Jeśli chciał w ten sposób "podnieść" czy uhonorować sceniczną rangę. "Thermidora", to uzyskać w konsekwencji efekt nie najcenniejszy. Wolałbym to przedstawienie widzieć na scenie kameralnej - bardziej dyskretne w środkach, bardziej skupione i gęste w aurze, a utrzymane w ekspresji. Myślę, ze reżyser nieco przecenia tkwiące w materiale literackim walory i możliwości. Dlatego potraktował sztukę z nadmiernym pietyzmem, niezbyt radykalnie w nią ingeruje, nie osiągając dostatecznej kondensacji. Łatwo odnieść wrażenie, że Krasowski postanowił za wszelką cenę zrobić z dramatu Przybyszewskiej widowisko. Ale na te koncepcję zabrakło, niestety, w tekście pokrycia.

"Thermidor" w sensie konstrukcyjnym dzieli się na dwie różnie zbudowane części. Jedna odsłania kulisy spisku, druga rejestruje przede wszystkim argumenty strony przeciwnej - Robespierra i Saint-Justa. O ile pierwsza część przedstawienia posiada bogatszą akcję, jest bardziej unerwiona, reżyser prowadzi ją ostro i dynamicznie, z widoczną troską o możliwie wyrazistą charakterystykę postaci, o tyle później, w scenach zdawałoby się kulminacyjnych - napięcie słabnie, spektakl traci tempo, nie zyskuje intensywności klimatu.

Wiąże się to oczywiście też ze sprawą realizacji aktorskiej. Wykonawcy zaprezentowali niewątpliwą sprawność rzemiosła, ale nie stanowili dość wyrównanego zespołu. Z grupy spiskowców najbardziej pełne sylwetki stworzyli: Witold Pyrkosz - znakomicie sportretowany mistrz intrygi i prowokacji, legendarny Fouche oraz Andrzej Polkowski - Billaud-Varenne, jedyny uczestnik koalicji, którego stosunek do Robespierre'a jest w istocie psychologicznie złożony i niejednoznaczny. Również Janusz Peszek jako Saint-Just przekonywał umiarem, umiejętnością koncentracji, czystością wyrazu.

Za to mieszane refleksje budzi interpretacja roli Robespierre'a przez Igora Przegrodzkiego. Bardzo cenię tego aktora, jego dojrzałość i bogactwo warsztatu. I tym razem stworzył postać klarowną w rysunku, ale pozostawiającą wyraźny niedosyt. Jego Robespierre jest może przemyślany w koncepcji, lecz za mało w nim wewnętrznej wibracji, poczucia słuszności własnej postawy i narastającej fali niepokoju, autoironii i pasji pełnej siły dramatycznej. Sądzę, że nie ułatwił aktorowi zadania i sam tekst, w którym postać ta została zarysowana dość koturnowo i blado. W o ileż korzystniejszej sytuacji był Przegrodzki w "Sprawie Dantona".

Nie ulega wszakże wątpliwości jedno. Dobrze się stało, że Jerzy Krasowski zrealizował prapremierę "Thermidora". Jest to z pewnością - mimo wszystkich określonych słabości - sztuka ambitna i ciekawa, godna teatralnego odkrycia i dyskusji, zasługująca na trwałe miejsce w repertuarze naszych scen.

Przybyszewska - "Thermidor". Przekład - Stanisław Helsztyński. Opracowanie tekstu i reżyseria - Jerzy Krasowski, scenografia - Wojciech Krakowski. Prapremiera na scenie Teatru Polskiego - luty 1971.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x