Artykuły

Szalona lokomotywa

STUDENCKI niegdyś TEATR "STU" z Krakowa zyskał od pewnego czasu stałą siedzibę i etaty, ale bynajmniej nie zamierza się z tego powodu ustateczniać. Siedziba jest zresztą nietypowa - cyrkowy namiot, zaś repertuar teatru równie niekonwencjonalny co niegdyś.

Ostatnią, słynną już, premierą jest widowisko muzyczne oparte na tekstach Stanisława Ignacego Witkiewicza "SZALONA LOKOMOTYWA". Cóż to za niezwykłe wydarzenie w naszym teatrze!

W piaszczystej arenie cyrku tkwią szyny kolejowe, nad wszystkim góruje olbrzymia maska o zagadkowym wyrazie twarzy - jak symbol Tajemnicy. Kulisy i dwie łupiny gigantycznego orzecha wrośnięte w piasek zapowiadają również coś niezwykłego. W tej niecodziennej scenerii pojawia się ubrany po kolejarsku człowiek (grają go: Jerzy Stuhr i Włodzimierz Jasiński), wolno, z zawodowym namaszczeniem ostukuje młotkiem szyny.

I te pierwsze chwile są zarazem ostatnimi w tym spektaklu, gdy dzieje się niewiele, gdy można spokojnie smakować sytuację szczegół po szczególe, bez obawy, że obok nas albo nad nami albo nawet za nami rozgrywa się jednocześnie coś równie wartego zauważenia, a może nawet ciekawszego. Później nie ma już na takie spokojne obserwacje czasu, przedstawienie rusza z przysłowiowego kopyta i toczy się w zawrotnym tempie aż do ostatnich słów, ostatnich dźwięków. Pędzą wokół sceny przedziwne pojazdy z roznegliżowanymi bochantkami, pryska piasek spod stóp goniących się aktorów, płoną pochodnie, grzmi muzyka, szaleje Maryla Rodowicz i Marek Grechuta przeżywający w tym przedstawieniu chyba najwspanialsze chwile w swej karierze, wreszcie pojawia się tytułowa lokomotywa - szalona i skrzydlata.

Pytanie o sens tego barwnego, rozpasanego widowiska musiałoby jednak pozostać bez odpowiedzi, ale chyba nie jest ono w ogóle potrzebne, boć przecież sensem zabawy może być sama zabawa. A spektakl zainscenizowany i wyreżyserowany przez Krzysztofa Jasińskiego naprawdę bawi i to bawi niegłupio, apelując do naszej plastycznej wyobraźni i poczucia humoru. W dowcipie scenicznym więcej jest chyba ducha twórczości Witkacego niż w samych tekstach, pozbieranych tu z najrozmaitszych sztuk pisarza i posklejanych na dość luźnych zasadach. Notabene z "Szalonej lokomotywy" nie ma w spektaklu Jasińskiego, poza tytułem, ani słówka. Najwięcej zaczerpnięto z "Sonaty Belzebuba" i od biedy możnaby uznać wątek artysty twórczości za wiodący dla tego przedstawienia.

Jest to jednak teatr wobec literatury bezinteresowny. Nie słowa, a ruch sceniczny i muzyka są w nim tworzywem najważniejszym. O ruchu już było muzykę zaś firmują dwa znane nazwiska: wspomniany już Marek Grechuta i współpracujący z nim od lat Jan Kanty Pawluśkiewicz. Dla jednej z piosenek spektaklu "Hop, szklanka piwa", wyśpiewał Grechuta I nagrodę na Festiwalu Opolskim, a nie jest to bynajmniej najlepszy utwór "Szalonej lokomotywy". Ich atrakcyjność zwielokrotniona przy tym została świetnym wykonaniem. Szczególnie Maryla Rodowicz gra i śpiewa z taką swobodą jakby żadne tajemnice sceny nie były jej obce, a dotkliwy jesienny ziąb panujący w namiocie teatru stał się tylko naszym - widzów - złudzeniem.

Dajmy się zwariować tej "Szalonej lokomotywie" i jej sympatycznym maszynistom.

Pracownia

X
Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się.
Trwa wyszukiwanie

Kafelki

Nakieruj na kafelki, aby zobaczyć ich opis.

Pracownia dostępna tylko na komputerach stacjonarnych.

Zasugeruj zmianę

x