Artykuły

Zatańczyć czardasza

Fotel, w którym siedział podczas jubileuszu otaczały bukiety słoneczników, lewkonii i niecierpków A wszystko dlatego, by ANDRZEJ KOZAK, aktor Starego Teatru, obchodzący w tym roku 50 lat pracy artystycznej, poczuł się jak w swoim ogrodzie.

Ukochanym miejscu relaksu, zdumy i refleksji. Miejscu, o którym opowiada z miłością i z właściwym sobie poczuciem humoru.

- Ten ogród jest moją oazą spokoju, gdzie przez lata odreagowuję zawodowe stresy. Tam zawsze jest pięknie, nawet zimą, bo są zimozielone rośliny, a i niektóre ptaki przemieszkują do wiosny. Pasją do roślin zaraził mnie pan Urbański, opiekun wawelskich ogrodów i założyciel parku w Lusławicach u państwa Pendereckich. On mnie nauczył opiekuńczego stosunku, do rachitycznych i chorych roślin. Z czasem dowiedziałem się o nich wiele, więc nie tylko dbałem o nie, ale też rozmawiałem z nimi czule. A że w młodości studiowałem chemię, to i ta wiedza przydała się w moich ogrodowych szaleństwach. W tym uroczysku buszuje wszelka gadzina i żywioła - nawet wąż Eskulapa - przypisana ogrodowi, a przede wszystkim ptactwo, które tamtędy przelatuje z północy na południe i z powrotem. Obserwuję przez lornetkę te wędrowne ptaki, których próżno szukać w mieście. Moja żona Elżunia obfotografowuje namiętnie od lat całą tę latającą rodzinę. Tam czuję się jak w raju i odpoczywam po pracy.

A smak zawodu Andrzej Kozak poznał wcześnie, bo już w wieku lat 17, kiedy zadebiutował rolą Gawrika w "Samotnym białym żaglu" u Marii Biliżanki dyrektorującej wówczas Teatrowi Młodego Widza - dzisiejszej "Bagateli". - Uwielbienia dla poezji nauczyła mnie moja mama, która w niedzielne, okupacyjne wieczory czytała mi rozmaite dramaty, m.in. "Marię Stuart". Wtedy w mojej wyobraźni kłębił się teatr i marzyłem, żeby zobaczyć ten prawdziwy, na żywo. Moje marzenie spełniła ciotka, krawcowa w Teatrze im. J. Słowackiego, która pokazała mi je go zakamarki. Po wojnie, gdy pierwszy raz zobaczyłem spektakl w języku polskim - rozpłakałem się i pomyślałem: żebym ja też tak potrafił przemawiać do ludzi. Potem były konkursy recytatorskie i podczas jednego z nich wypatrzyła mnie, a także wcześniej Romka Polańskiego, wspomniana Maria Biliżanka. I tak wszystko się zaczęło.

Po debiucie teatralnym szybko przyszedł drugi, filmowy i świetna rola warszawskiego łobuziaka w filmie Aleksandra Forda "Piątka z ulicy Barskiej". - Po tym filmie podszedł do mnie Tadeusz Łomnicki i powiedział: "Ty się nadasz na aktora". Wtedy też dostałem list polecający od Aleksandra Forda do rektora krakowskiej Szkoły Teatralnej - Tadeusza Burnatowicza. Pan Tadeusz spojrzał na mnie i rzekł: "Młody człowieku, a co z takimi warunkami drobnego chłopięcia chce pan zagrać w teatrze?". Na co odpowiedziałem: "Nie wiedziałem panie rektorze, że talent mierzy się na centymetry. Chyba przez tę buńczuczność nie przyjął mnie do szkoły, do której nieco później zdałem egzamin eksternistyczny Po latach pan Tadeusz przyszedł do mnie, wziął w ramiona i powiedział: "Przepraszam, że się wtedy pomyliłem". Będę to pamiętał do końca życia.

W Teatrze Młodego Widza, a później w "Rozmaitości" aktor spędził kilkanaście lat i wspomina je jako wspaniały czas twórczej pracy z wielkimi artystami i pedagogami, m.in. Horzycą, Gallem, Morunowiczem. Jednak przez wszystkie te lata marzył o Starym Teatrze. Marzenie spełniło się, gdy dyrekcję objął Zygmunt Hubner. - To był 1966 rok i od razu mocno wystartowałem, bo w "Mojej córeczce" w reżyserii Jerzego Jarockiego, który powierzył mi bardzo skomplikowane zadanie. Wtedy nauczyłem się, że dla aktora nie ma rzeczy niewykonalnych, ale i przeżyłem chwilowe załamanie psychiczne. Pamiętam, jak z Anią Seniuk siedzieliśmy na schodach, zastanawiając się, czy nie zmienić zawodu.

Na szczęście aktor nie podjął takiej decyzji i dzięki temu mogliśmy go oglądać w dziesiątkach ról teatralnych i filmowych. Podczas jubileuszowego wieczoru przypomniano fragmenty niektórych zarejestrowanych na kasetach i raz jeszcze mogliśmy się przekonać, że Andrzej Kozak to aktor uniwersalny: świetny zarówno w dramacie, komedii - doskonały Rembo w "Damach i huzarach" w inscenizacji Kazimierza Kutza - jak i w farsie. Bo, jak sam twierdzi, aktorem jest z wyboru i z miłości, ma w sobie wciąż pasję szukania nowych scenicznych rozwiązań. Właśnie w Starym Teatrze, wśród wielu ról zagrał dwie ukochane, choć biegunowo różne postaci: Kiryłowa w "Biesach" - człowieka zbuntowanego wobec Boga w imię własnej wolności, i księdza Piotra - człowieka pokory w legendarnych "Dziadach" zrealizowanych przez Konrada Swinarskiego. - Moja ówczesna introwertyczność powodowała, że sam byłem bliski stanu Kiryłowa i zapewne budowała we mnie podobny rodzaj emocji, jaki był w moim bohaterze. Natomiast pracując nad postacią księdza Piotra, wiele godzin dyskutowaliśmy z Konradem o filozofii, religii, czytaliśmy Kępińskiego, żeby poznać dogłębnie stany schizofreniczne. Te dyskusje i próby, trwające nieraz dzień i noc, te napięcia pozwalały dotknąć tych rejonów aktorstwa, o które sam bym się nie podejrzewał. Myślę, że właśnie odbiór na tych samych falach, z tak różnymi reżyserami jak Jarocki, Swinarski, Wajda pozwolił mi osiągnąć w aktorstwie tę amplitudę emocji i doznań.

Andrzej Kozak uważany jest za wielkiego "tremiarza", choć sam twierdzi, że trema pojawiła się u niego wraz z wiekiem. - Jak byłem młody, to miałem odwagę po jednej próbie zrobić zastępstwo za Wojtka Pszoniaka w "Klątwie" Swinarskiego. Gdy lat przybywa, człowiek staje się coraz bardziej odpowiedzialny, a takim sytuacjom towarzyszą lęki i nieprzespane noce. Nie wiem, jak dziś przeżyłbym historię, która przydarzyła mi się podczas gościnnych występów z "Biesami" w Londynie. Mój bohater, Kiryłow, popełniał samobójstwo strzelając do siebie z rewolweru. Zawsze wszystko było w porządku.. Aż tu nagle, podczas londyńskiego spektaklu, naciskam spust raz, drugi, piąty -atu nic, rewolwer nie strzela. Zimny pot mnie oblał. Natychmiast podbiegł Wojtek Pszoniak grający Wierchowieńskiego, przytomnie walnął mnie świecznikiem, który stał obok i tak oto dokonała się samobójcza śmierć Kiryłowa. Dziś w takiej sytuacji dostałbym pewnie zawała serca.

W bogatej artystycznej biografii Andrzeja Kozaka były lata świetności, ale i gorzkie, do których niechętnie wraca. Będąc "na fali", w złotym czasie Starego Teatru odszedł do Ludowego w 1974 roku. - I bardzo tej decyzji żałuję. Sytuacja "gardłowa" zmusiła mnie do poproszenia ówczesnego dyrektora "Starego", Jana Pawła Gawlika o podwyżkę. Obiecał od nowego sezonu. Słowa nie dotrzymał, a obietnicy wyparł się. Złożyłem wypowiedzenie i przeszedłem do Ludowego. I to byt największy błąd w moim życiu. To była moja aktorska śmierć, bo w Nowej Hucie teatr nie był nikomu potrzebny. Tamtejsze środowisko oczekiwało jedynie komedii i wygłupów. Co prawda partyjny Krassowski dostawał pozwolenie na wystawianie takich sztuk, jak "Święto Winkelrida" czy "Myszy i ludzie", ale to był komunistyczny wentyl bezpieczeństwa dla "swoich". Zapłaciłem za tę decyzję wysoką cenę aktorską, podobnie jak za udział w bojkotowanym teatrze "Eref. To była jedna wielka manipulacja, którą tak naprawdę dostrzegłem i zrozumiałem w stanie wojennym i wówczas, jak przestawałem dostawać propozycje z teatru i z filmu. W życiu za wszystko trzeba płacić. Zapłaciłem i z ulgą wróciłem do "Starego". Jestem mu wiemy, bo tam spędziłem najwspanialsze aktorskie lata. Co nie przeszkadza, że współpracuję także z Teatrem STU, gdzie gram w "Hamlecie", a teraz "kolaboruję" również ze "Słowackim", próbując rolę Sorina w "Mewie".

Andrzej Kozak jest człowiekiem koleżeńskim i życzliwym ludziom. Kiedy zmarł nagle Jerzy Bińczycki, aktor i dyrektor Starego Teatru, jego żona, Elżbieta, pozostała sama z synem i pięknym ogrodem, który pan Jerzy uprawiał z podobną pasją jak Andrzej Kozak. Elżbieta o ogrodnictwie niewiele wiedziała. Stąd też pewnego dnia zjawił się u niej pan Andrzej, w roboczym ferszalunku, z narzędziami i zabrał się do ogrodowych prac, by w ten sposób pomóc koleżance i uczcić pamięć kolegi.

O Andrzeju Kozaku wielu mówi - wrażliwy człowiek. I takiego właśnie bohatera zagrał w kultowym niegdyś filmie "Pingwin" Jerzego Stefana Stawińskiego. - Mam delikatne ręce, nogi, łokcie i nie potrafię się nimi rozpychać. W teatrze potrzebna jest skóra nosorożca, a wrażliwość dziecka. Tej pierwszej nie posiadam, a wrażliwość dziecka przychodzi z wiekiem - żartuje aktor.

Jak zatem odnajduje się w dzisiejszej, nowej rzeczywistości? - pytam. - W ogóle nie potrafię się w niej odnaleźć. Nie potrafię zaakceptować dzisiejszego świata rządzącego się prawami rynku w sztuce. Nie potrafię iść na casting i stawać do konkursu na rolę. Mnie kształtował inny świat, teatr Swinarskiego, Wajdy, Grzegorzewskiego. Lupy, Bradeckiego i wielcy filmowi reżyserzy. To był zupełnie inny teatr i inne kino. A dziś? Dziś często podlegamy tresurze młodych reżyserów i musimy wykonywać ich pomysły. Kto się nie zgodzi na pewne treserskie poczynania inscenizatorów, nie ma czego szukać w teatrze. Zagrałem dziesiątki ról u wspaniałych reżyserów, i wiem, ile trzeba się napracować, żeby stworzyć ważną postać. Dlatego zgadzam się z tym, co powiedział Alain Delon: "Nie dla nas dzisiaj miejsce w kinie". Przecież sama pani widzi, że nie ma mnie w filmie, a i w teatrze gram nie za wiele.

Mówi Pan o tym z żalem? - dopytuję

- Trochę tak, ale też ze świadomością brutalności życia. Bo mimo że strzeliło mi 50 lat pracy w zawodzie, to kompletnie tego nie czuję. Jestem młody duchem, roli starca nie potrafiłbym zagrać. I choć za swój zawód zapłaciłem poniekąd kalectwem, gdy na scenie złamałem nogę i strzeliła mi łękotka w kolanie, to nadal mogę zatańczyć czardasza. Zapału i sił do pracy jest we mnie za trzech. To zasługa mojej żony - kobiety skarba, która jako absolwentka AWF pilnuje mnie, bym regularnie ćwiczył "brzuszki", pompki, jeździł na rowerze i nie grzeszył w jedzeniu i piciu. A co najważniejsze: zawsze kochałem i kocham to, co robię.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x