Artykuły

Julian Tuwim zborsuczony

"Tuwim jest jesz­cze bardziej złośliwy ode mnie" - dowo­dził swemu przyjacielowi na "konspiracyj­nym przedpołudniu" w Jaszczu­rach w roku 1968 Antoni Słonim­ski. Na co profesor Karol Estre­icher - junior odpowiadał z uśmieszkiem: "Julek jest przede wszystkim... mściwy\ zwłaszcza w pisaniu!" Po czym dodawał ze smutkiem: "Bal w Operze to rzecz rozkoszna! - ale tak na­prawdę to nikt jeszcze nie odwa­żył się wydać całości! Bal wszystkich boli, ha, ha, ha..."

Oj, nie lubił ani piłsudczyków, ani nowej inteligencji PRL-u pro­fesor Karol, zagorzały zwolennik i przyjaciel Władysława Sikor­skiego. Oj, nie lubił... A rację miał w stu procentach. Napisany 60 lat temu "Bal w Operze" to jeden z najbardziej zjadliwych w pol­skiej historii literatury paszkwili na polityczny establishment. Na prominentach II Rzeczypospolitej nie zostawił rzeczywiście Tuwim suchej nitki. Ciosy były zaś nie­zwykle skuteczne i dzięki przeni­kliwej inteligencji, z jaką Tuwim nicował kabotyństwo, mitomaństwo i dojmującą niemożność działania z wyjątkiem "lewych ge­szeftów" elity, i dzięki formie, któ­rą oprawił swoją rozprawę ze wszystkim i wszystkimi. Tuwim w tym utworze stanął na wysokości zadania awangardzisty, który zawsze powinien iść na całość.

To też było główną przyczyną, że ci "wszyscy polscy święci" od prawa do lewa zjednoczyli się, że­by "Bal" zniszczyć. Podstawą uni­cestwienia poematu stały się de­cyzje drukowania "Balu w Ope­rze" w... kawałkach, i to kawał­kach politycznie dane wydawnictwo czy gazetę satysfakcjonują­cych. Tuwimowi odebrano więc satysfakcję twórcy, który właśnie w ten poemat włożył całą swoją poetycką siłę i demaskatorską od­wagę. Pełny tekst, opublikowany dopiero w roku... 1982, wyraźnie o tym mówi, negliżując ograni­czenia umysłowe licznych kryty­ków, atakujących Tuwima z pozycji katolickich, antysemickich, narodowych i obyczajowych.

Idąc do warszawskiego Teatru Rozmaitości, który przejął całą estetykę ambitnej scenki przy Szwedzkiej 2/4 i który w zesta­wie warszawskich teatrów miej­skich wyróżnia się poszukiwania­mi repertuarowo-formalnymi ("Szał łowienia motyli" według Brunona Schulza, "Do Damasz­ku" Augusta Strindberga, "Peep-show" George'a Taboirego, "Ze­staw podróżny do śmierci" we­dług Susan Sontag, czy też trzy jednoaktówki Becketta), liczyłem na ucztę, której nie zakosztowali ani Słonimski, ani Estreicher. Do­datkowym argumentem na rzecz spędzenia wieczoru przy Mar­szałkowskiej była postać Alek­sandry Domańskiej, kobiety inte­ligentnej i wyrafinowanej.

Rzeczywistość artystyczna okazała się jednak okrutna. Okrut­na jednakowo i dla autora, i dla wi­dzów. Tekst pocięty, niczym przez cenzurę, służyć miał realizacji najgłupszego z pomysłów. Otóż panna Domańska wymarzyła sobie, iż rozegra akcję na obskurnym podwórzu jeszcze bardziej obskur­nej kamienicy czynszowej i ta "rzeczywistość zdegradowana " podniesie do kwadratu amplitudę przeżyć jej mieszkańców, niedo­puszczonych, odrzuconych i żyją­cych na marginesie "zwyczajnych ludzi". Szok zatem, jaki miała przeżyć widownia, podnieść mia­ła prowokacja wizualna.

Niestety, zarówno Romanowi Woźniakowi, autorowi scenogra­fii i Katarzynie Kępińskiej, pro­jektantce kostiumów, wyobraźni nie stało, by wyjść poza stereo­typ knajackiego tła telewizyj­nych showów z papiermache. Podobnie aktorzy z wytrawnym Lechem Łotockim zawiedli na ca­łej linii i stworzyli nieudane odbi­cia bohaterów Wiecha. Twórcy przedstawienia swoim pseudoawangardowym myśleniem zrobili Tuwimowi "niedźwiedzią przysługę". Żaden z młodszych widzów, przyzwyczajonych do koszmarnego slangu polskiej uli­cy końca wieku i chamstwa, emanującego z polskich publicz­nych zgromadzeń nie zrozumie, na czym polegała Tuwimowska prowokacja i dlaczego poetę po­tępiano w czambuł. Nuda zaś, ja­ka płynie z warszawskiego przedsięwzięcia, jest wprawdzie programowa (Kataryniarz - Łotocki, kręcąc uporczywie korbą, przynudza polorecytacją Tuwimowskiej "Nudy"), ale trudno ją wytrzymać w krótkim, godzin­nym zaledwie przedstawieniu.

Marząc o przerwie, której nie ma, z trudem dotrzymuje się do końca. Jedynym żywszym odru­chem jest irytacja z tekstowej sieczki, wśród której dosłyszeć można nawet strofy "Dwóch Mi­chałów" i żaden bogoojczyźniany toast ani państwowotwórcze hasło, jakimi Tuwim upstrzył "Bal", nie mogą nas wyrwać z otępienia. Przedwojenni kom­batanci byliby pannie Aleksan­drze głęboko zobowiązani. Po­dobnie jak nacjonaliści wszelkich maści i sfrustrowani katoliccy or­todoksi. Dokonała eksperymentu na miarę Miczurina: zapładniając wspaniały tekst głupawym pomy­słem, zniwelowała całkowicie je­go wartość. Witkacy powiedział­by krótko: Tuwim zborsuczony. Nic gorszego autorowi przytrafić się nie może, gdy każdy - nawet tak tragiczny, jak niżej - wiersz obraca się przeciwko niemu:

"Miasto też ma smutek, też ma zadumanie:

Są w nim dziwni ludzie, co stoją przy ścianie.

Stoją z pochyloną na bok gło­wą ludzie,

Może są zmęczeni, może śnią o cudzie".

Wszystko się zgadza - powie­działem sam do siebie stojąc obok innych: otępiałych i zdziwionych widzów w kolejce do szatni. Przy­szliśmy na "bal", który zastąpiła nie przygotowana "prywatka".

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x